Ewangelia według
św. Mateusza
Ewangelia według
św. Marka
Ewangelia według
św. Łukasza
Ewangelia według
św. Jana


Maria Valtorta

Księga V - Przygotowanie do Męki

–   POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA   –

43. «JUDASZU, DAJĘ CI ŚRODEK OCALENIA, A TY MNIE NIENAWIDZISZ»

Napisane 19 marca 1947. A, 11051-11074

 

«Możecie iść, jeśli chcecie, dokąd pragniecie. Dzisiaj pozostaję tu z Judaszem i Jakubem. Powinny przybyć uczennice» – mówi Jezus do apostołów, zgromadzonych wokół Niego pod portykiem domu. I dodaje: «Zróbcie jednak tak, żeby wszyscy byli tu przed zachodem słońca. I bądźcie ostrożni. Starajcie się, aby was nie zauważono, aby uniknąć atakowania was.»

«O! Ja zostaję. Co miałbym robić w Jerozolimie?» – mówi Piotr.

«Ja natomiast pójdę. Mój ojciec z pewnością czeka na mnie. Chce mi ofiarować wino. To dawna obietnica, ale dotrzyma jej z pewnością, bo mój ojciec jest człowiekiem uczciwym. Skosztujecie to wino na uczcie paschalnej! Winnice mojego ojca w Rama! Słyną w okolicy!» – mówi Tomasz.

«Wina Łazarza są też wyśmienite. Nie zapomniałem tej uczty na Święto Światła...» – mówi Mateusz z mimowolnym łakomstwem.

«A zatem jutro, bardziej niż kiedykolwiek, odświeżysz sobie pamięć, bo sądzę, że na jutro Łazarz zarządził wielką ucztę. Widziałem pewne przygotowania...» – mówi Jakub, syn Zebedeusza.

«Tak? Czy inni przyjdą?» – pyta Andrzej.

«Nie. Pytałem o to Maksymina. Powiedział mi, że nie.»

«Ach, inaczej włożyłbym nową szatę, którą moja małżonka mi posłała» – mówi Filip.

«Ja to zrobię. Chciałem ją włożyć na Paschę. Ale włożę ją jutro. Będziemy z pewnością bardziej spokojni tutaj, jutro, niż za kilka dni...» – odzywa się Bartłomiej i przerywa, zamyślony.

«Ja ubiorę nową [szatę] na wejście do miasta. A Ty, Nauczycielu?» – pyta Jan.

«Ja też. Włożę szatę purpurową.»

«Będziesz podobny do króla!» – mówi z podziwem umiłowany uczeń, który widzi Go już w myśli we wspaniałej szacie...

«Ale nie byłoby tego, gdybym o tym nie pomyślał! Tę purpurę ja dostarczyłem, przed laty...» – przechwala się Judasz.

«Naprawdę? O! Myśmy o tym nie pomyśleli... Nauczyciel jest zawsze taki skromny...»

«Za bardzo. Teraz to chwila, żeby był Królem. Dosyć oczekiwania! Jeśli nie jest królem na tronie, to przynajmniej z powodu Swojej godności będzie miał szatę stosowną do pozycji. Ja myślę o wszystkim» [– mówi Judasz.]

«Masz rację, Judaszu. Ty jesteś ze świata. My... jesteśmy biednymi rybakami...» – mówią pokornie ci znad jeziora...

I jak się zdarza zawsze w oczach świata, w jego świetle fałszywym i mrocznym, marny stop metalu Judasza wydaje się metalem bardziej szlachetnym, niż pospolite, lecz czyste, szczere i uczciwe złoto galilejskich serc...

Jezus, który rozmawiał z Zelotą i z synami Alfeusza, odwraca się i patrzy na Judasza oraz na tych ludzi uczciwych, tak pokornych i tak zmartwionych, że są tak... pełni braków w porównaniu z Judaszem.... Potrząsa głową, nie odzywając się. Widząc jednak, że Iskariota zawiązuje sznurowadła sandałów i poprawia płaszcz, jakby miał wyruszyć w drogę, pyta go: «Dokąd idziesz?»

«Do miasta.»

«Powiedziałem, że zatrzymuję cię z Jakubem...»

«Ach! A ja sądziłem, że mówiłeś o Judzie, Twoim bracie... Zatem... ja... jestem jak więzień... Cha! Cha!» – jego śmiechowi brak szczerości.

«Betania nie ma łańcuchów ani krat, jak sądzę. To było tylko pragnienie twego Nauczyciela. Ja byłbym szczęśliwy, mogąc być Jego więźniem» – zauważa Zelota.

«O! Oczywiście! Żartowałem... To dlatego... że chciałem mieć wiadomości od mojej matki. Z pewnością przybyli pielgrzymi z Kariotu i...»

«Nie. Za dwa dni będziemy wszyscy w Jerozolimie. Teraz pozostaniesz tutaj» – mówi Jezus władczym tonem.

Judasz nie upiera się. Zdejmuje płaszcz, mówiąc:

«Kto więc idzie do miasta? Dobrze byłoby poznać nastroje ludzi... dowiedzieć się, co robią uczniowie... Chciałem też iść wybadać przyjaciół... Przyrzekłem to Piotrowi...»

«Nie szkodzi, zostań tu. Z tego, o czym mówisz, nic nie jest konieczne. Nic nie jest absolutnie konieczne...»

«Ale skoro Tomasz tam idzie...»

«Nauczycielu, ja także chciałbym iść, bo przyrzekłem to i ja. Mam przyjaciół w domu Annasza i...» – mówi Jan.

«I pójdziesz tam, mój synu? A jeśli cię pochwycą?» – pyta Salome, która do nich podeszła.

«Pochwycą? Cóż złego zrobiłem? Nic. Nie będę więc musiał się bać Pana. Zatem, nawet jeśli mnie pochwycą, nie będę się bał.»

«Och! Pyszałkowate lwiątko! Nie drżysz? Nie wiesz, jak oni nas nienawidzą? To śmierć, wiesz, jeśli nas pochwycą?» – straszy go Iskariota.

«A zatem, dlaczego ty chcesz tam iść? Cieszysz się może bezkarnością? Co zrobiłeś, aby ją mieć? Powiedz mi to, a zrobię to samo» [– mówi Jan.]

Judaszem wstrząsa strach i złość, ale twarz Jana jest tak jasna, że zdrajca się uspokaja. Pojmuje, że w tych słowach nie ma ani zasadzki, ani podejrzenia. Mówi:

«Nic nie zrobiłem. Ale mam kilku dobrych przyjaciół w pobliżu Prokonsula, a więc...»

«Dobrze! Kto chce iść, niech idzie, bo już nie pada. Tracimy czas tutaj, a o szóstej godzinie może wrócić deszcz. Kto chce iść, niech się pośpieszy» – przynagla Tomasz.

«Mam tam iść, Nauczycielu?» – pyta Jan.

«Idź» [– poleca mu Jezus.]

«Cóż, zawsze to samo! On – tak, inni – tak, ja – nie. Zawsze: nie!» [– zrzędzi Judasz.]

«Postaram się o wiadomości od twojej matki» – mówi Jan, aby go uspokoić.

«Ja też. Idę z tobą i z Tomaszem – mówi Zelota. I dodaje: – Mój wiek będzie hamulcem dla młodych, Nauczycielu. I znam dobrze tych z Kariotu. Jeśli zobaczę kogoś, podejdę do niego. Przyniosę ci wiadomości od twojej matki, Judaszu. Miej się dobrze! Bądź spokojny! To Pascha, Judaszu. Wszyscy czujemy pokój tego święta, radość z tej uroczystości. Dlaczego chcesz być, ty sam, zawsze tak zaniepokojony, tak ponury, niezadowolony, pozbawiony pokoju? Pascha to przejście Boga... Pascha to dla nas Hebrajczyków święto wyzwolenia z twardego jarzma. Nas z niego wyzwolił Bóg Najwyższy. Teraz, ponieważ nie można powtórzyć dawnego wydarzenia, pozostaje jego symbol [i odnosi się do] ludzi... Pascha: wyzwolenie serc, oczyszczenie, chrzest, przy pomocy krwi baranka, aby nieprzyjazne siły nie szkodziły więcej temu, kto ma jej znak. To takie piękne zacząć nowy rok tym świętem oczyszczenia, wyzwolenia, adorowania Boga naszego Zbawiciela... Och! Wybacz mi, Nauczycielu! Mówiłem, a miałem milczeć, bo Ty jesteś tu, aby poprawiać nasze serca...»

Iskariota mówi rozzłoszczony:

«I ja o tym myślałem, Szymonie. Właśnie o tym samym: że teraz mam dwóch nauczycieli zamiast jednego i wydaje mi się, że to zbyt wiele.»

Piotr... Och! Piotr tym razem nie może się powstrzymać i wybucha:

«A jeśli nie przestaniesz, będziesz miał zaraz jeszcze trzeciego i ja nim będę. I przysięgam ci, że użyję argumentów bardziej przekonywujących niż słowa.»

«Podniósłbyś rękę na towarzysza? Po tylu wysiłkach, aby trzymać we wnętrzu starego Galilejczyka, twoja prawdziwa natura ukazuje się ponownie?» [– mówi Iskariota.]

«Nie ukazuje się. Ona zawsze została jasna na powierzchni. Ja nie udaję. Ale to dlatego, że dla dzikich osłów, takich jak ty, jest tylko jeden argument, aby je ujarzmić: uderzenie biczem. Powinieneś się wstydzić nadużywania Jego dobroci i naszej cierpliwości! Chodź, Szymonie! Chodź, Janie! Chodź, Tomaszu! Żegnaj, Nauczycielu. Oddalam się i ja, bo gdybym pozostał... nie, na Boga żywego, nie powstrzymałbym się już.»

I Piotr chwycił płaszcz, który leżał na krześle i nakłada go w pośpiechu, a jest tak wzburzony, że nie widzi, że wkłada go do góry nogami. Dopiero Jan zwraca mu na to uwagę i pomaga mu się ubrać, jak należy, i oddala się szybko krocząc energicznie, aby w ten sposób wyładować choć trochę swego gniewu. Wydaje się małym rozgniewanym bykiem.

Inni... och! Inni są jak księgi otwarte, w których można wszystko przeczytać. Bartłomiej unosi szczupłą, starą twarz ku jeszcze burzowemu niebu i wydaje się badać wichry, aby nie musieć się przyglądać twarzom: zbyt przygnębionej twarzy Chrystusa i zbyt przewrotnej – Judasza. Mateusz i Filip patrzą na Tadeusza, którego oczy, podobne do oczu Jezusa, błyszczą od gniewu, i ogarnia ich ta sama myśl: biorą go między siebie i wypychają go na zewnątrz, w stronę wewnętrznej alei, która prowadzi do domu Szymona, mówiąc mu:

«Twoja matka potrzebowała nas do tej roboty. Chodź i ty, Jakubie, synu Zebedeusza.»

I ciągną za sobą również syna Salome. Andrzej patrzy na Jakuba, syna Alfeusza, a Jakub patrzy na niego: dwa oblicza odbijają to samo tłumione cierpienie i, nie wiedząc, co powiedzieć, chwytają się za ręce jak dwoje dzieci i oddalają się, smutni. Z uczennic jest tylko Salome, która nie ośmiela się poruszyć ani mówić, ale też nie umie się zdecydować na odejście, jakby chciała przez swą obecność pohamować kolejne słowa rozgniewanego apostoła. Na szczęście nie ma nikogo z rodziny Łazarza. Najświętszej Maryi też nie ma.

Judasz widzi, że został sam z Jezusem i Salome. Nie chcąc być z nimi, odwraca się do nich plecami, odchodząc w stronę jaśminowej altany.

Jezus patrzy za odchodzącym. Obserwuje go. Widzi, jak Judasz najpierw udaje, że siada w altanie, a potem chyłkiem wyślizguje się z niej, tyłem, i ukrywa się w żywopłocie różanym, laurowym i bukszpanowym, który oddziela prawdziwy ogród od klombów z wonnymi roślinami, tam, gdzie są ule. Stamtąd można wyjść przez jedną z tylnych bram, otwartych w ogrodzeniu rozległego ogrodu. To prawdziwy park, który z dwóch stron kończy się bardzo wysokim parkanem, podwójnym jak aleja, z otwartymi gdzieniegdzie bramami, umożliwiającymi wyjście na łąki, pola, sady i ogrody oliwne, a także dojście do domu Szymona. Tu ogród przedłuża się w tereny uprawne w taki sposób, że są połączone, a zarazem oddzielone od siebie. Z dwóch innych stron wznoszą się potężne mury z bramami otwartymi na dwie drogi: jedną podrzędną, a drugą – główną, do której dochodzi pierwsza, przecinająca Betanię i prowadząca do Betlejem.

Oczy Jezusa pałają. Wyprostował się, na ile mógł. Wodzi wzrokiem, kiedy to potrzebne, aby widzieć, co robi Iskariota. Maria Salome zauważa to i, choć niski wzrost przeszkadza jej widzieć, pojmuje jednak, co się dzieje na granicy parku, i szepcze:

«Okaż nam, Panie, miłosierdzie!»

Jezus słyszy to westchnienie i odwraca się na chwilę, aby popatrzeć na tę dobrą i prostą uczennicę. Ona co prawda ujawniła myśl płynącą z matczynej pychy, kiedy prosiła o honorowe miejsce dla synów, ale przecież mogła to uczynić, bo są dobrymi apostołami. Przyjęła pokornie upomnienie Nauczyciela i nie obraziła się z tego powodu, nie oddaliła się od Niego, lecz stała się jeszcze pokorniejsza, bardziej uczynna. Przebywa blisko Nauczyciela, chodzi za Nim jak cień, obserwując nawet najmniejsze gesty, aby móc, w miarę możliwości, uprzedzić Jego pragnienia i sprawić Mu radość. I teraz też dobra i pokorna Salome usiłuje pocieszyć Nauczyciela, uwolnić Go od podejrzenia, które sprawia Mu cierpienie. Mówi:

«Widzisz? Nie idzie daleko. Rzucił płaszcz tam i nie zabrał go. Pójdzie przez łąkę wyładować swój zły nastrój... Judasz nigdy nie wszedłby do miasta, nie będąc w doskonałym stroju...»

«Poszedłby nawet nago, gdyby chciał. I istotnie... Popatrz! Chodź tu!»

«O! Usiłuje otworzyć kratę! Ale jest zamknięta! Woła sługę z pasieki!»

Jezus woła głośno:

«Judaszu! Poczekaj na Mnie! Muszę z tobą porozmawiać» – oddala się.

«Na miłość Pana! Idę zawołać Łazarza... Twoją Matkę... Nie idź sam!»

Jezus, odchodząc szybko, odwraca się trochę i mówi:

«Nakazuję ci nie robić tego. Milcz. Wobec wszystkich. Jeśli będą o Mnie pytać: wyszedłem z Judaszem na krótką przechadzkę. Jeśli uczennice przyjdą, niech poczekają, szybko wrócę.»

Salome nie reaguje, jak nie reaguje Iskariota. Jedna – blisko domu, drugi – blisko ogrodzenia. Pozostają tam, gdzie zatrzymała ich wola Jezusa. Patrzą na Niego: ona – jak się oddala, on – jak nadchodzi.

«Otwórz bramę, Jonaszu. Wychodzę na chwilę z Moim uczniem i jeśli pozostaniesz w tym miejscu, nie jest konieczne zamykanie jej za nami. Będę wkrótce z powrotem» – mówi Jezus z dobrocią do sługi-wieśniaka, który stoi zakłopotany z wielkim kluczem w rękach.

Mała brama, ciężka brama z żelaza, skrzypi, kiedy się ją otwiera, podobnie jak zgrzyta klucz, kiedy obraca się w zamku.

«Rzadko otwiera się tę bramę – mówi służący uśmiechając się. – Ech! Zardzewiałaś! Kiedy pozostaje się bezczynnym, ulega się zepsuciu... Rdza, pył... łobuzy... To jak w nas, kiedy nie pracujemy nad naszą duszą!»

«Brawo, Jonaszu! Mądra myśl. Wielu rabbich pozazdrościłoby ci jej.»

«Och! Moje pszczoły mi ją podsuwają... i Twoje słowa. Naprawdę to są Twoje słowa. Ale pszczoły pomagają mi je zrozumieć. Kiedy bowiem potrafi się rozumieć, wszystko przemawia. I mówię sobie: pszczoły są posłuszne nakazowi Tego, który je stworzył, a nie wiem, czy te zwierzątka mają mózg i serce. Jakże więc ja, mający serce, mózg oraz ducha i słuchający Nauczyciela, miałbym nie czynić tego, co one czynią? [Powinienem] pracować zawsze, bez ustanku, aby czynić to, co Nauczyciel poleca. Dzięki temu mój duch stanie się piękny, jasny, pozbawiony rdzy, kurzu, błota i słomy, wkładanych do jego wnętrza przez duchy piekielne wraz z kamieniami i innymi sidłami.»

«Mówisz naprawdę dobrze. Naśladuj twoje pszczoły, a twoja dusza stanie się bogatą pasieką, napełnioną cennymi cnotami. Bóg przyjdzie i znajdzie w niej upodobanie. Żegnaj, Jonaszu. Pokój niech będzie z tobą.»

Jezus kładzie dłoń na siwiejącej głowie sługi, który stoi przed Nim pochylony. Wychodzi na drogę, aby iść w stronę łąk porośniętych czerwoną koniczyną, pięknych jak grube i wysokie dywany, zielone i karmazynowe. Nad nimi pszczoły – brzęczące iskierki – fruwają z kwiatu na kwiat.

Kiedy są już na tyle daleko od ogrodzenia, że nikt z ogrodu Łazarza nie może ich usłyszeć, Jezus mówi:

«Słyszałeś tego służącego? To wieśniak. To już dużo, jeśli potrafi przeczytać kilka słów... A jednak... Moje wargi mogłyby powtórzyć jego słowa bez obawy, że słowa Nauczyciela wydałyby się głupie. On czuje, że trzeba czuwać, aby nieprzyjaciele ducha nie zepsuli go... Ja... w tym celu cię trzymam przy Sobie, a ty Mnie za to nienawidzisz! Chcę cię bronić przed nimi i przed tobą samym, a ty Mnie nienawidzisz. Podaję ci środek, abyś się ocalił, bo możesz to jeszcze uczynić, a ty Mnie nienawidzisz. Mówię ci to jeszcze jeden raz: odejdź, odejdź, Judaszu. Idź daleko. Nie wchodź do Jerozolimy. Jesteś chory. Nie jest kłamstwem stwierdzenie, że jesteś tak chory, że nie możesz uczestniczyć w święcie Paschy. Odbędziesz Paschę uzupełniającą. Prawo zezwala na odbycie dodatkowej Paschy, kiedy choroba lub inna poważna przyczyna przeszkadza uczestniczyć w uroczystym święcie Paschy. Poproszę Łazarza – to przyjaciel roztropny i o nic cię nie zapyta – żeby cię zawiózł jeszcze dzisiaj za Jordan.

«Nie. Powiedziałem Ci wiele razy, żebyś Mnie przepędził. Nie chciałeś. Teraz to ja nie chcę.»

«Nie chcesz? Nie chcesz się zbawić? Nie masz litości dla samego siebie? Ani litości dla twojej matki?»

«Powinieneś mi powiedzieć: „Nie masz litości dla Mnie?” Byłbyś bardziej szczery.»

«Judaszu, Mój nieszczęśliwy przyjacielu, to nie dla Siebie proszę cię o to. To dla ciebie, dla ciebie proszę cię o to. Spójrz! Jesteśmy sami, tylko ty i Ja. Ty wiesz, kim Ja jestem; Ja wiem, kim ty jesteś. To ostatnia chwila łaski, która jest jeszcze udzielana, aby zapobiec twej ruinie... O, nie śmiej się tak szyderczo i szatańsko, Mój przyjacielu. Nie drwij sobie ze Mnie jak z szaleńca, ponieważ mówię: „twojej ruinie” a nie – Mojej. Moja nie będzie zniszczeniem. Twoja – tak... Jesteśmy sami: ty i Ja, a ponad nami jest Bóg... Bóg, który nie ma cię jeszcze w nienawiści, Bóg, który uczestniczy w tym najwyższym zmaganiu się Dobra ze Złem, które walczy o twoją duszę. Ponad nami są Niebiosa, obserwujące nas, ten Raj, który wkrótce zapełnią święci. Oni drżą już z radości, w miejscu oczekiwania, gdyż przeczuwają nadchodzącą radość... Judaszu, pośród nich jest również i twój ojciec...»

«Był grzesznikiem. Nie ma go tam.»

«Był grzesznikiem, ale nie – potępionym. Radość zbliża się więc także do niego. Dlaczego chcesz mu sprawić cierpienie w jego radości?»

«On jest poza cierpieniem. Umarł» [– stwierdza Judasz.]

«Nie. On nie jest poza cierpieniem widzenia ciebie jako grzesznika, ciebie... o, nie wydzieraj ze Mnie tego słowa!...»

«Ależ tak! Ależ tak! Powiedz je! Ja je sobie mówię od miesięcy! Jestem potępiony, wiem o tym. Nic nie może się już zmienić.»

«Wszystko! Judaszu, płaczę. Czy ty chcesz wywołać ostatnie łzy Człowieka?... Judaszu, proszę cię. Zastanów się, przyjacielu: Moim modlitwom przytakuje Niebo, a ty, a ty... każesz Mi modlić się na próżno? Zastanów się, kto stoi przed tobą, prosząc: Mesjasz Izraela, Syn Ojca... Judaszu, posłuchaj Mnie!... Zatrzymaj się, póki jeszcze możesz to uczynić...»

«Nie!»

Jezus ukrywa twarz w dłoniach i upada na skraj łąki. Płacze cicho, ale bardzo silnie. Jego ramionami wstrząsa głęboki szloch...

Judasz patrzy na Niego, u swoich stóp, złamanego, we łzach z powodu pragnienia zbawienia go... i ma odruch litości. Mówi, odrzucając twardy ton prawdziwego demona, którym przemawiał wcześniej:

«Nie mogę odejść... Dałem słowo...»

Jezus podnosi oblicze rozdarte, przerywając mu:

«Komu? Komu? Biednym ludziom! I troszczysz się o to, aby się nie zhańbić w ich oczach? A czy nie oddałeś siebie samego Mnie przed trzema laty? Myślisz o komentarzach garści złoczyńców, a nie – o sądzie Bożym? O! Ojcze, cóż mam uczynić, aby wzbudzić w nim wolę niepopełniania grzechu?»

Jezus ponownie spuszcza głowę, przygnębiony, udręczony... Wydaje się już Jezusem cierpiącym agonię Getsemani.

Judasz okazuje Mu litość i mówi:

«Zostaję. Nie cierp tak! Zostaję... Pomóż mi zostać! Broń mnie!»

«Zawsze! Zawsze, bylebyś tego chciał. Chodź. Nie ma grzechu, nad którym bym się nie litował i którego bym nie przebaczył. Powiedz: „Chcę tego”. A Ja cię ocalę...»

Wstając, Jezus objął go ramionami. Ale chociaż łzy Jezusa-Boga spadają na włosy Judasza, to jego usta pozostają zamknięte. Nie wypowiada słowa, o które został poproszony. Nie mówi nawet: „przepraszam”, kiedy Jezus szepcze nad jego głową:

«Odczuj, że cię kocham! Powinienem ci robić wymówki. Całuję cię. Miałbym prawo ci powiedzieć: „Proś o przebaczenie twego Boga”, a proszę cię tylko o pragnienie przebaczenia. Jesteś tak chory! Nie można wymagać wiele od kogoś, kto jest bardzo chory. Od wszystkich grzeszników, którzy przyszli do Mnie, wymagałem absolutnego żalu, aby móc im przebaczyć. Od ciebie, Mój przyjacielu, od ciebie, wymagam tylko pragnienia żałowania, a potem... Ja będę działał.»

Judasz milczy... Jezus pozwala mu odejść. Mówi:

«Zostań przynajmniej do dnia po szabacie.»

«Zostanę... Wróćmy do domu. Zauważą naszą nieobecność. Może niewiasty czekają na Ciebie. One są lepsze ode mnie. Nie możesz ich zaniedbywać z powodu mnie.»

«Czy nie pamiętasz przypowieści o zagubionej owcy? To ty nią jesteś... One, uczennice, to dobre owce zamknięte w owczarni. Im nic nie grozi, nawet gdy szukam twojej duszy przez cały dzień, aby ją przyprowadzić do owczarni...»

«Ależ tak! Tak! Oto wracam do owczarni! I zamknę się w bibliotece Łazarza, aby czytać. Nie chcę, żeby mi przeszkadzano. Nie chcę nic widzieć ani nic wiedzieć. I dzięki temu... nie będziesz mnie ciągle podejrzewał. A jeśli zdarzy się coś, co będzie miało związek z Sanhedrynem, będziesz musiał szukać węży pośród Twoich ulubieńców. Żegnaj! Wejdę przez główną bramę. Nie obawiaj się. Nie uciekam. Możesz przyjść sprawdzić, kiedy chcesz.»

I odwracając się, Judasz odchodzi wielkimi krokami.

Jezus – wysoka biała postać w lnianej szacie na skraju zielono-czerwonej łąki – ponosi ręce ku pogodnemu niebu, unosi bardzo przygnębione oblicze i wznosi duszę ku Swemu Ojcu, jęcząc:

«O! Mój Ojcze! Czy będziesz mógł może Mnie oskarżyć o to, że zaniedbałem zrobienia czegoś, co byłoby zdolne go zbawić? Ty wiesz, że to dla jego duszy, nie dla Mojego życia, walczę, aby [mu] przeszkodzić w zbrodni... Ojcze! Mój Ojcze! Błagam Cię! Przyśpiesz godzinę ciemności, godzinę Ofiary, bo to zbyt straszne dla Mnie żyć blisko przyjaciela, który nie chce zostać wybawiony... Największa boleść!»

I Jezus siada pośród koniczyny gęstej, wysokiej, bardzo pięknej. Pochyla głowę nad uniesionymi kolanami, które objął ramionami i płacze...

Och, nie mogę patrzeć na te łzy! Są już nazbyt podobne do tych z Getsemani co do udręki, osamotnienia... przeświadczenia, że Niebo nie uczyni nic, aby Go pocieszyć i że będzie musiał cierpieć ten ból. Wywołuje to moje wielkie cierpienie...

Jezus płacze długo w tym miejscu samotnym, cichym. Świadkami Jego łez są złote pszczoły, pachnąca koniczyna, poruszająca się lekko pod wpływem podmuchów burzowego wiatru, oraz obłoki, które o poranku były jak lekka sieć na lazurze nieba, a teraz są gęste, ciemniejsze i gromadzą się, zapowiadając nowy deszcz.

Jezus przestaje płakać. Podnosi głowę i nasłuchuje... Od drogi głównej dochodzi odgłos kół i dzwonków. Potem odgłos kół ustaje, ale dzwonków – nie. Jezus mówi:

«Chodźmy! Uczennice... One są wierne... Mój Ojcze, niech będzie, jak Ty chcesz! Składam Ci ofiarę z Mojego pragnienia Zbawiciela i Przyjaciela. To jest napisane! On tego chciał. To prawda. Pozwól Mi jednak, o Mój Ojcze, nadal oddziaływać na niego, aż wszystko zostanie zakończone. I teraz mówię Ci: Ojcze, kiedy będę się modlił za grzeszników, teraz już [jako] ofiara nie mogąca podjąć żadnego bezpośredniego działania, Ojcze, weź Moje cierpienie i napieraj na duszę Judasza. Wiem, że proszę Cię o coś, czego Sprawiedliwość nie może udzielić. Ale to od Ciebie przyszło Miłosierdzie i Miłość i Ty kochasz je, gdyż przyszły od Ciebie, stanowią Jedno z Tobą, Bogiem Jedynym i w Trójcy, Świętym i Błogosławionym.

Dam Siebie samego Moim umiłowanym za pokarm i napój. Ojcze, Moja Krew i Moje Ciało będą więc musiały być potępieniem dla jednego z nich? Ojcze, pomóż Mi! [Wzbudź] jeden kiełek żalu w tym sercu!... Ojcze, dlaczego się oddalasz? Już oddalasz się od Twego Słowa, które prosi?

Ojcze, nadeszła godzina, wiem o tym. Niechaj się wypełni Twoja błogosławiona wola! Ale pozwól Twemu Synowi, Twemu Chrystusowi, w którym przez niezgłębiony wyrok zmniejsza się w tej godzinie jasne i pewne widzenie przyszłości – a nie mówię Ci, że jesteś okrutny, lecz litościwy wobec Mnie – zostaw we Mnie nadzieję zbawienia go jeszcze. O, Mój Ojcze! Wiem o tym. Wiedziałem o tym, odkąd jestem. Wiedziałem o tym, odkąd nie tylko jako Słowo, lecz i jako Człowiek przyszedłem tu na ziemię. Wiedziałem, odkąd spotkałem tego człowieka w Świątyni... Zawsze wiedziałem... Ale teraz... O! Jakże wielka wydaje Mi się Twoja litość, Najświętszy Ojcze! Wydaje Mi się, że to straszliwy sen wywołany jego postępowaniem, lecz że to nie jest nieuniknione... i że mogę jeszcze mieć nadzieję, jeszcze, zawsze, gdyż nieskończone jest Moje cierpienie i nieskończona będzie Ofiara, i że mogę coś zdziałać nawet dla niego...

Ach! Majaczę! Człowiek chce mieć tę nadzieję! Bóg, który jest w Człowieku, Bóg, który stał się Człowiekiem, nie może się łudzić! Rozpraszają się lekkie chmury, które zakrywały przede Mną na chwilę czeluść: czeluść już otwartą, aby pochłonąć tego, który wolał Ciemności niż Światłość... Okazujesz litość, kiedy to ukrywasz! Litość, kiedy Mi to pokazujesz teraz, kiedy Mnie umocniłeś. Dobrze, Ojcze, nawet to! Wszystko! I będę Miłosierdziem aż do końca, bo taka jest Moja Istota.»

Jezus modli się jeszcze, w milczeniu, z rękoma rozłożonymi, jak na krzyżu. Jego udręczone oblicze uspokaja się coraz bardziej, przyjmując wygląd dostojnego pokoju. Niemal jaśnieje światłem wewnętrznej radości, chociaż nie ma uśmiechu na Jego zaciśniętych wargach. I radość Jego ducha z jedności z Ojcem, która przenika przez zasłony ciała, wymazuje znaki wyryte i wymalowane przez boleść na obliczu wychudłym i uduchowionym, jakim się zaczęło stawać oblicze Nauczyciela, odkąd zaczął się zbliżać do męki i ofiary. Oblicze Chrystusa z ostatnich czasów Jego śmiertelnego życia nie jest już obliczem z tej ziemi. Żaden artysta nie byłby zdolny go oddać, nawet gdyby Odkupiciel ukazał mu to oblicze Człowieka-Boga z nadprzyrodzonym pięknem wyrytym przez dłuto doskonałej i pełnej miłości oraz cierpienia.

Jezus znowu jest u bramy w ogrodzeniu. Wchodzi, rygluje ją i idzie w stronę domu. Sługa widząc Go przybiega, aby zabrać wielki klucz, który Jezus ma w rękach.

Idzie dalej i spotyka Łazarza, [który mówi]:

«Nauczycielu, niewiasty przybyły. Kazałem im wejść do białej sali, gdyż w bibliotece jest Judasz. Czyta i cierpi.»

«Wiem o tym. Dziękuję za niewiasty. Czy jest ich dużo?»

«Joanna, Nike, Eliza i Waleria z Plautyną i jakąś inną [Rzymianką]. Nie wiem, czy to przyjaciółka, czy wyzwolona. Ma na imię Marcela. I jeszcze jakaś starsza niewiasta, która mówi, że Cię zna: Anna znad jeziora Meron, a następnie Annalia, a z nią – inna młoda dziewczyna, która nazywa się Sara. Są z uczennicami, z Twoją Matką i z siostrami.»

«A te dziecięce głosy?»

«Anna przyprowadziła swe wnuki, Joanna – swoje dzieci, Waleria – swoją córkę. Zaprowadziłem je na wewnętrzny dziedziniec...»



Przekład i wyłączne prawa do tekstu: "Vox Domini" Więcej na stronie: O Marii Valtorcie i jej pismach