Ewangelia według
św. Mateusza
Ewangelia według
św. Marka
Ewangelia według
św. Łukasza
Ewangelia według
św. Jana


Maria Valtorta

Księga IV - Trzeci rok życia publicznego

–   POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA   –

185. JEZUS W OBOZIE GALILEJCZYKÓW ZE SWYMI KUZYNAMI-APOSTOŁAMI
Napisane 10 września 1946. A, 9097-9109

«Judo i Jakubie, chodźcie ze Mną.»

Dwóm synom Alfeusza nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Wstają natychmiast, aby wyjść z Jezusem z domu na przedmieściu, na południe od Jerozolimy, gdzie dziś są przyjmowani.

«Dokąd idziemy, Jezu?» – pyta Jakub.

«Pozdrowić Galilejczyków na Górze Oliwnej.»

Idą jakiś czas w kierunku Jerozolimy, a potem, przechodząc obok pagórków – na których są domy w zieleni, z pewnością domy możnych – przecinają drogę do Betanii i do Jerycha, tę leżącą najbardziej na południu i kończącą się między Tofet i Siloan. Cofają się na inne wzgórze, które jest już przyporą dla Góry Oliwnej, przecinają kolejną drogę, która prowadzi bezpośrednio z Góry Oliwnej do Betanii. Małą, podrzędną dróżką pośród oliwek wchodzą do Obozu Galilejczyków. Namioty są tu już dość rzadkie, a jako wspomnienie po tłumie pozostają gałęzie już zwiędłe, porzucone na ziemię, resztki prymitywnych palenisk w miejscach, gdzie jest wypalona trawa, popiół, głownie, starocie, jak zawsze – pozostałości po obozowiskach.

Pora jest chłodna i przedwcześnie dżdżysta, co przyspieszyło odejście pielgrzymów. Nawet teraz odjeżdżają wozy z niewiastami i dziećmi. Mężczyźni, zwłaszcza sprawni, pozostali, aby dokończyć świętowania.

Galilejczycy wierzący w Pana zostali być może uprzedzeni przez jakichś uczniów, bo widzę wszystkich z wszystkich miast, tych najbardziej mi znanych. Z Nazaretu są dwaj uczniowie i Alfeusz oraz ten, któremu Jezus przebaczył po śmierci jego matki. Nie widzę jednak ani Józefa, ani Szymona, synów Alfeusza. Nie brak za to innych, pośród których jest przywódca synagogi. Wygląda na wyraźnie zmieszanego, kiedy wita z szacunkiem Jezusa, któremu tak przeszkadzał. Jednak znajduje sposób na opanowanie się, mówiąc, że krewni Jezusa mieszkają u „tego przyjaciela, którego znasz”, z powodu dzieci, które cierpiały w nocy przez wiatr. Z Kany jest obecny małżonek Zuzanny, jego ojciec i inni, tak samo z Nain – wskrzeszony i inni. Są też liczni mieszkańcy Betlejem Galilejskiego i miast leżących po zachodniej stronie jeziora...

«Pokój wam! Pokój wam!» – mówi Jezus, witając ich i przechodząc obok nich. Głaszcze dzieci, które jeszcze zostały. To Jego mali przyjaciele z galilejskich wiosek. Słucha Jaira, który Mu mówi, jak żałuje, że był nieobecny ostatnim razem.

Jezus dopytuje się, czy przybyła do Kafarnaum wdowa z Afek i czy przyjęła sierotę z Giszali.

«Nie wiem, Nauczycielu, być może już mnie nie było...» – tłumaczy się Jair.

«Tak, tak [– przerywają dzieci]. Przybyła niewiasta, która rozdaje bardzo wiele miodu i pieszczot dzieciom i piecze nam podpłomyki. I zawsze idą na posiłek do niej dzieci, które przychodziły do Ciebie. A w ostatnim dniu pokazała nam dziecko małe, malutkie. Kupiła dwie kozy, aby dawały mleko, i powiedziała nam, że to jest dziecko z Nieba i od Pana. Nie przyszła na Święto, jak chciała, bo nie mogła zabrać ze sobą takiego małego dziecka. I powiedziała nam, nam, żebyśmy Ci powiedzieli, że będzie je kochać sprawiedliwie i że Cię błogosławi.»

Dzieci z Kafarnaum szczebioczą wokół Jezusa, tak bardzo dumne, że one wiedzą to, czego nawet przewodniczący synagogi nie wiedział, i że to one spełniają rolę posłańców wobec dobrego Nauczyciela, który ich słucha z uwagą, z jaką słuchałby dorosłych, i teraz odpowiada:

«A wy jej powiecie, że Ja też ją błogosławię i że proszę, żeby kochała dzieci ze względu na Mnie. Wy też ją kochajcie, ale nie wykorzystujcie jej dobroci. Nie kochajcie jej wyłącznie za miód i podpłomyki, ale dlatego że jest dobra. Jest dobra do tego stopnia, że zrozumiała, że ten, kto kocha dziecko w Moje Imię, uszczęśliwia Mnie [por. Mt 18,5; Mk 9,37; Łk 9,48]. I naśladujcie ją wszyscy, mali i dorośli, myśląc zawsze, że ten, kto przyjmuje dziecko w Imię Moje, ma swoje miejsce wyznaczone w Niebie. Miłosierdzie bowiem zawsze jest wynagradzane. Nawet jeden kubek wody dany w Moje Imię [jest wynagradzany] [Por. Mt 10,42; Mk 9,41]. Jednak miłosierdzie, które się okazuje dzieciom, ocalając je nie tylko od głodu, pragnienia, chłodu, ale od zepsucia przez świat, wyjednuje nieskończoną nagrodę... Przyszedłem, aby was pobłogosławić, nim odejdziecie. Zaniesiecie Moje błogosławieństwo waszym małżonkom, waszym domom...»

«Już do nas nie przyjdziesz, Nauczycielu?»

«Przyjdę... ale nie teraz. Po święcie Paschy...» [– mówi Jezus.]

«O! Jeśli tak długo będziesz zwlekał, to z pewnością zapomnisz o Swojej obietnicy...»

«Nie bójcie się. Wcześniej słońce utraci swój blask, nim Jezus zapomni tych, którzy w Nim pokładają nadzieję.»

«Bardzo długi będzie ten czas!...»

«I smutny!»

«Jeśli będziemy chorzy...»

«Jeśli będziemy mieć troski...»

«Jeśli śmierć zajrzy do naszych domów...»

«Kto nam pomoże?» – pyta wielu z różnych miejsc.

«Bóg. On będzie z wami, jeśli wy waszą wolą pozostaniecie we Mnie.»

«A my? Od niedawna wierzymy w Ciebie. Wyznajemy to. Zatem nie dostąpimy pociechy? A jednak teraz, odkąd widzieliśmy, jak czynisz cuda i słyszeliśmy, jak przemawiasz w Świątyni, o! wierzymy w Ciebie...»

«To Moja wielka radość. Widzieć bowiem Moich współmieszkańców na drodze Zbawienia to Moje najgorętsze pragnienie» [– mówi im Jezus.]

«Tak bardzo nas kochasz? Ale my przez taki długi czas obrażaliśmy Cię i szydziliśmy z Ciebie!..

«To przeszłość. Ona już nie istnieje. Bądźcie w przyszłości wierni, a, zaprawdę powiadam wam, na ziemi jak i w Niebie wasza przeszłość będzie wymazana.»

«Zostajesz z nami? Podzielimy się z Tobą chlebem, jak tyle razy w Nazarecie, kiedy jeszcze byłeś do nas podobny, a w szabat odpoczywaliśmy wśród oliwek... kiedy byłeś tylko Jezusem i przychodziłeś na święta do Jerozolimy z nami i tak jak my...»

Jest żal i tęsknota za przeszłością w głosach Nazarejczyków, którzy teraz już wierzą.

«Chciałem zobaczyć się z Józefem i Szymonem. Ale pójdę do nich potem. Wy wszyscy jesteście dla Mnie braćmi w Bogu, a dla Mnie duch i wiara mają więcej wartości niż ciało i krew, gdyż te ostatnie niszczeją, a to pierwsze jest nieśmiertelne.»

Niektórzy spieszą się, aby rozpalić ogień i upiec mięso. Układają gałęzie oliwek, aby przygotować posiłek. Najstarsi zaś i najznaczniejsi ze wszystkich stron Galilei stoją, tworząc krąg wokół Jezusa. Pytają Go, dlaczego dziś rano i wczoraj nie było Go w Świątyni i czy pójdzie tam jutro, w ostatnim dniu święta.

«Byłem gdzie indziej... ale jutro z pewnością tam pójdę» [– odpowiada Jezus.]

«I będziesz przemawiał?»

«Jeśli będę mógł...»

Alfeusz, syn Sary, ścisza głos i rozglądając się wokół siebie mówi całkiem cicho do Nauczyciela:

«Twoi bracia poszli, aby Ci zapewnić pomoc w mieście... Jeden wie o wielu sprawach, bo przez niewiasty jest spokrewniony z kimś w Świątyni... Józef troszczy się o Ciebie, wiesz? W głębi... jest dobry.»

«Wiem. Będzie coraz lepszy, gdy będzie duchowo dobry» [– odpowiada mu Jezus.]

Z miasta przybywają inni Galilejczycy. Ich liczba rośnie wokół Jezusa, ku wielkiemu niezadowoleniu dzieci odepchniętych przez dorosłych. Nie udaje się im już zbliżyć do Jezusa, aż do chwili kiedy On zauważa ten niewinny i nadąsany tłumek i mówi z uśmiechem:

«Pozwólcie przyjść do Mnie Moim dzieciom...»

O! Wtedy krąg się przerywa, a dzieci – znowu radosne – biegną jak stado ptaków do Jezusa. On zaś głaszcze je, cały czas rozmawiając z dorosłymi. Jego smukła dłoń, jeszcze opalona od letniego słońca, przesuwa się wielokrotnie po małych główkach, kasztanowych i czarnych oraz kilku jasnych, zagubionych pośród nich. Dzieci tłoczą się wokół Niego, jak tylko potrafią, chowają twarzyczki w Jego szatach, pod płaszczem, czepiają się kolan, bioder, spragnione pieszczot, szczęśliwe z ich otrzymania.

Jezus pobłogosławił pożywienie i rozdzielił je. Panuje spokój i przyjacielska więź serc. Jedzą także w kręgu. Inni, nie idący za Jezusem, spoglądają z daleka. Szydzą i nie dowierzają, ale nikt się o nich nie troszczy...

Posiłek skończony. Jezus wstaje jako pierwszy i woła Jaira, Alfeusza, Daniela z Nain, Eliasza z Korozain, Samuela (niegdyś chromego), potem jakiegoś Uriasza, jednego z tak licznych Janów, jednego z wielu Szymonów, jakiegoś Lewiego, jednego Izaaka, Abla z Betlejem i innych. W sumie – jednego z każdego miasta. Stosownie do ich liczby, przy pomocy kuzynów, dzieli pieniądze z dwóch pełnych sakiewek na równe części. Daje jedną część każdemu z wezwanych jako wsparcie dla ubogich z ich osad.

Potem, pozostawszy bez pieniędzy, błogosławi wszystkich i żegna się.

Chciałby odejść, aby się udać do Getsemani i wejść do miasta przez Bramę Owczą, ale niemal wszyscy idą za Nim. Szczególnie dzieci nie puszczają Jego szat i poły płaszcza. Z pewnością Mu przeszkadzają, lecz On im na to pozwala...

A dziecko z Magdali – Beniamin, który niegdyś powiedział jasno, co myśli o Judaszu z Kariotu – ciągnie Go za ubranie. Jezus pochyla się, aby szczególnie jego wysłuchać.

«Nie masz już ze Sobą tego złego?» [– pyta chłopiec.]

«Jakiego złego? Ze Mną nie ma takich...» – mówi Jezus z uśmiechem.

«Ależ tak! Są! Ten mężczyzna wysoki i brunatny, który się śmiał... wiesz, ten, o którym Ci powiedziałem, że jest ładny na zewnątrz, a w środku – brzydki... on jest zły.»

«On mówi o Judaszu» – odzywa się Tadeusz, który idzie za Jezusem i słucha.

«Wiem – mówi Jezus, odwracając się. Potem zaś mówi do dziecka: – Oczywiście, ten człowiek jest ze Mną. To jeden z Moich apostołów. Ale teraz jest bardzo dobry... Dlaczego kręcisz głową? Nie wolno myśleć źle o bliźnim, szczególnie o tym, którego nie znamy.»

Dziecko spuszcza głowę i milczy.

«Nie odpowiadasz Mi?»

«Nie chcesz, żebym kłamał... a ja Ci obiecałem, że nie będę. Robię to właśnie. Jeśli teraz powiem Ci: tak, wierzę, że on jest dobry, powiem coś nieprawdziwego, bo myślę, że jest zły. Mogę trzymać zamkniętą buzię, żeby Ci sprawić przyjemność, ale nie mogę zamknąć głowy, żeby nie myśleć.»

Odpowiedź jest tak gwałtowna i logiczna w dziecięcej prostocie, że wszyscy słuchający zaczynają się śmiać. Wszyscy – z wyjątkiem Jezusa. On wzdycha i mówi:

«No cóż, powinieneś jedno czynić: modlić się, aby się stał dobry, jeśli naprawdę wydaje ci się zły. Powinieneś być jego aniołem. Zrobisz to? Jeśli on stanie się lepszy, będzie to dla Mnie wielką radością. Modląc się więc za niego, modlisz się, abym Ja był bardziej szczęśliwy.»

«Zrobię to, ale skoro on jest zły i przy Tobie nie staje się dobry, to moja modlitwa nic nie zdziała.»

Jezus ucina rozmowę, zatrzymując się i pochylając się, aby pocałować dzieci. Potem nakazuje wszystkim zawrócić...

Kiedy są sami – Jezus i Jego dwaj kuzyni – po chwili ciszy odzywa się Juda, syn Alfeusza. Mówi, jakby kończył jakąś wewnętrzną rozmowę:

«On ma rację! Ma całkowitą rację! Ja myślę tak samo, jak on!»

«Ale o kim ty mówisz?» – dopytuje się jego brat Jakub, który szedł na przedzie, nieco zamyślony, po wąskiej ścieżce, którą nie może iść równocześnie więcej niż jedna osoba.

«Mówię o Beniaminie i o tym, co powiedział. A... a Ty nie chcesz tego słuchać... ale ja Ci mówię, że Judasz jest... nie, on nie jest prawdziwym apostołem... nie jest szczery, nie kocha Cię, nie...»

«Judo! Judo! Dlaczego zadajesz Mi ból?» [– przerywa Jezus.]

«Mój Bracie, dlatego że Cię kocham. I boję się Iskarioty... bardziej się go boję niż węża...»

«Jesteś niesprawiedliwy. Być może bez niego zostałbym już ujęty» [– broni Judasza Jezus.]

«Jezus ma rację. Judasz zrobił wiele. Ściągnął na siebie nienawiść i szyderstwa bez oszczędzania siebie. Pracował i pracuje dla Jezusa» – mówi Jakub.

«Nie mogę myśleć, że jesteś głupcem, że jesteś kłamcą... I ciągle zadaję sobie pytanie, dlaczego Ty znosisz Judasza. Nie mówię z zazdrości ani z nienawiści. Mówię, bo czuję w głębi siebie, że on jest zły, że mu brak szczerości... Z miłości do Ciebie mogę przyjąć najwyżej, że on jest szalony. Biedny szaleniec, który dziś majaczy o tym, jutro o tamtym. Ale – dobry? Nie, on nie jest dobry. Nie ufaj mu, Jezu! Nie ufaj... Nikt z nas nie jest dobry, ale spójrz na nas, nasze spojrzenie jest przejrzyste. Przyjrzyj się nam dobrze, nasze zachowanie się nie zmienia. Czy to Ci jednak nic nie mówi, że faryzeusze nie każą mu zapłacić za ich ośmieszenie? Że nawet ci ze Świątyni nie reagują na jego słowa? Że ma zawsze przyjaciół właśnie pośród tych, których jawnie znieważa? Że on ma zawsze pieniądze? Nie mówię o nas dwóch, ale nawet Natanael, bogaty, nawet Tomasz, któremu nie brak pieniędzy, posiadają tylko to, co konieczne. On... O!...»

Jezus milczy.

Jakub zauważa: «Mój brat ma częściowo rację. To pewne, że Judasz zawsze znajduje sposób, aby być sam, aby iść sam, aby... Ale nie chcę szemrać i osądzać. Ty wiesz...»

«Tak, wiem [– odpowiada Jezus]. I to dlatego mówię ci, że nie chcę osądów. Kiedy będziecie w świecie, zastępując Mnie, będziecie podchodzić do ludzi o wiele dziwniejszych niż Judasz. Jakimi będziecie apostołami, jeśli odsuniecie ich na bok, dlatego że są dziwni? To właśnie dlatego że są tacy, powinniście ich kochać miłością cierpliwą, aby uczynić ich owieczkami Pana. Teraz chodźmy do Józefa i Szymona. Słyszeliście, prawda? Pracują skrycie dla Mnie. Powiecie: miłość krewnych. Tak, to prawda. Ale to zawsze miłość. Rozstaliście się ostatnio w gniewie. Teraz pojednajcie się. Zarówno oni jak i wy jesteście w błędzie, ale macie też rację. Niech każdy uzna swój błąd i niech nie wynosi swojej części racji.»

«On najbardziej mnie znieważył, obrażając tak bardzo Ciebie» [– mówi Jakub. Jezus mu odpowiada:]

«Bardzo przypominasz Mojego ojca, Józefa. A Józef, twój brat, przypomina Alfeusza, twego ojca. Józef był często krytykowany przez swego starszego brata, ale współczuł i zawsze wybaczał, bo Mój ojciec był wielkim sprawiedliwym! Bądź nim i ty.»

«A jeśli będzie mi czynił wyrzuty, jakbym był jeszcze dzieckiem? Wiesz, że kiedy jest rozgniewany, nie słucha argumentów...»

«Zachowaj milczenie. To jedyny sposób, aby uśmierzyć jego gniew. Milcz z pokorą i cierpliwością, a jeśli czujesz, że nie potrafisz tego zrobić bez okazania niegrzeczności, odejdź. Trzeba umieć milczeć, uciec, nie z tchórzostwa ani dlatego że się nie wie, co powiedzieć, ale z cnoty, z roztropności, z miłości, z pokory. Jakże trudno jest w dyskusjach zachować sprawiedliwość! I pokój ducha. Coś zawsze wchodzi do środka, aby popsuć wnętrze, aby mącić, czynić zgiełk. Obraz Boga, który się odbija w każdym duchu dobrym, ulega zaćmieniu, znika i nie potrafi się już słuchać Jego słów. Pokój! Pokój pomiędzy braćmi. Pokój nawet z wrogami. Jeśli są naszymi wrogami, są przyjaciółmi szatana. Czy my też chcemy się stać przyjaciółmi szatana, nienawidząc tych, którzy mają nas w nienawiści? Jak chcemy ich doprowadzić do miłości, skoro sami nie miłujemy? Powiecie Mi: „Jezu, mówiłeś to już wiele razy i czynisz to, a wciąż jesteś nienawidzony”. Będę to mówił zawsze. Kiedy nie będzie Mnie już z wami, będę wam dawał do tego natchnienie z Nieba. I mówię wam też, że nie powinniście liczyć porażek, lecz zwycięstwa. Chwalmy za nie Pana! Żaden miesiąc nie mija bez jakiejś zdobyczy. To powinien zauważać robotnik Boży, ciesząc się tym w Panu, nie żywiąc wściekłości, jaką płoną ci ze świata, kiedy tracą jedno ze swych biednych zwycięstw. Jeśli będziecie tak postępować...»

«Pokój Tobie, Nauczycielu. Poznajesz mnie?» – mówi jakiś młody człowiek, który idzie z miasta w kierunku Getsemani.

«Ty?... Jesteś lewitą, który w ubiegłym roku był z nami, z kapłanem.»

«To ja. Jak mnie rozpoznałeś, Ty, który widzisz wokół siebie tak wielu ludzi?» [– pyta młodzieniec.]

«Nie zapominam tego, co charakteryzuje twarze i duchy» [– odpowiada mu Jezus.]

«A co cechuje mojego ducha?»

«Jest dobry. Niezaspokojony. Jesteś zmęczony tym, co cię otacza, twój duch dąży do czegoś lepszego. Czujesz, że to istnieje. Czujesz, że nadeszła chwila, aby się zdecydować na dobro wieczne. Czujesz, że poza oparami znajduje się Słońce, Światło. Pragniesz tego Światła.»

Młodzieniec upada na kolana:

«Nauczycielu! To prawda, co mówisz. To właśnie mam w sercu, ale nie potrafiłem się zdecydować. Stary kapłan Jonatan uwierzył, potem umarł. Był sędziwy, ja jestem młody. Ale słyszałem Cię, jak przemawiałeś w Świątyni... Nie odrzucaj mnie, Panie, bo nie wszyscy, którzy w niej są, mają Cię w nienawiści. Ja też należę do tych, którzy Cię kochają. Powiedz mi, co powinienem czynić jako lewita...»

«Spełniać twój obowiązek, aż do nowego czasu. Rozmyślać, bo przychodząc do Mnie nie zmierzasz do chwały ziemskiej, lecz do cierpienia. Jeśli wytrwasz, będziesz miał chwałę w Niebie. Dowiaduj się o Mojej nauce, umocnij ją w sobie...»

«Jak?» [– pyta lewita.]

«Samo Niebo umocni cię swoimi znakami. Ty uczyń to z pomocą Moich uczniów i ucz się, i praktykuj coraz bardziej to, czego cię uczyłem. Czyń to, a będziesz miał życie wieczne.»

«Tak zrobię, Panie. Ale... czy mogę jeszcze pełnić służbę w Świątyni?»

«Powiedziałem ci: aż do nowego czasu» [– odpowiada Jezus.]

«Pobłogosław mnie, Nauczycielu. To będzie moje nowe poświęcenie.»

Jezus błogosławi go i całuje. Rozstają się.

«Widzicie? Oto życie pracowników Pana. Przed rokiem w to serce wpadło ziarno, ale nie wyglądało to na żadne zwycięstwo, gdyż on nie od razu do nas przyszedł. Przychodzi jednak po roku, aby potwierdzić Moje słowa wypowiedziane przed chwilą. Zwycięstwo. Czyż nie upiększa ono naszego dnia?»

«Zawsze masz rację, mój Jezu... Ale uważaj na Judasza! Głupi jestem, że to mówię. Wiem o tym. Ty wiesz... Ale w moim sercu mam tę udrękę... Nie mówię o tym innym, ale tak jest... i jestem pewien, że ich również to dręczy.»

Jezus nie odpowiada. Mówi: «Cieszę się, że Józef i Nikodem dali Mi te pieniądze, bo mogłem dzięki temu wysłać pomoc dla Moich ubogich w Galilei...»

Doszli do Bramy i wchodzą do miasta, gubiąc się w tłumie.


 


Przekład i wyłączne prawa do tekstu: "Vox Domini" Więcej na stronie: O Marii Valtorcie i jej pismach