Ewangelia według
św. Mateusza
Ewangelia według
św. Marka
Ewangelia według
św. Łukasza
Ewangelia według
św. Jana


Maria Valtorta

Księga V - Przygotowanie do Męki

–   POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA   –

46. SZABAT PRZED WEJŚCIEM DO JEROZOLIMY. PIELGRZYMI I ŻYDZI W BETANII

Napisane 27 marca 1947. A, 11141-11151

[Por J 12,9nn] Miłość albo nienawiść skłania wielu pielgrzymów zgromadzonych w Jerozolimie i nawet mieszkańców Jerozolimy do przyjścia do Betanii, bez czekania aż słońce całkowicie zajdzie. Tak! Słońce zaledwie zaczęło zachodzić, kiedy pierwsi z nich przybywają do domu Łazarza. I Łazarzowi, który wezwany przez sługi, dziwi się tym łamaniem szabatu – bo pierwsi przybysze to właśnie najznamienitsi pośród najbardziej nieprzejednanych Żydów – dają odpowiedź iście faryzejską:

«Z Bramy Owczej nie widać już tarczy słonecznej, udaliśmy się więc w drogę myśląc, że na pewno nie przekroczymy przepisanej odległości, zanim słońce ukryje się za kopułami Świątyni.»

Na szczupłej twarzy Łazarza pojawia się mały ironiczny uśmiech. Jest zdrowy i ma piękny wygląd, choć z pewnością nie jest otyły. Odpowiada im grzecznie, ale tonem lekko sarkastycznym:

«I cóż chcecie zobaczyć? Nauczyciel przestrzega szabatu. Odpoczywa. On się nie ogranicza się do niepatrzenia na tarczę słoneczną, aby uznać, że spoczynek jest skończony, ale czeka aż ostatni promień słońca zgaśnie, aby powiedzieć: „Szabat się skończył”.»

«Wiemy, że On jest doskonały! Wiemy to! Ale jeśli zbłądziliśmy, to dodatkowy powód, żeby Go ujrzeć. Tylko na chwilę, na tyle, aby nas rozgrzeszył.»

«Przykro mi. Nie mogę. Nauczyciel jest zmęczony i odpoczywa. Nie będę Mu przeszkadzać» [– mówi stanowczo Łazarz.]

Ale przybywają też inni ludzie, pielgrzymi z różnych stron, którzy proszą, nalegają, aby ujrzeć Jezusa. Z Hebrajczykami są pomieszani poganie, a z nimi – prozelici. Obserwują Łazarza i przyglądają się mu, jakby był zjawą. Łazarz znosi przykrość tej sławy, której nie szukał, odpowiadając cierpliwie na stawiane mu pytania. Ale nie nakazuje sługom otwarcia bramy.

«Ty jesteś tym człowiekiem, który powrócił ze śmierci?» – pyta ktoś. Jego wygląd wskazuje, że rodzice należeli do różnych ras. Z Hebrajczyka ma tylko charakterystyczny nos: dość masywny i orli, akcent zaś i szata wskazują, że to cudzoziemiec.

«Tak, ja nim jestem dla oddawania chwały Bogu, który mnie wyrwał ze śmierci i uczynił sługą Swego Mesjasza.»

«Ale czy to była prawdziwa śmierć?» – pytają inni.

«Zapytajcie o to tych znamienitych Żydów. Przybyli na mój pogrzeb i wielu było obecnych przy moim wskrzeszeniu.»

«A czego doznałeś? Gdzie byłeś? Co sobie przypominasz? Jak się czułeś, powracając do życia? Jak cię wskrzesił?... Czy można zobaczyć grób, w którym byłeś? Od czego umarłeś? Czy naprawdę czujesz się teraz dobrze? Czy nie masz już śladów ran?»

Łazarz cierpliwie usiłuje wszystkim odpowiedzieć. Łatwo mu powiedzieć, że czuje się bardzo dobrze i że ślady znikły w ciągu miesięcy, które upłynęły od jego wskrzeszenia. Nie potrafi jednak opowiedzieć, czego doświadczał ani jak został wskrzeszony.

Odpowiada:

«Nie wiem. Znalazłem się żywy w moim ogrodzie, w otoczeniu sług i sióstr. Uwolniony z całunu zobaczyłem słońce, światło, odczułem głód, jadłem, cieszyłem się z życia i z miłości Rabbiego do mnie. Resztę, lepiej niż ja, znają ci, którzy byli przy tym obecni. To ci trzej, którzy rozmawiają, oraz tamci dwaj, którzy nadchodzą.»

„Ci dwaj” – to Jan i Eleazar, członkowie Sanhedrynu, a „trzej rozmawiający ze sobą” – to dwaj uczeni w Piśmie i jeden faryzeusz, których widziałam rzeczywiście w czasie wskrzeszenia Łazarza, ale nie pamiętam ich imion.

«Oni nie rozmawiają z nami, poganami! Idźcie ich wypytać wy, żydzi... A ty pokaż nam grób, w którym byłeś.»

Nalegają tak, że bardziej nie można. Łazarz decyduje się. Mówi coś do sług, a potem zwraca się do ludzi:

«Wyjdźcie na drogę, która jest między tym domem a moim drugim domem. Wyjdę wam na spotkanie, aby was zaprowadzić do grobu, chociaż widać jedynie otwarte wydrążenie w warstwie skalnej.»

«Nieważne! Chodźmy! Chodźmy!»

«Łazarzu! Zaczekaj! Czy my też możemy iść? Chyba że nam zabrania się tego, co wolno cudzoziemcom?» – pyta uczony w Piśmie.

«Nie, Archelausie. Chodź też, jeśli nie będziesz się czuł zanieczyszczony z powodu zbliżenia się do grobu» [– mówi Łazarz.]

«To już nie jest grób, bo nie ma w nim śmierci.»

«Ale była w nim przez cztery dni. Z powodu czegoś o wiele mniejszego uchodzi się za nieczystego w Izraelu! Kto muśnie szatą kogoś, kto dotknął zwłok – jak mówicie – jest nieczysty, a mój grób wydziela jeszcze stęchliznę śmierci, chociaż jest otwarty od tak dawna.»

«To nie ma znaczenia. Oczyścimy się.»

Łazarz patrzy na dwóch faryzeuszów, Jana i Eleazara, i pyta:

«Wy także idziecie?»

«Tak, idziemy.»

Łazarz idzie szybko ku granicy parkanu wysokiego i zwartego jak mur. Otwiera w nim bramę. Staje na drodze prowadzącej do domu Szymona i daje znak tym, którzy czekają, żeby szli naprzód. Prowadzi ich w stronę grobu. Kwitnący krzew różany zasłania wejście, ale nie wystarcza do usunięcia grozy zionącej z otwartego grobu. Na skale, otoczonej tym łukiem kwiatów, można przeczytać słowa: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!”

Nieprzychylni widzą je od razu i natychmiast mówią:

«Dlaczego kazałeś wypisać tam te słowa? Nie wolno ci!»

«Dlaczego? W moim domu mogę robić, co chcę, i nikt nie może mnie oskarżać o grzech dlatego, że chciałem utrwalić na skale, aby były nieusuwalne, słowa Boskiego okrzyku, który mi przywrócił życie. Kiedy będę we wnętrzu i kiedy nie będę już mógł wychwalać potęgi Rabbiego, chcę, by słońce je czytało jeszcze na kamieniu i by wichry uczyły ich drzew, by je pieściły ptaki i kwiaty, kontynuując za mnie błogosławienie okrzyku Chrystusa, który wyrwał mnie ze śmierci.»

«Jesteś poganinem! Jesteś świętokradcą! Bluźnisz naszemu Bogu. Wysławiasz czary syna Belzebuba. Uważaj, Łazarzu!»

«Przypominam wam, że jestem w moim domu i że wy jesteście w moim domu, a przyszliście bez wezwania i w nikczemnych zamiarach. Jesteście gorsi niż oni. Są poganami, lecz rozpoznają Boga w Tym, który mnie wskrzesił.»

«Bądź wyklęty! Jaki Nauczyciel, taki uczeń. Okropność! Odejdźmy! Daleko od tego nieczystego ścieku. Psujesz Izraela, Sanhedryn będzie pamiętał o twoich słowach.»

«A Rzym – o waszych spiskach. Wyjdźcie!»

Łazarz, zawsze łagodny, przypomina sobie, że jest synem Teofila i wypędza ich jak sforę psów. Pozostają pielgrzymi z różnych regionów i proszą, i patrzą, i błagają o zobaczenie Chrystusa.

«Zobaczycie Go w mieście. Teraz – nie. Nie mogę.»

«Ach, więc przyjdzie do miasta? Naprawdę? Nie kłamiesz? Przyjdzie, mimo że tak Go nienawidzą?»

«Przyjdzie. Teraz odejdźcie w pokoju. Widzicie, że dom odpoczywa? Nie widać nikogo i nie słychać żadnego głosu. Widzieliście to, czego pragnęliście: wskrzeszonego i jego grób. Teraz odejdźcie, lecz niech wasza ciekawość wyda owoce. Niechaj to, że widzieliście mnie, żyjący dowód potęgi Jezusa Chrystusa, Baranka Bożego i Najświętszego Mesjasza, wprowadzi was wszystkich na Jego drogę. Z powodu tej nadziei cieszę się, że jestem wskrzeszony: mam nadzieję, że cud będzie mógł poruszyć wątpiących i nawrócić pogan, przekonując ich wszystkich, że jeden jest prawdziwy Bóg i jeden prawdziwy Mesjasz: Jezus z Nazaretu, święty Nauczyciel.»

Ludzie niechętnie rozchodzą się. Ale na jednego, który odchodzi, przybywa dziesięciu nowych, gdyż ludzie stale przychodzą. Łazarzowi jednak, przy pomocy kilku sług, udaje się wypchnąć wszystkich na zewnątrz i zamknąć kraty. Nakazuje:

«Pilnujcie, żeby nie wyłamano ogrodzenia i żeby nikt nie przeskoczył przez nie. Wkrótce zapadnie zmrok i wszyscy odejdą do swoich schronień...»

Już ma odejść, kiedy dostrzega wychodzących zza gęstwiny mirtów Eleazara i Jana.

«O! Nie widziałem was i sądziłem...»

«Nie wypędzaj nas. Weszliśmy do gąszczu, aby nas nie widziano. Musimy rozmawiać z Nauczycielem. My przyszliśmy, ponieważ nas podejrzewają mniej niż Józefa i Nikodema. Chcielibyśmy jednak, aby nikt nas nie widział, oprócz ciebie i Nauczyciela... Można ufać twoim sługom?»

«W domu Łazarza jest taki zwyczaj, że widzi i słyszy się tylko to, co się podoba panu, a jeśli chodzi o obcych – nic się nie widzi. Chodźcie tą ścieżką, między tymi dwoma ścianami zieleni bardziej nieprzejrzystymi niż mur.»

Prowadzi ich dróżką między podwójną, nieprzeniknioną zaporą bukszpanów i wawrzynów.

«Pozostańcie tu, przyprowadzę wam Jezusa.»

«Niech nikt tego nie spostrzeże...» [– proszą.]

Oczekiwanie trwa chwilę. Wkrótce na ścieżce, na wpół ciemnej z powodu splotu gałęzi, ukazuje się Jezus, cały biały w Swej lnianej szacie. Łazarz pozostaje na skraju ścieżki, jakby był na straży lub z dyskrecji. Ale Eleazar mówi mu lub raczej daje mu znak: «Podejdź tu.»

Łazarz zbliża się, w czasie gdy Jezus pozdrawia dwóch, którzy głęboko się przed Nim kłaniają.

[Por. J 12,10] «Nauczycielu i ty, Łazarzu, posłuchajcie. Gdy tylko rozeszła się wieść, że przybyłeś i że tu jesteś, Sanhedryn się zebrał w domu Kajfasza. Wszystko jest nadużyciem, co się robi... I postanowił... Nie łudź się, Nauczycielu! Bądź ostrożny, Łazarzu! Niech was nie zwodzi pokój, który jest tylko udawaniem, pozornym uśpieniem Sanhedrynu. To udawanie, Nauczycielu. Udawanie, aby Cię przyciągnąć i ująć Cię tak, by tłum się nie burzył i nie mógł się przygotować do bronienia Ciebie. Twój los jest postanowiony i dekret jest niezmienny. Jutro czy za rok, spełni się. Sanhedryn nie zapomina nigdy się zemścić. Czeka, umie czekać, na dogodną okazję, ale potem!... I ciebie także, Łazarzu. Chcą cię schwytać w domu, ująć cię, usunąć, gdyż z twego powodu zbyt wielu ich opuściło i poszło za Nauczycielem. Użyłeś właściwego słowa, mówiąc, że jesteś świadectwem Jego mocy. Chcą to świadectwo zniszczyć. Tłumy szybko zapomną, oni wiedzą o tym! Po twoim zniknięciu i po zniknięciu Rabbiego wygaśnie wiele zapału.»

«Nie, Eleazarze. On będzie płonął!» – mówi Jezus.

«O, Nauczycielu! Ale co będzie, jeśli umrzesz? Jeśli Ty zgaśniesz, cóż rozpali wiarę w Ciebie, zakładając, że ona istnieje? Miałem nadzieję móc Ci powiedzieć tylko coś przyjemnego i zaprosić Cię: moja małżonka wkrótce urodzi syna, którego wzbudziła Twoja sprawiedliwość, przywracając pokój dwom wzburzonym sercom. Narodzi się na Pięćdziesiątnicę. Chciałem Cię poprosić, żebyś przyszedł go pobłogosławić. Jeśli wejdziesz pod mój dach, wszelkie nieszczęście zostanie na zawsze od niego oddalone» – mówi faryzeusz Jan.

«Już teraz udzielam ci Mego błogosławieństwa...»

«Ach! Nie chcesz przyjść do mnie! Nie wierzysz, że jestem szczery! Jestem, Nauczycielu! Bóg mnie widzi.»

«Wiem o tym. Ale to dlatego że... nie będzie Mnie już pośród was na Pięćdziesiątnicę.»

«Ale dziecko urodzi się w wiejskim domu...»

«Wiem o tym, ale Mnie nie będzie. A jednak ty, twoja małżonka, która urodzi, i syn, którego już masz, mają Moje błogosławieństwo. Dziękuję, że przyszedłeś. Teraz odejdźcie. Poprowadź ich ścieżką powyżej domu Szymona... żeby ich nie widziano... Ja wracam do domu. Pokój wam...»



Przekład i wyłączne prawa do tekstu: "Vox Domini" Więcej na stronie: O Marii Valtorcie i jej pismach