Ewangelia według
św. Mateusza
Ewangelia według
św. Marka
Ewangelia według
św. Łukasza
Ewangelia według
św. Jana


Maria Valtorta

Księga V - Przygotowanie do Męki

–   POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA  –

 12. W DRODZE DO EFRAIM

Napisane 2 stycznia 1947. A, 9827-9838

W rześki i czysty poranek widać, że pola otaczające dom Nike są całe zazielenione od nowego zboża, które wykiełkowało już na kilka centymetrów. Ma ono delikatny kolor bardzo jasnego szmaragdu. Bliżej domu – sad, jeszcze pozbawiony liści, wydaje się jeszcze ciemniejszy i masywniejszy w porównaniu z delikatnością młodych kiełków i bezchmurnego nieba pogodnego jak w raju. Dom, całkiem biały w świetle wschodzącego słońca, jest ukoronowany lotem gołębi.

Nike już wstała i troszczy się pilnie o to, aby odchodzący mieli to, co może im dać siły na drogę. Najpierw odprawia sługi Łazarza. Zatrzymała ich na noc. Odchodzą wypoczęci i przymuszają konie do szybkiego kroku. Potem wchodzi do kuchni, gdzie służące przygotowują mleko i jedzenie na ogniu. Z wielkiej misy wlewa oliwę do dwóch mniejszych pojemników, a wino do małych skórzanych bukłaków. Ponagla służącą, która przygotowuje chleby niskie jak podpłomyki, żeby je zaraz zaniosła do już przygotowanego pieca. Z szerokich stołów, na których suszą się sery, w cieple kuchni, wybiera najpiękniejsze. Bierze miód i wlewa go do dobrze zamykanych naczyń. Potem przygotowuje pakunki z całą tą żywnością. Do jednego wkłada całe koźlę lub baranka. Służąca zdejmuje go właśnie z rożna, na którym się piekł. Do drugiego – jabłka, czerwone jak korale. Do innego – przygotowane do jedzenia oliwki, do jeszcze innego – suszone winogrona. Potem – pakunek obranego jęczmienia. Właśnie go zamyka, gdy do kuchni wchodzi Jezus, witając wszystkich tam przebywających.

«Nauczycielu, pokój z Tobą. Już wstałeś?»

«Powinienem był to uczynić wcześniej. Moi uczniowie byli jednak tak bardzo zmęczeni, że pozwoliłem im spać nieco dłużej. Co robisz, Nike?»

«Przygotowuję... to nie będzie zbyt ciężkie, widzisz? Dwanaście pakunków i obliczyłam je według sił niosącego.»

«A Ja?»

«O! Nauczycielu! Ty już masz Swoje brzemię...» – i w oczach Nike błyszczą łzy.

«Chodź na zewnątrz, Nike, pomówimy w spokoju.»

Wychodzą i oddalają się od domu.

«Moje serce płacze, Nauczycielu...»

«Wiem, ale trzeba być silnym, silnym, silnym i myśleć, że nie zadało się Mi cierpienia...»

«O! To nigdy! Ale myślałam, że będę mogła pozostać przy Tobie i to dlatego przeniosłam się do Jerozolimy. W przeciwnym razie pozostałabym tutaj, na mojej wsi...»

«Łazarz, Maria i Marta też sądzili, że będą mogli ze Mną zostać. A widzisz!...»

«Widzę. Tak, widzę to. Nie chodzę już do Jerozolimy, kiedy Ciebie tam nie ma. Będę bliżej Ciebie, jeśli zostanę tutaj i będę Ci mogła pomagać» [– postanawia Nike.]

«Już tak wiele dałaś...»

«Nic nie dałam. Chciałabym móc zanieść mój dom tam, dokąd idziesz. Ale przyjdę, z pewnością przyjdę zobaczyć, czego Ci brakuje. Teraz zrobię to, co mi kazałeś zrobić, bo to jest słuszne. Pozostanę tutaj, aż się przekonają, że Cię tu nie ma. Ale potem...»

«Droga jest daleka i uciążliwa dla niewiasty, i niebezpieczna.»

«O! Nie lękam się. Jestem zbyt stara, aby się spodobać jako niewiasta i nie noszę skarbów, aby stanowić łup. Złodzieje są lepsi niż wielu tych, którzy się uważają za świętych, a są złodziejami, bo chcą Cię pozbawić pokoju i wolności...»

«Nie żyw do nich nienawiści, Nike» [– prosi Jezus.]

«To dla mnie najtrudniejsze. Ale będę próbowała nie nienawidzić z miłości do Ciebie... Całą noc płakałam, Panie!»

«Słyszałem cię, jak chodziłaś tam i z powrotem po domu, niestrudzona jak pszczoła. Wydawałaś Mi się matką udręczoną z powodu prześladowanego syna... Nie płacz. Winowajcy powinni płakać. Nie ty. Bóg jest dobry dla Swego Mesjasza. W najsmutniejszych godzinach zawsze pozwala Mi znaleźć obok Mnie matczyne serce...»

«A co zrobisz ze Swoją Matką? Mówiłeś mi, że Ona wkrótce przyjdzie...»

«Przyjdzie do Efraim... Łazarz zobowiązał się Ją powiadomić. Oto Szymon, syn Jony, i Moi bracia...»

«Wiedzą?»

«Jeszcze nie, Nike. Powiem im, kiedy będziemy daleko...»

«A ja, kiedy przyjdę, powiem Ci, co się dzieje tutaj i w Jerozolimie» [– obiecuje Nike.]

Idą ku apostołom, którzy wychodzą jeden za drugim z domu, w poszukiwaniu Jezusa.

«Chodźcie, bracia. Posilcie się przed drogą. Wszystko jest gotowe» [– zaprasza Nike.]

«Nike nie spała w nocy z naszego powodu. Podziękujcie dobrej uczennicy» – mówi Jezus wchodząc do przestronnej kuchni. Tam, na stole, jaki można by nazwać refektarzowym, tak jest duży, parują miseczki napełnione mlekiem i smakowicie pachną podpłomyki. Właśnie wyjęto je z pieca. Nike kładzie na nich obficie masło i miód, mówiąc, że to posiłek wzmacniający dla zmuszonych odbyć długą drogę w tych jeszcze zimnych godzinach.

Posiłek szybko się kończy. Nike w tym czasie dokończyła pakowanie chleba, wyjętego z pieca, chrupiącego i pachnącego. Każdy apostoł bierze swój ciężar, związany tak, aby można go było nieść bez trudu.

To godzina odejścia. Jezus żegna się i błogosławi. Apostołowie też się żegnają. Nike jednak towarzyszy im jeszcze do granicy pól. Potem wraca płacząc, osłonięta welonem. Jezus zaś i Jego apostołowie oddalają się podrzędną drogą, wskazaną im przez Nike.

Pola są jeszcze puste. Droga prowadzi między łanami nowego zboża i pozbawionych liści winorośli. Nie ma też pasterzy, bo nie wyprowadzają stad na uprawne pola. Słońce nagrzewa lekko poranne powietrze. Pierwsze kwiatuszki na zboczach błyszczą jak klejnoty pod osłoną rosy, którą rozpala słońce. Ptaki świergocą. To ich pierwsze miłosne śpiewy. Nadchodzi piękna pora roku. Wszystko pięknieje i odradza się, wszystko się ożywia... Jezus zaś odchodzi na miejsce ucieczki, poprzedzającej śmierć, której pragnie dla Niego nienawiść.

Apostołowie nie odzywają się. Są zamyśleni. Nagłe odejście zaskoczyło ich. Tak byli pewni, że odtąd będą spokojni! Idą naprzód bardziej zgięci niż tylko pod wpływem ciężaru swych toreb i zapasów danych przez Nike. To, co ich tak ugina, to rozczarowanie, to przekonanie się, jaki jest świat i ludzie.

Jezus natomiast nie uśmiecha się, ale nie jest też ani smutny, ani przygnębiony. Idzie z głową uniesioną wysoko, przed wszystkimi, bez zuchwałości, ale też bez lęku. Idzie jak ktoś, kto wie dobrze, dokąd ma się udać i co ma czynić. Idzie jak człowiek mocny, jak bohater, którego nic nie poruszy ani nie przestraszy.

Drugorzędna droga dochodzi do drogi głównej. Jezus idzie nią kierując się cały czas na północ, a apostołowie idą za Nim, nie odzywając się. Jest to droga prowadząca do Galilei. Idzie się nią także do Judei przez Dekapol i Samarię. Są na niej wędrowcy, przede wszystkim karawany kupieckie.

Mija czas i słońce grzeje coraz mocniej, kiedy Jezus schodzi z głównej drogi, aby wejść na inną, mniejszą, która poprzez pola zbóż prowadzi ku pierwszym wzgórzom.

Apostołowie patrzą na siebie. Zaczynają być może pojmować, że nie idą do Galilei drogą wzdłuż doliny Jordanu, lecz udają się w kierunku Samarii. Ale nic jeszcze nie mówią.

Jezus, po dotarciu do pierwszych drzew na wzgórzach, mówi:

«Zatrzymajmy się i odpocznijmy podczas posiłku. Słońce wskazuje środek dnia.»

Znajdują się w pobliżu małego strumienia, w którym jest niewiele wody, bo od jakiegoś czasu nie padało. Jednak jego wody są przejrzyste. Widać kamieniste dno. Na brzegach leżą wielkie kamienie, które mogą służyć jako stoły i miejsca do siedzenia. Jezus pobłogosławił i ofiarował pożywienie. Siadają i jedzą w milczeniu, jakby zagubieni we własnych myślach.

Jezus wyrywa ich z tej zadumy, mówiąc:

«Nie pytacie Mnie, dokąd idziemy? Troska o jutro odebrała wam mowę? Albo może już nie jestem waszym Nauczycielem?»

Dwunastu podnosi głowy. Dwanaście twarzy zasmuconych, a przynajmniej zdumionych, odwraca się w stronę Jezusa. Jedno: „Och!” wychodzi ze wszystkich dwunastu ust. A po tym okrzyku następuje odpowiedź Piotra, który mówi w imieniu wszystkich:

«Nauczycielu, wiesz o tym, że jesteś Nim dla nas zawsze, ale od wczoraj czujemy się tak, jakby nam zadano mocny cios w głowę. Wszystko wydaje nam się snem. Ty to Ty, widzimy i wiemy, ale wydajesz się nam... już jakby oddalony. Pozostało w nas to wrażenie, jakie mieliśmy w chwili, kiedy rozmawiałeś z Twoim Ojcem przed wezwaniem Łazarza i kiedy go wyprowadziłeś stamtąd, tak powiązanego, jedynie dzięki Twojej woli, i kiedy go ożywiłeś jedynie mocą Twej potęgi. Niemal budzisz w nas lęk. Mówię za siebie... ale sądzę, że tak jest ze wszystkimi... Teraz... My... To odejście... tak szybkie i tak tajemnicze!...»

«Boicie się podwójnie? Odczuwacie, że grozi wam większe niebezpieczeństwo? Nie macie – czujecie, że nie macie – siły stawić czoła i pokonać ostatnie doświadczenia? Powiedzcie to w największej wolności. Jesteśmy jeszcze w Judei. Jesteśmy blisko nizinnych dróg do Galilei. Każdy może odejść, jeśli chce i odejść na czas, aby nie stać się celem nienawiści Sanhedrynu...»

Apostołowie są poruszeni tymi słowami. Ci, którzy niemal leżeli na trawie ogrzanej słońcem, siadają. Inni, którzy siedzieli, wstają. Jezus zaś mówi dalej:

[Por. J 11,57] «Od dziś bowiem jestem Prześladowanym na mocy Prawa. Dowiedzcie się o tym. O tej godzinie zostanie odczytany w ponad pięciuset synagogach Jerozolimy oraz w miejscowościach, które zdołały otrzymać dekret wydany wczoraj w godzinie seksty, że jestem wielkim grzesznikiem i ktokolwiek wie, gdzie jestem, ma obowiązek donieść to Sanhedrynowi, aby Mnie zatrzymano...»

Apostołowie krzyczą, jakby już ujrzeli Go ujętego.

Jan przywiera do Jego szyi jęcząc:

«Ach! Zawsze to przewidywałem!»

Zanosi się od płaczu. Jeden przeklina Sanhedryn, drugi wzywa Bożej sprawiedliwości, ktoś płacze, a inny zastyga jak posąg.

«Uspokójcie się. Posłuchajcie. Nigdy was nie oszukiwałem. Zawsze mówiłem wam prawdę. Kiedy mogłem, broniłem was i opiekowałem się wami. Wasza obecność przy Mnie była Mi tak miła, jakbyście byli synami. Nie ukrywałem przed wami też Mojej ostatniej godziny... grożących Mi niebezpieczeństw... Mojej męki. To jednak dotyczyło Mnie, wyłącznie Mnie. Teraz zagrożenia dotyczą również was. Musicie rozważyć bezpieczeństwo wasze, waszych rodzin. Proszę was, żebyście to uczynili. W absolutnej wolności. Nie zważajcie na miłość, jaką Mnie darzycie, na to, że was wybrałem. Przyjmijcie – ponieważ was uwolniłem od wszelkiego zobowiązania wobec Boga i Jego Chrystusa – przyjmijcie, że się tu spotkaliśmy, po raz pierwszy i że wy, po wysłuchaniu Mnie, oceniacie siebie, czy właściwe jest pójście za Nieznajomym, którego słowa was poruszyły. Wyobraźcie sobie, że Mnie słyszycie i widzicie po raz pierwszy i że mówię wam:

„Zważcie, że jestem prześladowany i znienawidzony, a kto Mnie kocha i idzie za Mną jest prześladowany i nienawidzony jak Ja, w swojej osobie, w swych sprawach i uczuciach. Zważcie, że prześladowanie może się zakończyć nawet śmiercią i utratą dóbr rodzinnych”.

Zastanówcie się, zadecydujcie. Będę was tak samo kochał, nawet jeśli Mi powiecie: „Nauczycielu, nie mogę już iść za Tobą”. Smucicie się? Nie, nie powinniście. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, którzy decydują ze spokojem i z miłością co należy czynić, ze wzajemnym zrozumieniem. Nie mogę pozwolić wam iść w przyszłość, nie nakazując wam zastanowienia się. Nie czynię tego przez brak szacunku do was. Kocham was wszystkich. Ale jestem Nauczycielem. To oczywiste, że nauczyciel zna swoich uczniów. Jestem Pasterzem i oczywiste jest, że pasterz zna swe owce. Wiem, że Moi uczniowie doprowadzeni do doświadczenia bez dostatecznego do niego przygotowania, mogliby nie dać sobie rady lub przynajmniej nie odnieść zwycięstwa jak zawodnicy na stadionie. [Przygotowanie jest dziełem] nie tylko mądrości, pochodzącej od Nauczyciela – a więc dobrej i doskonałej – ale wypływa też z zastanowienia, które musi pochodzić od nich...

Oceniać siebie i rozważać okoliczności to zawsze mądra zasada. W sprawach małych i w wielkich. Ja, Pasterz, muszę powiedzieć do Moich baranków: „Oto teraz kroczę po kraju wilków i sępów. Czy macie siłę chodzić między nimi?” Mógłbym także już powiedzieć wam, kto nie będzie miał siły znieść próby. Mogę was jednak też zapewnić i zapewniam, że nikt z was nie wpadnie w ręce katów, którzy złożą w ofierze Baranka Bożego. Ujęcie Mnie ma tak wielką wartość, że im wystarczy... Jednak mówię wam: „Zastanówcie się”.

Niegdyś mówiłem: „Nie obawiajcie się tych, którzy zabijają” [Por. Łk 12,4]. Mówiłem wam: „Ten, który – przyłożywszy rękę do pługa – odwraca się, aby rozważać przeszłość i co może stracić lub zdobyć, nie jest zdolny do Mojej misji” [por. Łk 9,62]. To były reguły, które miały wam uświadomić, co oznacza być Moim uczniem. To mają być również zasady na przyszłość, która nadejdzie, kiedy Ja nie będę już Nauczycielem, lecz będą nauczycielami Moi wierni. One zostały wam dane, aby umocnić wasze dusze. Ale nawet ta siła, niezaprzeczalna, jaką osiągnęliście w porównaniu z niczym, jakim byliście – mówię o waszym duchu – jest jeszcze zbyt mała wobec wielkości próby. O! Nie myślcie w waszych sercach: „Nauczyciel jest nami zgorszony”. Nie jestem zgorszony. Mówię wam, że nawet wy nie powinniście się ani teraz, ani potem gorszyć waszą słabością.

We wszystkich przyszłych czasach, pośród członków Mojego Kościoła, tak pośród baranków jak i pasterzy, będą osoby, które nie staną na wysokości swej misji. Będą epoki, w których pasterze-bałwochwalcy i wierni-bałwochwalcy będą liczniejsi od prawdziwych pasterzy i prawdziwych wiernych. Epoki zaćmienia ducha wiary w świecie. Jednak zaćmienie nie jest śmiercią ciała niebieskiego. To jedynie chwilowe przyćmienie ciała niebieskiego, bardziej lub mniej częściowe. Potem jego piękno pojawi się ponownie i wyda się bardziej jaśniejące. Tak też będzie z Moją Owczarnią.

Mówię wam: „Zastanówcie się”. Mówię wam to jako Nauczyciel, Pasterz i Przyjaciel. Pozwalam wam rozmawiać między sobą całkowicie swobodnie. Idę się modlić, tam, do tego zagajnika. Przychodźcie po kolei wyrazić swoją myśl. I jakakolwiek ona będzie, pobłogosławię waszą szczerą uczciwość. Będę was kochał za to, co już do tej pory Mi daliście. Do zobaczenia.»

Wstaje i odchodzi. Apostołowie są oszołomieni, zakłopotani, poruszeni. Na początku nie potrafią się nawet odezwać. Potem Piotr jako pierwszy mówi:

«Niech mnie pochłonie piekło, jeśli miałbym Go opuścić! Jestem pewien siebie. Nawet gdyby wyszły przeciwko mnie wszystkie demony, które są w Gehennie z Lewiatanem na czele, nie odstąpię od Niego ze strachu.»

«Ja też nie. Mam być gorszy od moich córek?» – odzywa się Filip.

«Ja jestem pewien, że oni nic Mu nie zrobią. Sanhedryn grozi, ale robi to, aby się przekonać, że sam jeszcze istnieje. Wie, że jest niczym, jeśli Rzym nie wyrazi zgody. Jego potępienie! To Rzym skazuje» – mówi Iskariota zuchwale.

«Ale w sprawach religijnych to wciąż Sanhedryn» – zauważa Andrzej.

«Boisz się, bracie? Uważaj, bo nigdy nie było w rodzinie tchórzów» – mówi ostrzegawczo Piotr, czując w sobie wojowniczego ducha.

«Nie boję się i mam nadzieję, że będę mógł to ukazać. Przedstawiam moją myśl Judaszowi» [– tłumaczy się Andrzej.]

«Masz rację. Jednak błąd Sanhedrynu polega na tym, że chce posłużyć się bronią polityczną, bo nie chcą powiedzieć i nie chcą usłyszeć, że podnieśli rękę na Chrystusa. Wiedziałem o tym w sposób pewny. Chcieliby, czy raczej chcieli, aby Chrystus zgrzeszył, aby wzgardził Nim tłum. Ale zabić Go! Oni! Ech, nie! Boją się! To strach, którego nie można porównać z ludzkim lękiem, bo to strach duszy. Oni rzeczywiście wiedzą, że On jest Mesjaszem! Wiedzą to bardzo dobrze. I wiedzą to tak dobrze, że zdają sobie sprawę, że dla nich oznacza to koniec, bo nadchodzi nowy czas. I chcą Go powalić. Ale zabić Go, oni?! Nie. Szukają więc powodu politycznego, aby Prokonsul lub Rzym Go pokonał. Ale Chrystus nie szkodzi Rzymowi i Rzym Jemu nie zaszkodzi. Sanhedryn wyje daremnie» [– stwierdza Iskariota.]

«Zatem zostajesz z Nim?» [– pyta Piotr.]

«Ależ oczywiście. Bardziej niż wszyscy!» [– oświadcza Judasz.]

«Ja nie mam nic do stracenia ani do zyskania zostając lub odchodząc. Mam jedynie obowiązek Go kochać. I zrobię to» – mówi Zelota.

«Ja uznaję w Nim Mesjasza i dlatego idę za Nim» – mówi Natanael.

«Ja też. Wierzę, że Nim jest, od chwili, w której Jan Chrzciciel mi Go wskazał» – mówi Jakub, syn Zebedeusza.

«My zaś jesteśmy Jego braćmi. Do wiary dołączamy miłość krwi, prawda, Jakubie?» – mówi Tadeusz.

«On jest moim słońcem od lat. Podążam za Nim. Jeśli wpadnie w otchłań przygotowaną przez Jego wrogów, pójdę za Nim» – odpowiada Jakub, syn Alfeusza.

«A ja? Czy mogę zapomnieć, że mnie ocalił?» [– odzywa się Mateusz.]

«Mój ojciec przekląłby mnie siedemdziesiąt siedem razy, gdybym Go opuścił. A zresztą choćby tylko z miłości do Maryi, nigdy nie odłączę się od Jezusa» – mówi Tomasz.

Jan się nie odzywa. Trwa z głową pochyloną, przytłoczony. Inni uznają jego postawę za słabość i wielu go o to pyta:

«A ty? Ty jeden chcesz odejść?»

Jan unosi twarz, tak czystą w wyrazie i spojrzeniu, i patrząc swymi jasnobłękitnymi przejrzystymi oczyma na tych, którzy mu stawiają to pytanie, odpowiada:

«Modliłem się za nas wszystkich. Chcemy bowiem wiele czynić i mówić, a przeceniamy siebie i nie zauważamy, że czyniąc to poddajemy w wątpliwość słowa Nauczyciela. Skoro On mówi, że nie jesteśmy przygotowani to znaczy, że nie jesteśmy. Skoro po trzech latach nie jesteśmy przygotowani, to nie nastąpi to w ciągu kilku miesięcy...»

«Cóż ty mówisz? Kilku miesięcy? Co ty o tym wiesz? Jesteś może prorokiem?» – rzucają się na niego, niemal go ganiąc.

«Nic nie wiem.»

«A więc? Cóż wiesz? Być może mówił ci o tym? Ty zawsze znasz Jego tajemnice...» – mówi z zazdrością Judasz z Kariotu.

«Nie miej do mnie nienawiści, przyjacielu, dlatego że ja potrafię pojąć, że pogodny czas się skończył. Kiedy to będzie? Nie wiem. Wiem, że to nastąpi. On to mówi. Ileż razy o tym mówił! My nie chcemy wierzyć. Ale nienawiść innych potwierdza Jego słowa... Modlę się więc, bo nic innego nie mogę zrobić. Proszę Boga, aby nas umocnił. Pamiętasz, Judaszu, jak nam mówił, żebyśmy prosili Ojca o to, aby mieć siłę w pokusach? Cała moc pochodzi od Boga. Naśladuję mojego Nauczyciela, bo to słuszne...»

«No więc w końcu, zostajesz?» – pyta Piotr.

«A gdzież miałbym pójść, jeśli nie zostałbym z Nim? On jest moim życiem i moim dobrem. Ale ponieważ jestem biednym dzieckiem, najnędzniejszym ze wszystkich, proszę o wszystko Boga, Ojca Jezusa i naszego.»

«Dobrze. Zatem wszyscy zostajemy! Chodźmy do Niego. Z pewnością jest smutny. Nasza wierność Go uszczęśliwi» – mówi Piotr.

Jezus leży, modląc się. Z twarzą przy ziemi, w trawie, z pewnością zanosi błagania do Ojca. Ale wstaje, słysząc odgłos kroków i spogląda na dwunastu. Patrzy na nich poważnie i trochę smutnym wzrokiem. Piotr mówi Mu:

«Ciesz się, Nauczycielu. Nikt z nas Cię nie opuści.»

«Zbyt szybko podjęliście decyzję i...»

«Godziny ani wieki nie zmienią naszej myśli» – mówi Piotr.

«Ani groźby – naszej miłości» – oświadcza Iskariota.

Jezus przestaje patrzyć na wszystkich razem i kolejno przygląda się każdemu z osobna. Długie spojrzenie wszyscy wytrzymują bez lęku. Jego spojrzenie szczególnie długo zatrzymuje się na Iskariocie, który patrzy na Niego z większą pewnością siebie niż wszyscy. Otwiera ramiona w geście poddania i mówi:

«Chodźmy. Wszyscy przypieczętowaliście wasz los.»

Powraca tam, gdzie był, bierze Swą torbę. Nakazuje:

«Chodźmy drogą, prowadzącą do Efraim, tą, którą nam wskazano.»

«Do Samarii?!»

Zdumienie jest ogromne.

«Do Samarii. Przynajmniej na jej granice. Jan także poszedł w te miejsca, żeby tam żyć, aż do godziny wyznaczonej mu na przepowiadanie Chrystusa.»

«Nie ocalił się w ten sposób!» – zauważa Jakub, syn Zebedeusza.

«Ja nie usiłuję ocalić Siebie, lecz ocalić. I zbawię w oznaczonej godzinie. Teraz prześladowany Pasterz idzie do najbardziej nieszczęśliwych owiec, aby i one, opuszczone, miały swą część mądrości, żeby się przygotować na nowe czasy.»

Odchodzi szybkim krokiem po postoju, który służył wypoczynkowi i uszanowaniu szabatu, gdyż chce dotrzeć [na miejsce], zanim noc sprawi, że nie będzie można już chodzić ścieżkami.

Kiedy dochodzą do małego strumienia, płynącego z Efraim w kierunku Jordanu, Jezus woła Piotra i Natanaela. Daje im sakiewkę, mówiąc:

«Idźcie naprzód. Poszukajcie Marii, małżonki Jakuba. Pamiętam, że Malachiasz powiedział Mi, że jest najbiedniejsza w tej okolicy, choć ma wielki dom. Nie ma już jednak ani synów, ani córek. Zostaniemy u niej. Dajcie jej dużo pieniędzy, aby nas przenocowała od razu, bez długiego rozmawiania o tym. Znacie dom. Ten duży osłonięty przez cztery granatowce, który jest blisko mostu na strumieniu.»

«Znamy go, Nauczycielu. Zrobimy, jak mówisz.»

Odchodzą szybko. Jezus idzie za nimi powoli z pozostałymi apostołami.

Z kotliny, którą strumień dzieli na dwie części, widać osadę. Jaśnieje w ostatnich promieniach dnia i w pierwszych światłach księżyca. Nie ma żywej duszy, kiedy dochodzą do domu całego białego od światła księżyca. Słychać jedynie strumień w ciszy wieczoru. Kiedy odwracają się za siebie i spoglądają na horyzont, widzą wielką część gwieździstego nieba, które pochyla się nad wielkim obszarem, opadając ku opustoszałej równinie zstępującej ku Jordanowi. Głęboki pokój króluje na ziemi.

Pukają do drzwi. Piotr otwiera:

«Wszystko załatwione, Panie. Staruszka płakała widząc, że jej dajemy pieniądze. Nie miała już nawet najmniejszej monety. Powiedziałem jej: „Nie płacz, niewiasto. Gdzie jest Jezus z Nazaretu, tam nie ma już bólu”. Odpowiedziała mi: „Wiem. Cierpiałam przez całe życie i jestem już naprawdę u kresu cierpienia. Ale Niebo się otwarło dla mnie nad wieczorem [życia] i przyprowadziło mi Gwiazdę Jakuba, żeby mi dać pokój”. Teraz jest obok i przygotowuje pokoje, zamknięte od dawna. Hmm! To niewiele, ale niewiasta wygląda na bardzo dobrą. Oto ona! Niewiasto! Rabbi jest tutaj!»

Ukazuje się mała, wychudzona staruszka o łagodnych, melancholijnych oczach. Zatrzymuje się zmieszana na kilka kroków przed Jezusem. Jest onieśmielona.

«Pokój tobie, niewiasto. Nie będę ci zbytnio przeszkadzał.»

«Chciałabym... chciałabym, żebyś przeszedł po moim sercu, żeby słodsze było dla Ciebie wejście do mojego ubogiego domu. Wejdź, Panie, i niech Bóg będzie z Tobą.»

Odzyskała oddech i śmiałość pod światłem spojrzenia Jezusa.

Wszyscy wchodzą i zamykają drzwi. Dom jest przestronny jak gospoda i tak pusty, jakby nikt w nim nie mieszkał. Jedynie kuchnia jest radosna z powodu ognia, płonącego w palenisku pośrodku pomieszczenia. Bartłomiej, który właśnie podsycał ogień, odwraca się i mówi z uśmiechem:

«Pociesz tę niewiastę, Nauczycielu. Jest zasmucona, że nie może Cię uczcić.»

«Twoje serce Mi wystarczy, niewiasto. O nic się nie troszcz. Jutro o wszystko zadbamy. Ja też jestem ubogi. Przynieście jej jedzenie. Ubodzy dzielą się chlebem i solą, bez wstydu i z braterską miłością. Dla ciebie, niewiasto, to miłość synowska, bo mogłabyś być Moją matką i jako taką cię czczę...»

Zasmucona staruszka wylewa ciche łzy, ocierając oczy welonem i szepcze:

«Miałam trzech synów i siedem córek. Jeden chłopiec utonął w strumieniu, jednego zabrała gorączka. Trzeci mnie opuścił. Pięć córek zaraziło się chorobą od ojca i umarły. Szósta umarła rodząc dziecko, a siódma... czego nie dokonała śmierć, uczynił grzech. W starości nie otacza mnie cześć dzieci i to mi sprawia... W osadzie są dobrzy... ale dla biednej niewiasty... Jesteś dobry dla matki...»

«Ja też mam Matkę. I w każdej niewieście, która jest matką, Jej oddaję cześć. Nie płacz. Bóg jest dobry. Miej wiarę, a dzieci, które ci pozostały, pewnego dnia wrócą do ciebie. Inne spoczywają w pokoju...»

«Myślę, że to kara, bo są z tego miejsca...»

«Miej wiarę. Bóg jest bardziej sprawiedliwy od ludzi...»

Powracają apostołowie, którzy poszli do pokoi z Piotrem, przynoszą jedzenie. Podgrzewają upieczonego przez Nike baranka i przynoszą na stół. Jezus ofiarowuje i błogosławi. Chce, aby staruszka usiadła z nimi, zamiast stać w kącie i jeść cykorię...

Rozpoczęło się wygnanie na krańcach Judei...



Przekład i wyłączne prawa do tekstu: "Vox Domini" Więcej na stronie: O Marii Valtorcie i jej pismach