Ewangelia według
św. Mateusza
Ewangelia według
św. Marka
Ewangelia według
św. Łukasza
Ewangelia według
św. Jana


Maria Valtorta

Księga IV - Trzeci rok życia publicznego

–   POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA  –

237. JEZUS, JAN I MANAEN
Napisane 16 grudnia 1946. A, 9708-9730

Już są na ziemiach, na których czuje się bliskość Morza Martwego, poza wszelkimi drogami dla karawan. Kierują się na północny wschód. Teren jest nierówny, pełen ostrych kamieni i kryształów soli, porośnięty niską i ciernistą trawą, ale idzie się im dobrze, a przede wszystkim spokojnie, gdyż – jak okiem sięgnąć – nie ma żywej duszy. Temperatura jest łagodna i teren suchy.

Rozmawiają. Musieli w poprzednich dniach spotkać pasterzy i przebywać z nimi, gdyż rozmawiają o tym. Mówią też o uzdrowieniu dziecka. Łagodnie, z miłością. Nawet kiedy milczą, ich serca rozmawiają. Patrzą na siebie spojrzeniem ludzi szczęśliwych z przebywania z człowiekiem, którego kochają. Siadają, aby wypocząć i posilić się nieco, potem udają się w drogę. Mają wciąż tak spokojny wygląd, że ich widok wlewa w moje serce pokój.

«Tutaj znajduje się Galgala – mówi Jezus wskazując skupisko domów, znajdujące się przed nimi, których biel odbija się w słońcu na pagórku od strony północno-wschodniej. – Teraz zbliżamy się do rzeki.»

«A wejdziemy do Galgali na noc?» [– pyta Jan.]

«Nie, Janie. Specjalnie ominąłem wszystkie miasta i ominę także i to. Jeśli znowu spotkamy jakiegoś pasterza, pójdziemy z nim. Jeśli ujrzymy blisko drogi, na jaką wkrótce wejdziemy, karawany, które właśnie będą się zatrzymywać na noc, poprosimy je, aby nas przyjęły pod swe namioty. Nomadowie pustyni są zawsze gościnni, a to jest czas, kiedy łatwo ich spotykać. Jeśli nikt nas nie przyjmie, prześpimy się pod gołym niebem, blisko siebie, przykryci płaszczami, a aniołowie będą nad nami czuwać.»

«O, tak! Wszystko będzie zawsze lepsze od tej smutnej nocy, ostatniej nocy, jaką spędziłem w Betlejem!» [– wzdycha Jan.]

«Ale dlaczego nie przyszedłeś do Mnie od razu?»

«Dlatego że czułem się winny. A potem mówiłem sobie też: Jezus jest tak dobry, że mnie nie tylko nie zbeszta, lecz przeciwnie – pocieszy. I tak uczyniłeś. Gdzież więc by się podziała pokuta, jaką chciałem podjąć?»

«Razem byśmy pokutowali, Janie. Ja też trwałem bez żywności i ognia, mimo pokarmu i drewna, jakie znalazłem rano.»

«Tak. Ale kiedy jest się z Tobą, już nic nie dokucza, nic. Kiedy jestem z Tobą, już z żadnego powodu nie cierpię. Patrzę na Ciebie, słucham Cię i jestem całkiem szczęśliwy» [– wyznaje Jan.]

«Wiem o tym. I wiem też, że w nikim Moja myśl nie jest tak wyryta jak w Moim Janie. Wiem też, że umiesz zrozumieć i milczeć, kiedy trzeba. Ty Mnie rozumiesz, tak, bo ty Mnie kochasz. Janie, posłuchaj Mnie. Wkrótce...»

«Co, Panie?» – pyta szybko Jan. Przerywa Mu, chwyta Go za ramię i zatrzymuje się, aby Mu spojrzeć prosto w twarz oczyma przerażonymi i pytającymi. Jego twarz blednie. Jezus mówi dalej:

«Wkrótce miną trzy lata, odkąd ewangelizuję. Wszystko, co trzeba było powiedzieć tłumom, powiedziałem. Kto chce Mnie kochać i iść za Mną, ma teraz wszystko, czego potrzeba dla uczynienia tego w sposób pewny. Inni... Kilku przekonają wydarzenia, większość zaś, nawet wobec nich, pozostanie głucha. Ale tym ostatnim niewiele mam do powiedzenia. I powiem to. Oprócz miłosierdzia musi bowiem się ujawnić też sprawiedliwość. Aż dotąd miłosierdzie milkło wiele razy i nad wieloma rzeczami. Jednak – przed zamilknięciem na zawsze – Nauczyciel przemówi też z surowością sędziego. Ale nie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Chciałem ci powiedzieć, że niebawem po powiedzeniu stadu wszystkiego, co należało powiedzieć, aby ono należało do Mnie, będę się wiele skupiał, żeby się modlić i przygotować. A kiedy nie będę się modlił, będę poświęcał wam [czas]. Jak czyniłem na początku, tak uczynię też na końcu. Przyjdą uczennice. Przyjdzie Moja Matka. Wszyscy przygotujemy się na Paschę. Janie, proszę cię teraz o to, abyś się wiele poświęcał uczennicom. Szczególnie Mojej Matce...»

«Mój Panie, cóż ja mogę dać Twojej Matce, czego Ona nie posiada już w nadobfitości i do tego stopnia, że daje to nam wszystkim?» [– pyta Jan.]

«Twoją miłość. Wyobraź sobie, że jesteś dla Niej jak drugi syn. Ona cię kocha i ty Ją kochasz. Posiadacie jedną miłość, która was jednoczy: miłość do Mnie. Ja, Jej Syn, według ciała i serca, będę coraz bardziej... nieobecny, pochłonięty Moimi... zajęciami. I Ona będzie cierpieć, bo Ona wie... Ona wie, co się stanie. Musisz zastępować Mnie w pocieszaniu Jej, stać się dla Niej takim przyjacielem, żeby mogła płakać na twoim sercu i otrzymać z tego pociechę. Moja Matka nie jest dla ciebie nieznajomą. Mieszkałeś już z Nią. Ale to coś innego robić to jak uczeń, który kocha miłością pełną szacunku Matkę swego Nauczyciela, a coś innego – robić to jak syn. Chcę, żebyś to czynił jak syn, aby Ona nieco mniej cierpiała, kiedy nie będzie Mnie już posiadać.»

«Panie, umrzesz? Mówisz, jak ktoś, kto wkrótce umrze! Zasmucasz mnie...» [– mówi Jan.]

«Wiele razy powiedziałem wam, że muszę umrzeć. To tak jakbym mówił do roztargnionych dzieci, którym nie udaje się pojąć. Tak. Idę ku śmierci. Powiem to także innym, ale później. Tobie mówię to teraz. Pamiętaj o tym, Janie.»

«Usiłuję pamiętać Twoje słowa, zawsze... Jednak te są tak bolesne...»

«Że robisz wszystko, aby o nich zapomnieć? To chcesz powiedzieć? Biedne dziecko! To nie ty zapominasz, nie ty zapamiętujesz. Ty, dzięki twej woli. To twoja ludzka natura nie może pamiętać o tym, co przewyższa jej wytrzymałość, o tym, co zbyt wielkie, a nawet nie wiesz w pełni, jakie to będzie wielkie, straszliwe, tak wielkie, że otępia jak ciężar spadający z wysoka na głowę. A jednak tak jest. Niebawem pójdę na śmierć i Moja Matka zostanie sama. Umrę z jedną kroplą słodyczy w Moim oceanie boleści, jeśli ujrzę w tobie „syna” dla Mojej Matki...»

«O! Mój Panie! Jeśli tylko potrafię... jeśli nie stanie się ze mną tak, jak w Betlejem, tak, zrobię to. Będę czuwał z synowskim sercem. Cóż jednak będę mógł Jej dać, co by Ją pocieszyło, skoro Ona utraci Ciebie? Cóż będę mógł Jej dać, skoro Ja też będę jak ktoś, kto utracił wszystko, a boleść mnie przytępi? Co zrobię wtedy, skoro nie potrafiłem czuwać i cierpieć teraz, w spokoju, w nocy i odczuwając odrobinę głodu? Co zrobię?»

«Nie niepokój się. Módl się wiele w tym czasie. Będę cię często zatrzymywał przy Mnie i przy Mojej Matce. Janie, ty jesteś Naszym pokojem i będziesz nim również wtedy. Nie lękaj się, Janie. Twoja miłość wszystkiego dokona» [– pociesza go Jezus.]

«O, tak, Panie! Zatrzymuj mnie często przy Sobie. Ja, Ty o tym wiesz, nie usiłuję ukazywać siebie, czynić cudów, chcę, Ty wiesz, tylko kochać...»

Jezus jeszcze raz całuje jego czoło, skronie, jak w grocie...

Są już w pobliżu drogi prowadzącej do rzeki. Jest tu niewielu pielgrzymów, którzy poganiają zwierzęta lub przyspieszają kroku, żeby dojść przed nocą do miejsc, w których można się zatrzymać. Wszyscy są szczelnie owinięci płaszczami, gdyż po zachodzie słońca chłód staje się dokuczliwy. Niemal nikt nie zwraca uwagi na dwóch wędrowców, którzy idą szybko ku rzece.

Jakiś jeździec szybkim kłusem dogania ich i mija, a po kilku metrach zatrzymuje się z powodu zatłoczenia osłów przy małym moście na dużym potoku, który usiłuje nabrać wyglądu strumienia i pieniąc się płynie ku Jordanowi lub Morzu Martwemu. Czekając na swoją kolej, żeby przejść, jeździec odwraca się i wykonuje gest zaskoczenia. Schodzi z siodła i trzymając wodze swego konia, idzie w tył ku Jezusowi i Janowi, którzy go nie zauważyli.

«Nauczycielu! Jak to się stało, że jesteś tutaj? Sam z Janem» – pyta jeździec odrzucając w tył poły swego nakrycia głowy, które miał spuszczone na twarz. Służyły mu za kaptur, a mogłabym też powiedzieć za maskę, dla ochrony przed wiatrem i kurzem. Ukazuje się ogorzała, pełna życia twarz Manaena.

«Pokój tobie, Manaenie. Idę w kierunku rzeki, żeby się przeprawić na drugi brzeg, ale wątpię, czy zdołam to uczynić przed nocą. A ty dokąd się udajesz?» [– pyta Jezus.]

«Do Macherontu, do tej nikczemnej nory. Nie masz gdzie przenocować? Chodź ze mną. Właśnie udawałem się spiesznie do gospody przy drodze dla karawan. Albo, jeśli wolisz, rozbiję namiot pod drzewami rzeki. Mam na siodle wszystko, co trzeba.»

«Wolę to. Ale ty z pewnością wolisz gospodę...»

«To Ciebie wolę, Panie. Patrzę na spotkanie z Tobą jak na wielką łaskę. Chodźmy więc. Znam brzegi rzeki tak, jakby to były korytarze mego domu. U stóp wzgórz Galgali jest las chroniący przed wiatrami, z obfitą trawą dla mojego konia i drewno, żeby rozpalić ogień. Będzie nam tam dobrze.»

Oddalają się szybko, zakręcając na wschód. Porzucają drogę, prowadzącą do brodu w Jerychu. Wkrótce dochodzą do obrzeży gęstego lasu rosnącego na zboczach wzgórza i ciągnącego się na równinie w stronę brzegów rzeki.

«Idę do tego domu. Znają mnie tam. Poproszę o mleko i o słomę dla wszystkich» – mówi Manaen odchodząc z koniem. Wraca szybko w towarzystwie dwóch mężczyzn, którzy niosą wiązki słomy na plecach i mały skórzany bukłak napełniony mlekiem. Wchodzą do lasu, nie odzywając się. Manaen rzuca słomę na ziemię i żegna się z dwoma mężczyznami. Z kieszeni siodła wyjmuje krzemień i hubkę. Rozpala ogień z wielu gałęzi, które leżą na ziemi. Ogień rozwesela i grzeje. Jan umieszcza kociołek na dwóch kamieniach. Manaen zdejmuje w tym czasie z siodła namiot z miękkiej skóry wielbłądziej. Ustawia go, rozciągając go na dwóch palikach wbitych w ziemię. Mocuje go do potężnego pnia stuletniego drzewa. Rozciąga na trawie skórę owcy, którą miał przytroczoną do łęku u siodła, kładzie na niej siodło i mówi:

«Usiądź, Nauczycielu. To ochrona jeźdźca na pustyni, obroni Cię przed rosą i wilgocią ziemi. Nam wystarczy słoma. Zapewniam Cię, Nauczycielu, że kosztowne dywany i baldachimy, i krzesła królewskiego pałacu zdają mi się o wiele brzydsze niż Twój tron i ten namiot, i ta słoma. A soczyste dania, które tak wiele razy kosztowałem, nigdy nie miały tego smaku mleka i chleba, jakie zjemy razem pod namiotem. Jestem szczęśliwy, Nauczycielu!»

«Ja też, Manaenie, i Jan z pewnością również. Opatrzność połączyła nas tego wieczora dla naszej wspólnej radości.»

«Dziś wieczorem i jutro, Nauczycielu, i także pojutrze, aż dowiem się, że jesteś bezpieczny pośród Twoich apostołów. Myślę, że spotkasz się z nimi...»

«Tak, wkrótce ich spotkam. Czekają na Mnie w domu Salomona.»

Manaen patrzy, a potem mówi: «Przeszedłem przez Jerozolimę... i powiadomiono mnie. Przez Betanię... i pojąłem, dlaczego się tam nie zatrzymałeś. Dobrze zrobiłeś usuwając się. Jerozolima jest ciałem pełnym trucizny i zgnilizny bardziej niż biedny Łazarz...»

«Widziałeś go?»

«Tak. Zasmuconego udrękami ciała i serca, przez wzgląd na Ciebie. Łazarz umiera bardzo strapiony... Ja też wolałbym raczej umrzeć niż widzieć grzech naszych rodaków.»

«Miasto było poruszone?» – pyta Jan, który czuwa nad ogniem.

«Bardzo. Podzielone na dwie części. I, rzecz dziwna, Rzymianie okazali łagodność wobec pewnych zatrzymanych podczas wcześniejszych zamieszek. Potajemnie mówi się, że to dlatego, żeby nie powiększać wzburzenia. Mówi się też, że Prokonsul wkrótce przybędzie do Jerozolimy, wcześniej niż to przewidywano. Czy to dobrze, nie wiem. Wiem jednak, że z pewnością Herod przybędzie w ślad za nim, a to będzie z pewnością dobrze dla mnie, bo będę mógł być bliżej Ciebie. Na dobrym koniu – a stajnie Antypasa mają zwinne konie arabskie – szybko przybędę z miasta nad rzekę, jeśli się tam zatrzymasz...»

«Tak, zatrzymam się tam. Przynajmniej na razie...»

Jan przynosi ciepłe mleko, w którym każdy macza swój kawałek chleba po tym, jak Jezus ofiarował wszystko i pobłogosławił. Manaen podaje daktyle, jasne jak miód.

«Gdzież ty miałeś tyle rzeczy?» – pyta Jan zdumiony.

«Siodło jeźdźca to małe targowisko, Janie. Jest na nim wszystko dla człowieka i dla zwierzęcia» – odpowiada Manaen ze szczerym uśmiechem na ogorzałej twarzy. Zastanawia się przez chwilę, a potem zadaje pytanie:

«Nauczycielu, czy wolno kochać zwierzęta, które nam służą i które czasem są bardziej wierne niż człowiek?»

«Skąd to pytanie?»

«Bo niedawno zostałem wyśmiany i zganiony przez pewnych ludzi, którzy zobaczyli, że okrywam tym, co nam obecnie służy za namiot, mojego konia, który spocił się po biegu.»

«I nic innego ci nie powiedzieli?» [– pyta Jezus.]

Manaen zaskoczony patrzy na Jezusa... i milczy.

«Mów szczerze. To nie będzie obmawianie ani obrażanie Mnie, jeśli wyznasz, co ci powiedzieli, aby znów rzucić we Mnie błotem.»

«Nauczycielu, Ty wiesz wszystko. Naprawdę wiesz wszystko i niepotrzebnie próbuje się ukryć nasze myśli lub cudze. Tak, powiedzieli mi: „Widać, że jesteś uczniem tego Samarytanina. Jesteś poganinem jak On, który nie przestrzega nawet szabatów, skoro się zanieczyszczasz dotykając nieczystych zwierząt”.»

«Ach! To z pewnością Izmael!» – woła Jan.

«Tak, a z nim byli inni. Odpowiedziałem: „Zrozumiałbym, gdybyście mi powiedzieli, że jestem nieczysty, bo żyję na dworze Antypasa, a nie dlatego, że troszczę się o zwierzę, które Bóg stworzył.” Odpowiedzieli mi, a w grupie byli też herodianie – od jakiegoś czasu często można ich ujrzeć i to jest całkowicie zdumiewające, gdyż przedtem była między nimi poważna niezgoda – odpowiedzieli mi: „Nie oceniamy postępków Antypasa, lecz twoje. Jan Chrzciciel też był w Macheroncie i kontaktował się z królem. Jednak zawsze pozostał sprawiedliwym. Ty, przeciwnie, jesteś bałwochwalcą...” Zaczęli się gromadzić ludzie, więc się opanowałem, aby ich nie podburzać. Od jakiegoś czasu to wzburzenie podtrzymują Twoi fałszywi wierni, którzy skłaniają ludzi do buntowania się przeciw tym, którzy się Tobie sprzeciwiają. Inni dopuszczają się niesprawiedliwości, a mówią, że są uczniami wysłanymi przez Ciebie...»

«Ależ dość tego! Nauczycielu, dokąd oni dojdą?» – pyta Jan wzburzony.

«Nie dalej niż do granicy, jaką będą mogli osiągnąć. Poza tą granicą Ja sam będę szedł naprzód, a Światłość rozbłyśnie i nikt nie będzie mógł już wątpić, że jestem Synem Bożym. Ale podejdźcie tu, do Mnie, i posłuchajcie. A przedtem podsyćcie ogień.»

Obydwaj, bardzo zadowoleni, podbiegają do owczej skóry rozłożonej u stóp Jezusa, który siedzi na szkarłatnym siodle, przy namiocie, oparty o pień drzewa. Manaen niemal leży na ziemi z łokciem opartym o podłoże, głowę wsparł na dłoni, a oczy utkwił w oczach Jezusa. Jan usiadł na piętach i wsparł głowę na piersi Jezusa, otaczając Go ramieniem, w swej zwykłej pozie.

«Kiedy Stwórca powołał do istnienia stworzenie i dał mu za króla człowieka stworzonego na Swój obraz i podobieństwo, pokazał człowiekowi wszystkie istoty stworzone i chciał, żeby człowiek nadał im nazwy dla odróżnienia jednych od drugich. Czytamy w Księdze Rodzaju, że „wszystkie nazwy, jakie Adam nadał zwierzętom, były dobre, to były właściwe nazwy”. I czytamy jeszcze w Księdze Rodzaju, że Bóg stwarzając Mężczyznę i Niewiastę powiedział: „Uczyńmy Człowieka na Nasze podobieństwo i na Nasz obraz, aby się stał panem ryb w morzu i ptactwa w przestworzach, i zwierząt, i całej ziemi, i gadów, jakie po niej pełzają.”

A kiedy stworzył dla Adama towarzyszkę, niewiastę uczynioną, jak on, na obraz i podobieństwo Boga – ponieważ nie było właściwe, aby Pokusa podstępnie zaatakowała i popsuła jeszcze ohydniej mężczyznę stworzonego na obraz Boga – Bóg powiedział do mężczyzny i niewiasty: „Wzrastajcie, rozmnażajcie się, zaludniajcie ziemię i czyńcie tak, aby była wam poddana. Bądźcie panami ryb w morzu, ptactwa na niebie i wszystkich zwierząt, które się poruszają po ziemi”. I powiedział jeszcze: „Oto daję wam wszystkie te rośliny, które mają nasiona na ziemi i wszystkie drzewa, które mają w sobie nasiona swego gatunku, aby wam służyły za pokarm dla was i dla wszystkich zwierząt na ziemi i dla ptaków na niebie i dla tego, co się porusza po ziemi i co ma w sobie duszę żyjącą, aby miało życie”.

Zwierzęta i rośliny, i wszystko, co Stwórca stworzył dla pożytku Człowieka, stanowi więc dar miłości i dziedzictwo dane do strzeżenia przez Ojca Swym dzieciom, aby posługiwały się nimi dla własnego pożytku i z wdzięcznością wobec Dawcy wszystkiego. Trzeba je więc kochać i traktować z należytą troską.

Co powiedzielibyście o synu, któremu ojciec dałby szaty, meble, pieniądze, pola, domy, mówiąc: „Daję ci je dla ciebie i dla twego potomstwa, żebyście byli szczęśliwi. Posługujcie się tym wszystkim z miłością na pamiątkę miłości, jaka wam to dała”, a oni pozwoliliby wszystkiemu się zniszczyć lub roztrwoniliby wszystkie te dobra? Powiedzielibyście, że nie okazali szacunku swemu ojcu i że nie kochali ani swego ojca, ani jego darów. Podobnie człowiek powinien dbać o to, co Bóg w Swej opatrznościowej trosce mu powierzył.

Troszczenie się o to nie oznacza bałwochwalstwa ani przesadnego uczucia dla zwierząt lub roślin czy dla czegoś innego. Troska oznacza odczuwanie litości i wdzięczności za istoty o najmniejszym choćby znaczeniu, które nam służą i które mają swe życie, czyli swój sposób odczuwania.

Dusza żyjąca tych niższych stworzeń, o których mówi Księga Rodzaju, nie jest taką duszą, jaką posiada człowiek. To jest życie, po prostu życie, to znaczy byt wrażliwy na rzeczy aktualne, tak cielesne, jak i uczuciowe. Kiedy zwierzę umrze, jest niewrażliwe, gdyż ze śmiercią nastaje dla niego prawdziwy koniec. Dla niego nie ma przyszłości, ale dopóki żyje, dopóty cierpi głód, chłód, zmęczenie i odczuwa zranienie, cierpienie, przyjemność, miłość, nienawiść, chorobę i śmierć. A człowiek, pamiętając, że to Bóg udzielił mu tego środka, aby uczynić mniej ciężkim jego wygnanie na ziemi, musi być ludzki wobec niższych sług, którymi są dla niego zwierzęta. Czyż w Księdze Mojżesza nie jest nakazane darzenie ludzkimi uczuciami zwierząt, czy to ptaków, czy czworonogów?

Zaprawdę powiadam wam, że trzeba umieć patrzeć sprawiedliwie na dzieła Stwórcy. Jeśli spojrzy się na nie sprawiedliwie, widzi się, że są „dobre”. A to, co dobre, zawsze jest kochane. Widzi się, że to są rzeczy dane w dobrym celu i przez poryw miłości. Jako takie możemy i powinniśmy je kochać, widząc – ponad istotami mającymi koniec – Byt Nieskończony, który je dla nas stworzył. Widzi się, że są pożyteczne i dlatego należy je kochać. Zapamiętajcie to dobrze: nic nie zostało we Wszechświecie stworzone bez celu. Bóg nie trwoni Swej doskonałej Potęgi na rzeczy niepotrzebne. To źdźbło trawy nie jest mniej pożyteczne niż potężny pień, na którym się wspiera nasze czasowe schronienie. Kropla rosy, mała perła szronu, nie są mniej pożyteczne niż ogromne morze. Muszka nie jest mniej pożyteczna od słonia, a robak żyjący w błocie nie jest mniej pożyteczny niż wieloryb. Nie ma nic niepotrzebnego w Stworzeniu. Bóg wszystko uczynił w dobrym celu i z miłości do człowieka. Człowiek musi się wszystkim posługiwać z prawą intencją i z miłością do Boga, który mu dał wszystko, co istnieje na ziemi, aby było poddane królowi Stworzenia.

Powiedziałeś, o Manaenie, że zwierzę często służy lepiej człowiekowi niż ludzie. Ja ci powiadam, że zwierzęta, rośliny, minerały, żywioły przewyższają człowieka przez swe posłuszeństwo, gdyż podążają biernie za prawami Stworzenia lub podążają czynnie za instynktem, jaki Stwórca w nie złożył lub poddają się oswojeniu w celu, w jakim zostały stworzone. Człowiek, który powinien być perłą Stworzenia, zbyt często jest jego brzydotą. Powinien być dźwiękiem, który najbardziej harmonizuje z chórami niebiańskimi dla wychwalania Boga, a tymczasem zbyt często jest dźwiękiem nie harmonizującym, który złorzeczy lub bluźni, buntuje się lub swoim brzmieniem chwali stworzenie, zamiast Stwórcy. Jest więc bałwochwalcą. To obraza. To obrzydliwość. To właśnie jest grzechem.

Bądź więc spokojny, Manaenie. Twoja litość dla konia, który był zlany potem dlatego, że ci służył, nie jest grzechem. Grzech to wywoływanie wylewania łez przez bliźnich oraz przesadne miłości, obrażające Boga, który jest godny wszelkiej miłości człowieka.»

«A czy grzeszę, zostając przy Antypasie?»

«W jakim celu tam zostajesz? Dla przyjemności?» [– pyta Manaena Jezus.]

«Nie, Nauczycielu. Aby czuwać nad Tobą. Wiesz o tym. Teraz też po to tam jechałem, bo wiem, że wysłali posłańców do Heroda, aby go przeciw Tobie podburzyć.»

«A zatem nie ma grzechu. A czy nie wolałbyś raczej pozostać ze Mną, w Moim ubóstwie życia?»

«I Ty mnie o to pytasz? Powiedziałem Ci na początku. Ta noc pod namiotem, ten spożywany przez nas ubogi posiłek, są dla mnie niezrównane. O! Gdybym miał pozostawać w pobliżu ich nory jedynie po to, aby słuchać syku węży, pozostałbym z Tobą! Zrozumiałem prawdę Twej misji. Pewnego dnia się pomyliłem, ale dzięki temu zrozumiałem i już nie porzucę sprawiedliwości.»

«Widzisz! Nie ma nic bezużytecznego. Nawet błąd dla tego, kto skłania się ku Dobru, jest środkiem do Dobra. Błąd opada jak skorupa poczwarki i wychodzi z niej motyl. Nie jest zniekształcony, nie cuchnie, nie pełza, lecz fruwa, szukając kielichów kwiatów i promieni światła. I dobre dusze są takie. Mogą się zmęczyć na chwilę, ogarnięte swymi nędzami i dręczącymi trudnościami, lecz potem wyswobadzają się i fruwają z kwiatu na kwiat, z cnoty na cnotę, ku Światłu, ku Doskonałości. Chwalmy Pana za Jego dzieła stałego miłosierdzia, które działają, choć człowiek o tym nie wie, w jego sercu i wokół niego.»

I Jezus modli się na kolanach, gdyż namiot, niski i szeroki, nie pozwala na przyjęcie innej pozycji. Potem po podsyceniu ognia przed namiotem, po przywiązaniu konia, przygotowują się do snu, obiecując sobie, czuwać kolejno nad ogniem i zwierzęciem, na które Manaen narzucił ciężkie sukno, żeby mu służyło za okrycie i chroniło przed nocnym chłodem.

Jezus i Manaen kładą się na posłaniu ze słomy, okrywając się płaszczami, żeby zasnąć. Jan, obawiając się, że zaśnie, chodzi wokół namiotu. Podsyca ogień i czuwa nad koniem. Ten przygląda mu się swym czarnym mądrym okiem i uderza rytmicznie kopytem, potrząsając łbem, sprawiając, że dźwięczą srebrne łańcuszki jego zbroi. Skubie aromatyczne łodyżki dzikiego kopru rosnącego u stóp drzewa, do którego jest przywiązany. A ponieważ Jan podaje mu piękniejsze, które wyrosły nieco dalej, rży z radości i usiłuje potrzeć delikatnymi i różowymi nozdrzami szyję apostoła. Z oddali słychać, dochodzący w wielkiej ciszy nocy, odgłos spokojnego szumu rzeki.

 Jezus mówi:

«I kończy się także trzeci rok działalności publicznej. Teraz zbliża się okres przygotowujący do Męki. Ten, w którym wszystko wydaje się pozornie ograniczać do niewielu działań i do małej ilości osób. Tak jakby Moja osoba i Moje posłannictwo pomniejszyły się. Jednak naprawdę Ten, który wydawał się pokonany i zmiażdżony, był bohaterem przygotowującym się do otoczenia Go chwałą, a wokół Niego to nie osoby, lecz namiętności osób koncentrowały się i osiągały swój szczyt.

Wszystko co to poprzedzało i co być może z powodu pewnych epizodów wydaje się bez celu dla czytelników źle nastawionych lub powierzchownych, zostaje tu naświetlone światłem zamglonym lub rozbłyskającym. Zwłaszcza w odniesieniu do postaci najważniejszych, tych, których poznania wielu nie chce uznać za pożyteczne. Tymczasem właśnie one służą pouczeniu obecnych nauczycieli, którzy bardziej niż kiedykolwiek potrzebują pouczenia, aby się stać prawdziwymi nauczycielami ducha. Jak powiedziałem do Jana i do Manaena: nic nie jest bezużyteczne w tym, co Bóg stworzył, nawet najdrobniejsze źdźbło trawy. Tak samo nie ma nic zbytecznego w tej pracy. Ani postacie wspaniałe, ani te słabe i mroczne. Dla nauczycieli ducha postacie słabe i mroczne są nawet o wiele bardziej użyteczne niż postacie uformowane i heroiczne.

Z wysokości wzniesienia, ze szczytu, można objąć całe ukształtowanie góry, [zrozumieć] potrzebę istnienia lasów, strumieni, łąk i stoków, dzięki którym można dojść z równiny na szczyt. [Ze szczytu] widać całą piękną panoramę. W dodatku można się przekonać mocno o tym, że dzieła Boga są wszystkie użyteczne i wspaniałe, i że jedno służy drugiemu i je dopełnia, a wszystkie są po to, aby utworzyć piękno Stworzenia. Tak samo dla tego, kto ma prawego ducha, rozmaitość postaci, epizodów, pouczeń – z tych trzech lat życia ewangelicznego, w których byłem Nauczycielem i stałem się Odkupicielem – oglądanych jakby z wysokości szczytu góry Mojego dzieła Nauczyciela, służy daniu dokładnej wizji tego kompleksu politycznego, religijnego, społecznego, zbiorowego, duchowego, egoistycznego, aż do zbrodni lub altruistycznego, aż do ofiary. Ogromu dramatu nie można zobaczyć [oglądając] jedną scenę, lecz wszystkie jego części. Postać bohatera wyłania się dzięki różnorodności świateł, którymi go oświetlają części drugorzędne.

Teraz blisko szczytu – a szczytem była Ofiara, dla której się wcieliłem – kiedy zostały ujawnione wszystkie głębokie tajemnice serc i wszystkie knowania [różnych] ugrupowań, można już tylko jak podróżnik, który doszedł do szczytu, patrzeć, patrzeć na wszystko i na wszystkich. Poznać świat hebrajski. Poznać, kim byłem: Człowiekiem ponad zmysłami, egoizmem, urazą; Człowiekiem, którego musiał kusić cały świat, pragnienie zemsty, władzy, nawet uczciwe radości małżeństwa i domowego ogniska; który musiał wszystko znosić, żyjąc na świecie i cierpiąc z tego powodu, gdyż nieskończona była odległość pomiędzy niedoskonałością i grzechem świata a Moją Doskonałością. Ona na wszelkie głosy, wszelkie zwodzenia, na wszelkie ataki świata, szatana i ja potrafiła odpowiedzieć: „nie” i pozostać czystą, łagodną, wierną, miłosierną, pokorną, posłuszną, aż po śmierć Krzyżową.

Czy pojmie to wszystko obecna społeczność, której pozwalam na poznanie Mnie, aby ją umocnić przeciw coraz gwałtowniejszym napaściom szatana i świata?

Także dziś, tak jak było przed dwudziestoma wiekami, pojawi się sprzeciw pośród tych, którym się objawiam. Jestem jeszcze raz znakiem sprzeciwu. Ale nie Ja, przeze Mnie samego, lecz przez to, co w nich wzbudzam.

Dobrzy, mający dobrą wolę, będą mieć dobre reakcje pasterzy i pokornych. Inni będą mieć złe reakcje jak uczeni w Piśmie, faryzeusze, saduceusze i kapłani tamtego czasu. Każdy daje to, co ma. Dobry, który się kontaktuje ze złymi, wywołuje w nich wrzenie jeszcze większej niegodziwości. I dokona się już sąd nad ludźmi – jak się stało w Wielki Piątek Przygotowania – w zależności od tego, jak będą osądzać, przyjmować i naśladować Nauczyciela, który w nowej próbie [ukazania] nieskończonego miłosierdzia daje się poznać jeszcze jeden raz.

Mój pokój tobie, mały, wierny, serdeczny Janie, oraz tym, którzy otworzą oczy, rozpoznają Mnie i powiedzą: „To On! To dlatego serce nam pałało w piersi, kiedy do nas mówił i wyjaśniał nam Pisma!”»



Przekład i wyłączne prawa do tekstu: "Vox Domini" Więcej na stronie: O Marii Valtorcie i jej pismach