Ewangelia według
św. Mateusza
Ewangelia według
św. Marka
Ewangelia według
św. Łukasza
Ewangelia według
św. Jana


Maria Valtorta

Księga IV - Trzeci rok życia publicznego

–   POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA   –

157. JEZUS MÓWI O UMIŁOWANYM
Napisane 31 lipca 1946. A, 8834-8840

Jezus mówi:

«To dla tych, którzy mają prawe serca, została dana ta stronica ewangeliczna, nieznana, a tak wiele, tak wiele wyjaśniająca. Jan, pisząc po upływie wielu lat swą Ewangelię, czyni krótką aluzję do tego wydarzenia. Ujawnia przed ludźmi ten nieznany szczegół, okazując posłuszeństwo pragnieniu swego Nauczyciela, którego Boską naturę naświetla on bardziej niż jakikolwiek inny ewangelista. A czyni to z tą dziewiczą powściągliwością, jaka cechowała wszelkie jego działania i wszystkie jego słowa, z pokornym i wycofującym się zawstydzeniem.

Jan, powiernik najpoważniejszych wydarzeń w Moim życiu, nigdy się ostentacyjnie nie wynosił z powodu łask, jakich mu udzieliłem. Przeciwnie. Czytajcie uważnie. On – ujawniając je – zdaje się cierpieć i mówić: „Muszę o tym powiedzieć, bo to prawda wychwalająca mego Pana. Proszę was jednak, przebaczcie mi, że muszę ujawnić, iż tylko ja wiem o tym”. Swymi krótkimi słowami czyni aluzję właśnie do szczegółu znanego tylko jemu samemu. [por. J 19,35]

Przeczytajcie pierwszy rozdział jego Ewangelii, w którym opisuje spotkanie ze Mną: „Jan Chrzciciel był znowu ze swoimi uczniami... Dwaj uczniowie usłyszawszy te słowa... Andrzej, brat Szymona Piotra był jednym z dwóch, którzy usłyszeli słowa Jana i którzy szli za Jezusem. Pierwszym, którego Andrzej spotkał...” On nie mówi o sobie, przeciwnie, ukrywa się za Andrzejem, którego stawia w świetle. [por. J 1,35]

W Kanie Jan był ze Mną. Mówi: „Jezus był ze Swymi uczniami... i Jego uczniowie uwierzyli w Niego”. Inni potrzebowali wiary. On już wierzył. Utożsamia siebie jednak z innymi, jakby sam musiał widzieć cuda, żeby wierzyć. [por. J 2,11]

Świadek pierwszego wypędzenia kupców ze Świątyni, rozmowy z Nikodemem, spotkania z Samarytanką nigdy nie mówi: „Byłem tam”, lecz zachowuje się tak jak w Kanie. Mówi: „Jego uczniowie”, nawet wtedy, kiedy był sam lub z kimś innym. I nadal tak czyni, nigdy nie wymieniając siebie, stawiając zawsze na pierwszym miejscu swych towarzyszy, jakby on nie był najwierniejszy, zawsze wierny, doskonale wierny.

Przypomnijcie sobie, z jaką delikatnością odwołuje się do epizodu z Ostatniej Wieczerzy, z którego wynika, iż to on był szczególnie umiłowanym, co uznawali nawet inni. Uciekali się do niego, chcąc poznać tajemnice Nauczyciela: „Uczniowie zaczęli więc patrzeć jeden na drugiego, nie wiedząc, o kim Nauczyciel mówi. Jeden z nich, szczególnie umiłowany przez Jezusa, spoczywał na Jego piersi. Szymon Piotr dał mu znak, aby zapytał: „O kim On mówi?”. Ten zaś, oparty o pierś Jezusa, zapytał Go: „Kto to jest, Panie?” [por. J 13,23]

Jan nie wymienia siebie nawet w Getsemani z Piotrem i Jakubem. Nie mówi też: „Szedłem za Panem”. Mówi: „Szymon Piotr szedł za Nim z drugim uczniem i to ten drugi, który był znany Arcykapłanowi, wszedł z Jezusem do atrium Kapłana.” Gdyby nie Jan, nie miałbym pociechy widzenia jego i Piotra w pierwszych godzinach, gdy Mnie pojmano. Jan nie pyszni się tym jednak. [por. J 18,15]

 Jedna z głównych osób w godzinach Męki, jedyny apostoł, który był tam stale obecny, pełen miłości, pełen litości, bohatersko obecny przy Chrystusie, blisko Matki, stawiając czoło rozwścieczonej Jerozolimie, zataja swe imię nawet w czasie znaczącego epizodu Ukrzyżowania i słów Umierającego: „Niewiasto, oto syn Twój.” „Oto Matka twoja”. Jest „uczniem” bez imienia, bez innego imienia niż to, które było jego chwałą po powołaniu go: „uczeń”. [por. J 19,26]

Stawszy się „synem” Matki Boga, nawet po tym wyróżnieniu nie wynosi się, a o Zmartwychwstaniu mówi jeszcze: „Piotr i drugi uczeń (którym Maria, siostra Łazarza, powiedziała o pustym grobie) wyszli i poszli tam... Biegli... ale ów drugi uczeń biegł szybciej od Piotra i przybył pierwszy, a pochyliwszy się ujrzał, lecz... nie wszedł...” [por. J 20,3] Znak słodkiej pokory! On, umiłowany, wierny, pozwala Piotrowi wejść jako pierwszemu: Piotrowi, przywódcy, choć ten zgrzeszył tchórzostwem. Nie osądza go. Jest on dla niego Najwyższym Kapłanem. Pomaga mu nawet przez swą świętość. „Przywódcy” bowiem sami mogą potrzebować, a nawet potrzebują pomocy swych podwładnych. Iluż podwładnych jest lepszych od swych „szefów”! Nigdy nie odmawiajcie, o święci podwładni, litości dla „przywódców” uginających się pod brzemieniem, którego nie potrafią unieść, lub zaślepionych i upojonych oparami zaszczytów. Bądźcie, o święci poddani, Cyrenejczykami dla waszych przełożonych. Bądźcie „Janami”. Bądź nim i ty, o Mój mały Janie, bo to do ciebie mówię dla wszystkich. [Bądźcie „Janami”], którzy biegną naprzód i prowadzą „Piotrów”, a następnie z szacunku dla ich urzędu zatrzymują się, aby pozwolić im wejść. [Bądźcie „Janami”], którzy aby nie dręczyć „Piotrów”, nie potrafiących zrozumieć ani uwierzyć, dochodzą do tego – o! arcydzieło pokory! – że wyglądają sami i pozwalają, by w to wierzono, na ociągających się i niedowierzających, jak „Piotrowie”.

Przeczytajcie opis ostatniego epizodu na Jeziorze Tyberiadzkim. To znowu Jan, powtarzając akt wiary, jak w innych sytuacjach, rozpoznaje Pana w Człowieku stojącym na brzegu. [por. J 21,7] A [pisząc o] pytaniu Piotra, zadanym po wspólnym posiłku: „A z tym co będzie?”, wciąż jest „uczniem”. Niczym więcej. [por. J 21,21]

W tym, co jego dotyczy, uniża się. Gdy jednak chodzi o powiedzenie czegoś, co rozjaśnia blaskiem coraz bardziej boskim Słowo Boga Wcielonego, wtedy Jan odsuwa zasłony i ujawnia tajemnicę.

W szóstym rozdziale Ewangelii mówi: „Spostrzegłszy, że chcieli Go ująć, aby Go obwołać królem, znowu usunął się całkiem sam na górę.” [por. J 6,15] To Jan ukazuje wierzącym tę godzinę Chrystusa, aby wiedzieli, że liczne i złożone były pokusy, którym był poddawany Chrystus, oraz walki, jakie staczał jako Człowiek, Nauczyciel, Mesjasz, Odkupiciel, Król. Ludzie oraz szatan, odwieczny podżegacz ludzi, nie oszczędzili Chrystusowi żadnej zasadzki, aby Go pomniejszyć, pokonać, zniszczyć. Przeciw Człowiekowi, przeciw Wiecznemu Kapłanowi, przeciw Nauczycielowi, jak i przeciw Panu ruszyły do ataku niegodziwości szatańskie i ludzkie, ukryte pod pozorami dobra. Silne uczucia obywatela, patrioty, syna, człowieka zostały wszystkie dotknięte i wypróbowane dla odkrycia słabego punktu, z którego można by uczynić narzędzie do pokonania Chrystusa.

O! Moje dzieci, zastanawiacie się jedynie nad kuszeniem Mnie na początku i kuszeniem na końcu. Z Moich trudów Odkupiciela wydają się wam „trudami” tylko ostatnie, a bolesnymi jedynie ostateczne godziny, gorzkimi zaś i przygnębiającymi tylko końcowe doświadczenia. Na chwilę wczujcie się w Moją sytuację. Wyobraźcie sobie, że to przed wami rysuje się perspektywę pokoju ze współobywatelami, udzielenia im pomocy, możliwości dokonania koniecznych oczyszczeń dla uświęcenia umiłowanego Kraju, możliwości odnowienia go, zjednoczenia podzielonych członków Izraela, położenia kresu boleści, niewoli, świętokradztwu.

Nie mówię wam, że macie stanąć na Moim miejscu myśląc, [co wy zrobilibyście, gdyby] wam ofiarowano koronę. Proszę was jedynie o to, żebyście przez godzinę mieli Moje serce Człowieka i powiedzieli Mi, jacy stalibyście się po tej zwodzącej propozycji? Zwycięzcy, wierni Boskiej myśli, czy raczej – zwyciężeni? Czy wyszlibyście z niej bardziej jeszcze uświęceni i uduchowieni lub też zniszczono by was, bo uleglibyście pokusie lub groźbom? Z jakim sercem wyszlibyście z tego doświadczenia, gdybyście zauważyli, do jakiego stopnia szatan pobudzał swe wojska, aby Mnie zranić, [atakując] Moją misję i uczucia i sprawiając, że zgubili się na złej drodze dobrzy uczniowie? [Jacy bylibyście widząc, że szatan] doprowadził do otwartej walki między Mną a nieprzyjaciółmi, którzy – zdemaskowani – stali się bardziej okrutni, gdyż ich spiski zostały odkryte?

Nie stójcie z kompasem i miarą w dłoniach, z mikroskopem i ludzką wiedzą. Nie używajcie drobiazgowych argumentów uczonych w Piśmie, którzy mierzą, porównują, dyskutują, czy Jan dobrze powiedział i w jakiej mierze jest prawdziwe to lub tamto. Nie zestawiajcie ze sobą zdania Jana i epizodu przedstawionego wczoraj, aby zobaczyć, czy zgadzają się okoliczności. Nie pomylił się ani [ewangelista] Jan z powodu starczej słabości, ani mały Jan z osłabienia chorobą. Ona powiedziała o tym, co widziała. Wielki zaś Jan, po wielu latach, [jakie upłynęły] od tego wydarzenia, opowiedział to, co wiedział. Ściśle powiązał miejsca i wydarzenia, ujawniając znaną tylko jemu tajemnicę o nie pozbawionym podstępu usiłowaniu ukoronowania Chrystusa.

To w Tarichei, po pierwszym rozmnożeniu chlebów, zrodziła się w ludzie idea uczynienia Rabbiego z Nazaretu królem Izraela. Był tam Manaen, uczony w Piśmie oraz wielu innych, którzy – jeszcze niedoskonali w duchu, lecz mający szlachetne serca – przyjęli tę myśl i rozszerzyli ją. Chcieli otoczyć czcią Nauczyciela, aby położyć kres niesprawiedliwej walce z Nim. To był błąd interpretacji Pism, błąd rozpowszechniony w całym Izraelu, zaślepionym marzeniami o ludzkim królowaniu i nadzieją uświęcenia Ojczyzny zbrukanej z tak wielu powodów.

I wielu, jakby to było naturalne, przylgnęło do tej idei z prostotą. Wielu udawało podstępnie, że ją przyjmuje, aby Mi zaszkodzić. Ci ostatni, połączeni nienawiścią do Mnie, zapomnieli o nienawiściach klasowych, które zawsze prowadziły ich do rozdzielenia. Sprzymierzyli się, aby Mnie kusić, aby nadać pozór legalności zbrodni, którą już postanowili w swoich sercach. Mieli nadzieję na słabość, pychę z Mojej strony. Ta pycha i ta słabość, a następnie przyjęcie korony, jaką Mi ofiarowywali, usprawiedliwiłaby oskarżenia, jakimi chcieli Mnie obrzucić. A potem... A potem posłużyliby się nimi, aby uspokoić swe fałszywe duchy ogarnięte wyrzutami sumienia, bo powiedzieliby sobie, mając nadzieję, że potrafią w to uwierzyć: „To nie my lecz Rzym ukarał Nazarejczyka-podżegacza”. Prawomocne usunięcie ich Nieprzyjaciela. Tym był dla nich ich Zbawiciel...

Takie są przyczyny próby obwołania Mnie [królem]. Oto wyjaśnienie jeszcze silniejszych form nienawiści, jaka potem się pojawiła. Oto w końcu głęboka lekcja Chrystusa. Rozumiecie ją? To lekcja pokory, sprawiedliwości, posłuszeństwa, odwagi, roztropności, wierności, przebaczenia, cierpliwości, czujności. [To lekcja] cierpliwości wobec Boga, wobec Mojej własnej misji, wobec Moich przyjaciół, wobec marzycieli, wobec Moich wrogów, wobec szatana, wobec ludzi, jakimi się posługiwał kusząc Mnie, wobec rzeczy, wobec idei. Wszystko należy rozważać, przyjmować lub odrzucać, miłować lub nie, patrząc na święty cel człowieka: Niebo, Wolę Bożą.

Mały Janie, taka była dla Mnie jedna z godzin szatana. Jak miał je Chrystus, tak mają je mali „Chrystusowie”. Trzeba je przejść i pokonać bez pychy i bez zniechęcenia. One nie są bez celu, bez dobrego celu. I nie lękaj się. Bóg w tych godzinach nie opuszcza, lecz pomaga swemu wiernemu. A potem zstępuje Miłość, aby wiernych uczynić królami. A kiedy kończy się czas na ziemi, wierni idą na zawsze do Królestwa, do pokoju, jako zwycięzcy na zawsze...

Mój pokój, mały Janie, ukoronowany cierniem. Mój pokój...»



Przekład i wyłączne prawa do tekstu: "Vox Domini" Więcej na stronie: O Marii Valtorcie i jej pismach