Ewangelia według
św. Mateusza
Ewangelia według
św. Marka
Ewangelia według
św. Łukasza
Ewangelia według
św. Jana


Maria Valtorta

Księga III - Drugi rok życia publicznego

–   POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA    –

145. W ŚWIĄTYNI PODCZAS ŚWIĘTA NAMIOTÓW

Napisane 20 września 1945. A, 6478-6505

Jezus udaje się bezpośrednio do Świątyni. Przed Nim idą uczniowie w grupach, a za Nim, też w grupie – uczennice: Jego Matka, [córka] Kleofasa – Maria, Maria Salome, Zuzanna, Joanna, małżonka Chuzy, Eliza z Betsur, Annalia z Jerozolimy. Nie ma Marty ani Marii z Magdali. Wokół Jezusa jest dwunastu apostołów i Margcjam.

Jerozolima jest wspaniała w tych dniach święta. Na wszystkich drogach znajdują się ludzie z wszystkich regionów. Śpiewy, rozmowy, szepty modlitw, złorzeczenia poganiaczy osłów, płacz niemowląt, a ponad wszystkim jasne niebo... Ukazuje się ono między domami i słońcem, które radośnie świeci, ożywiając kolory szat, rozpalając barwy umierających altan i drzew, zauważanych tu i tam za murami zamkniętych ogrodów lub tarasów.

Czasem Jezus przechodzi obok znanych Mu ludzi. Mijane osoby, zależnie od nastroju, pozdrawiają Jezusa z mniejszym lub większym szacunkiem. Głębokie, lecz wyniosłe jest [powitanie ze strony] Gamaliela. Patrzy on uważnie na Szczepana, który uśmiecha się do niego z grupy uczniów. Po skłonieniu się przed Jezusem Gamaliel wzywa go na bok i mówi do niego kilka słów, po czym Szczepan powraca do grupy. Pełne szacunku jest pozdrowienie starego przewodniczącego synagogi, Kleofasa z Emaus, który idzie ze swoimi współmieszkańcami w kierunku Świątyni. Twarda jak przekleństwo jest odpowiedź faryzeuszy z Kafarnaum na pozdrowienie skierowane do nich przez Jezusa.

Wieśniacy Giokany, prowadzeni przez zarządcę, upadają na twarz w prochu drogi i całują stopy Jezusa. Tłum zatrzymuje się, obserwując ze zdziwieniem tę grupę mężczyzn, którzy u zbiegu dróg podbiegli z krzykiem do stóp młodego człowieka. Nie jest On ani faryzeuszem, ani znanym uczonym w Piśmie, ani ważnym urzędnikiem, ani potężnym na Dworze. Ktoś pyta więc, kim On jest. Rozchodzi się szept:

«To Rabbi z Nazaretu. To ten, o którym się mówi, że jest Mesjaszem.»

Prozelici i poganie otaczają więc Jezusa z ciekawością, odpychając grupę w kierunku muru. Tworzą zaporę na małym placu, więc rozprasza ich grupa poganiaczy osłów, przeklinając ich za przeszkadzanie [w przejściu].

Tłum szybko gromadzi się ponownie, oddzielając niewiasty od mężczyzn, wymagający i brutalny w swym zachowaniu, które jednak [wypływa z] wiary. Wszyscy chcą dotknąć szat Jezusa, powiedzieć Mu słowo, zapytać o coś. Ten wysiłek jest jednak daremny, gdyż sam ich pośpiech, niepokój, wzburzenie, żeby dojść do pierwszych szeregów, wzajemne odpychanie się sprawia, że nikomu się nie udaje. Nawet pytania i odpowiedzi rozpływają się w niezrozumiałym zgiełku.

Jedynym, który wyróżnia się w tej scenie, jest dziadek Margcjama. Okrzykiem odpowiedział na okrzyk swego wnuka i natychmiast, po oddaniu hołdu Nauczycielowi, tuli dziecko do serca. Klęczy na ziemi, oparty na piętach. Posadził chłopca na swych kolanach, podziwia go, głaszcze ze łzami i całuje radośnie. Zadaje mu pytania i słucha. Starzec już znajduje się w Raju, tak jest szczęśliwy.

Przybiegają rzymscy żołnierze, sądząc, że to jakaś bójka, i torują sobie przejście. Kiedy jednak widzą Jezusa, uśmiechają się i odchodzą uspokojeni. Ograniczają się tylko do poradzenia obecnym, żeby pozostawili wolne to ważne skrzyżowanie [dróg]. Jezus natychmiast się dostosowuje, korzystając z wolnej przestrzeni, jaką utworzyli Rzymianie, idący o kilka kroków przed Nim. Powracają na swe stanowiska. Rzymski garnizon został bardzo wzmocniony. Piłat wiedział, iż tłum nie jest zadowolony, obawiał się więc rozruchów w tych dniach, gdy Jerozolimę wypełniają przybyli zewsząd Hebrajczycy.

Piękny jest widok Jezusa poprzedzanego przez rzymski sztandar. [Idzie] jak król, przed którym otwiera się drogę, gdy udaje się do swych posiadłości. Powiedział, idąc, do dziecka i do starca:

«Pozostańcie razem i idźcie za Mną.»

A do zarządcy [dóbr Giokany]:

«Proszę cię, żebyś Mi pozostawił twoich ludzi. Będą Moimi gośćmi do wieczora.»

Zarządca odpowiada z szacunkiem:

«Niech się stanie we wszystkim, jak Ty chcesz.»

I odchodzi po złożeniu głębokiego ukłonu.

[Jezus] jest już blisko Świątyni. Ustawiczny ruch ludzi, podobnych do mrówek w pobliżu mrowiska, jest jeszcze silniejszy. Jeden z wieśniaków Giokany woła nagle: «To [nasz] pan!»

I wraz z innymi pada na kolana, żeby oddać cześć [faryzeuszowi Giokanie]. Jezus stoi pośrodku grupy wieśniaków, którzy tłoczą się wokół Niego, i odwraca głowę, patrząc we wskazany punkt. Napotyka spojrzenie faryzeusza, bogato odzianego, który nie jest dla mnie nieznajomym, chociaż nie wiem, gdzie go już widziałam. Faryzeusz Giokana jest z innymi ze swej grupy. Mnóstwo kosztownych tkanin, frędzli, sprzączek, pasów, filakterii, wszystko to błyszczy bardziej niż zwykle. Giokana patrzy uważnie na Jezusa. To spojrzenie czystej ciekawości, jednak nie lekceważące. Nawet pozdrawia Go, choć pozostaje wyprostowany. Skłania jedynie głowę. Mimo wszystko jest to powitanie, na które Jezus odpowiada z szacunkiem. Także dwóch lub trzech faryzeuszów wita Go. Inni zaś patrzą z pogardą lub udają, że patrzą gdzie indziej. Jeden znieważa Go. To pewne, gdyż widzę, jak otaczający Jezusa podskakują i nawet Giokana zaraz się odwraca, by spiorunować spojrzeniem mężczyznę obrażającego [Jezusa], młodszego od siebie, o rysach wyraźnych i twardych.

Kiedy [grupy] minęły się i wieśniacy ośmielają się odezwać, jeden z nich mówi: «To Doras przeklął Cię, Nauczycielu.»

«Zostaw go. Mam was, którzy Mnie błogosławicie» – mówi spokojnie Jezus.

Pod archiwoltą, oparty o nią wraz z innymi, znajduje się Manaen. Na widok Jezusa unosi ramiona z okrzykiem radości:

«To wspaniały dzień, bo Cię znalazłem!» – i idzie w stronę Jezusa, a za nim ci, którzy mu towarzyszą.

Oddaje Mu hołd w cieniu archiwolty, gdzie głosy rozbrzmiewają jak pod kopułą. W chwili kiedy [Manaen] oddaje Mu cześć, tuż obok grupy apostołów przechodzą kuzyni Szymon i Józef wraz z innym Nazarejczykami... nie pozdrawiają Go jednak... Jezus patrzy na nich ze smutkiem, lecz nie wypowiada ani jednego słowa. Juda i Jakub, wzburzeni, rozmawiają ze sobą. Juda, rozpalony gniewem, oddala się biegiem, zanim jego brat zdołał go powstrzymać. Jezus woła go jednak tonem tak władczym:

«Judo, chodź tutaj!» ...że syn Alfeusza wraca.

[Jezus mówi mu:] «Zostaw ich. To są ziarna, które jeszcze nie odczuły wiosny. Zostaw je w mrokach opornej skiby ziemi. Ja i tak ich przeniknę, nawet jeśli gleba stanie się jaspisem otaczającym ziarno. Uczynię to w swoim czasie.»

Mocniej jednak od odpowiedzi Judy, syna Alfeusza, brzmi płacz zrozpaczonej Marii Alfeuszowej. Długa skarga upokorzonej matki... Jezus jednak nie odwraca się, żeby ją pocieszyć, choć ta skarga brzmi wyraźnie pod archiwoltą, która odbija ją wielokrotnym echem. Rozmawia nadal z Manaenem, który Mu mówi:

«Ci, którzy są ze mną, to uczniowie Jana. Chcą jak i ja należeć do Ciebie.»

«Pokój dobrym uczniom. Tam, na przedzie, jest Maciej, Jan i Symeon, na zawsze ze Mną... Przyjmuję was, jak ich przyjąłem, gdyż drogie Mi jest wszystko, co pochodzi od świętego Poprzednika.»

Po dojściu do obrębu Świątyni Jezus wydaje polecenia Iskariocie i Szymonowi Zelocie, żeby zakupili, co nakazuje obrzęd i zwyczajowe ofiary. Potem przywołuje kapłana Jana i mówi:

«Należysz do tego miejsca. Zajmiesz się więc zaproszeniem któregoś z lewitów, którego uznasz za godnego poznania Prawdy. Tego roku mogę jeszcze obchodzić święto radośnie. Nigdy ten dzień nie będzie już tak słodki...»

«Dlaczego, Panie?» – pyta Jan, uczony w Piśmie.

«Bo wszystkich was mam przy Mnie, obecnych fizycznie lub duchowo.»

«Ależ zawsze tu będziemy! I z wieloma innymi» – stwierdza porywczo apostoł Jan i wszyscy chórem przytakują.

Jezus uśmiecha się i milknie. Kapłan Jan idzie w tym czasie do przodu ze Szczepanem, żeby wykonać polecenie. Jezus woła do nich: «Dołączcie do nas w Portyku Pogan.»

Wchodzą i niemal natychmiast spotykają Nikodema, który kłania się głęboko, lecz nie podchodzi do Jezusa. Wymienia jednak z Nim uśmiech, wyraźny, pełen pokoju.

Gdy niewiasty zatrzymują się w miejscu, w którym wolno [im przebywać], Jezus z mężczyznami udaje się na modlitwę do miejsca przeznaczonego dla Hebrajczyków. Potem, po spełnieniu wszystkich obrzędów, wraca, żeby się spotkać z oczekującymi w Portyku Pogan.

Tłum wypełnia krużganki bardzo przestronne i bardzo wysokie. Słuchają pouczeń rabinów. Jezus idzie w kierunku miejsca, gdzie widzi dwóch apostołów i dwóch uczniów, których wysłał przed Sobą. Zaraz wiele osób, które były tu i tam na marmurowym dziedzińcu wypełnionym ludźmi, otacza Jego, apostołów i uczniów. Ciekawość jest tak wielka, że niektórzy uczniowie rabinów – nie wiem, czy spontanicznie, czy też wysłani przez swych mistrzów – podchodzą do kręgu otaczających ściśle Jezusa, który pyta niespodzianie:

«Dlaczego tłoczycie się wokół Mnie? Powiedzcie. Macie rabbich znanych i mądrych, dobrze widzianych przez wszystkich. Ja jestem Nieznanym i Źle widzianym. Dlaczegóż więc przychodzicie do Mnie?»

«Bo Cię kochamy...» – mówią niektórzy.

A inni: «Bo Ty masz słowa inne niż wszyscy.»

Jeszcze inni: «Aby ujrzeć Twoje cuda.»

«Bo Ty jeden masz słowa życia wiecznego i [czynisz] dzieła, które odpowiadają słowom...»

I wreszcie: «Bo chcemy przyłączyć się do Twoich uczniów.»

Jezus patrzy na ludzi, którzy się odzywają, jakby chciał przeszyć ich wzrokiem, żeby wyczytać ich najskrytsze uczucia. Niektórzy z nich, nie wytrzymując tego spojrzenia, odchodzą lub ukrywają się dobrze za jakąś kolumną lub za wyższymi od siebie.

Jezus znowu zabiera głos:

[por. Łk 14,25n; Mt 10,37n] «Czy wy jednak wiecie, co oznacza i czego wymaga pójście za Mną? Odpowiem tylko na te słowa, gdyż [sama] ciekawość nie zasługuje na odpowiedź. Ten, kto odczuwa głód Moich słów, daje Mi w rezultacie swą miłość i pragnie przyłączyć się do Mnie. Pośród tych, którzy mówili, są dwie grupy: ciekawscy, którymi się nie zajmuję, oraz chętni, których bez oszukiwania pouczam o surowości tego powołania.

Pójść za Mną jako uczeń znaczy wyrzec się wszelkich miłości dla jednej miłości: Mojej. [Trzeba wyzbyć się] miłości egoistycznej wobec siebie, miłości grzesznej do bogactw, zmysłowości lub władzy; miłości szlachetnej wobec małżonki, miłości świętej wobec matki, ojca, miłości czułej do dzieci i rodzeństwa oraz miłości ze strony dzieci i rodzeństwa. Wszystko musi ustąpić przed Moją miłością, jeśli chce się należeć do Mnie. Zaprawdę powiadam wam, że Moi uczniowie muszą być bardziej wolni niż ptaki, które fruwają po niebie; bardziej wolni niż wiatry przemierzające przestrzenie, a nikt ich nie zatrzyma: nikt ani nic. [Powinni być] wolni, bez ciężkich łańcuchów, bez więzów miłości cielesnej, nawet bez pajęczych nitek najbardziej delikatnych przeszkód. Duch jest jak delikatny motyl zamknięty w ciężkim kokonie ciała. Jego lot może być obciążony, a nawet całkiem zatrzymany, przez działanie mieniącej się barwami tęczy i nieuchwytnej sieci pajęczej, sieci zmysłowości, braku wspaniałomyślności w ofierze. Ja chcę wszystkiego, bez zastrzeżeń. Duch potrzebuje tej wolności dawania, tej wspaniałomyślności dawania, żeby móc być pewnym, że go nie pochwyci pajęcza sieć uczuć, przyzwyczajeń, rozmyślań, obaw, rozciągniętych jak nitki tej straszliwej sieci, jaką jest szatan, złodziej dusz.

Jeśli kto chce przyjść do Mnie, a nie ma w świętej nienawiści swego ojca, swojej matki, swojej żony, swoich dzieci, swoich braci i sióstr i nawet swego życia, nie może być Moim uczniem. Powiedziałem: “w świętej nienawiści”. Wy w waszych sercach mówicie sobie: “On uczy nienawiści, a przecież ona nigdy nie jest święta. Zatem On Sobie zaprzecza”. Nie. Ja Sobie nie zaprzeczam. Powiedziałem, żeby znienawidzić ociężałość miłości, cielesną gwałtowność miłości do ojca i matki, do żony i dzieci, do braci i sióstr, i do samego życia. Z drugiej zaś strony nakazuję kochać krewnych i życie z lekkością wolności, właściwej duchom. Kochajcie ich w Bogu i ze względu Boga, nigdy nie stawiając Boga po nich, zajmując się i troszcząc o doprowadzenie ich tam, gdzie doszedł uczeń, czyli do Boga Prawdziwego. I tak będziecie kochać w sposób święty krewnych i Boga, godząc dwie miłości. Uczynicie z więzów krwi nie obciążenie, lecz skrzydła, nie winę, lecz sprawiedliwość.

Macie być gotowi znienawidzić nawet wasze życie, żeby pójść za Mną. Ma w nienawiści swe życie ten, kto bez lęku, że je utraci lub że stanie się ono po ludzku smutne, poświęca je na Moją służbę. To jednak tylko pozorna nienawiść. To uczucie, które myśl człowieka – nie potrafiącego się wznieść, człowieka ziemskiego tylko, niewiele wyższego od zwierzęcia – niewłaściwie nazywa “nienawiścią”. W rzeczywistości ta pozorna nienawiść – która jest odrzuceniem zmysłowych zaspokojeń w życiu, aby dawać coraz większe życie duchowi – jest miłością.

To miłość, najwznioślejsza z istniejących, najbardziej błogosławiona. To odrzucenie niskich zaspokojeń, to zakazanie [sobie] zmysłowości uczuć, to narażenie się na wymówki i komentarze niesprawiedliwe, kary, oddalenia, przekleństwa i być może prześladowania, to łańcuch cierpień. Trzeba je jednak objąć i nałożyć jak krzyż, jak szubienicę, na której wynagradza się za wszystkie przeszłe winy, żeby iść do Boga usprawiedliwionym. Dzięki temu uzyskuje się od Boga wszelką łaskę – prawdziwą, mocną, świętą – dla tych, których kochamy. Kto nie niesie swego krzyża i nie idzie za Mną, kto nie potrafi tego czynić, nie może być Moim uczniem.

Myślcie o tym wiele, wiele, wy, którzy mówicie: “Przyszliśmy, bo chcemy się przyłączyć do Twoich uczniów.” To nie wstyd, lecz mądrość osądzić siebie, ocenić i wyznać sobie oraz innym: “Nie ma we mnie materiału na ucznia”. I cóż? [Nawet] poganie, dzięki jednemu z ich pouczeń, widzą konieczność “poznania samego siebie”, a wy, Izraelici, aby zdobyć Niebo, nie umielibyście tego uczynić?

Pamiętajcie zawsze o tym, że błogosławieni są ci, którzy przyjdą do Mnie. Jednak zamiast przyjść, żeby zdradzić Mnie i Tego, który Mnie posłał, lepiej nie przychodzić wcale i pozostać synem Prawa, jakim był dotąd każdy z was.

Biada tym, którzy powiedziawszy: “Idę”, szkodzą Chrystusowi, zdradzają ideę chrześcijańską, gorszą małych, ludzi szlachetnych! Biada im! A jednak będą tacy, zawsze będą!

[por. Łk 14,28n] Naśladujcie człowieka pragnącego wybudować wieżę. Rozpoczyna on od uważnego obliczania koniecznych wydatków, od przeliczania swoich pieniędzy dla stwierdzenia, czy ma za co ukończyć [budowę], żeby po postawieniu fundamentów nie musiał zawiesić prac z powodu braku pieniędzy. W tym bowiem wypadku straciłby nawet to, co posiadał wcześniej, pozostając bez wieży i bez talentów. W zamian zaś ściągnąłby na siebie szyderstwa ludzi, którzy by mówili: “Rozpoczął budować, a nie umie skończyć. Teraz może sobie napełnić żołądek ruinami swej niedokończonej budowli”.

[por. Łk 14,31n] Naśladujcie też królów ziemi. Niech biedne wydarzenia tego świata posłużą do nadprzyrodzonego pouczenia. Kiedy chcą wypowiedzieć wojnę innemu królowi, rozważają wszystko spokojnie i uważnie. [Badają] za i przeciw, zastanawiają się, żeby wiedzieć, czy korzyść ze zdobyczy jest warta ofiary życia ich poddanych. Zastanawiają się, czy możliwe jest zdobycie tego miejsca, czy ich oddziały, o połowę mniejsze od wojsk ich rywala – nawet jeśli są o wiele waleczniejsze – zdołają zwyciężyć. Myśląc zaś słusznie – że nie jest prawdopodobne, żeby dziesięć tysięcy pokonało dwadzieścia tysięcy – zanim dochodzi do potyczki, wysyłają do przeciwnika poselstwo z bogatymi darami i uspokajają rywala już zaniepokojonego ruchami oddziałów [wrogich wojsk]. Rozbrajają go przez zaświadczenie o przyjaźni i sprawiają, że znikają podejrzenia. Zawierają z nim układ pokojowy, zaprawdę zawsze korzystniejszy niż wojna, tak dla [życia czysto] ludzkiego jak i duchowego.

W taki sposób powinniście działać, zanim rozpoczniecie nowe życie i i stawicie czoła światu. Bycie Moim uczniem tego wymaga: iść na przekór burzliwemu i gwałtownemu prądowi świata, ciała, szatana. Jeśli nie czujecie odwagi, żeby wszystko odrzucić z miłości do Mnie, nie przychodźcie do Mnie, gdyż nie możecie być Moimi uczniami.»

«Dobrze. To co mówisz jest prawdą – uznaje jakiś uczony w Piśmie, który wmieszał się w tłum – Jeśli jednak wszystkiego się pozbędziemy, to czym potem będziemy Ci służyć? W Prawie są przykazania. To jakby pieniądz, dany człowiekowi przez Boga, żeby on – posługując się nim – zapewnił sobie życie wieczne. Ty zaś mówisz: “Odrzućcie wszystko”, i wskazujesz ojca, matkę, bogactwa, honory. A jednak Bóg dał to wszystko. Powiedział nam przez usta Mojżesza, żebyśmy się tym posługiwali w sposób święty, żeby być sprawiedliwymi w oczach Boga. Jeśli wszystko nam zabierzesz, co nam dasz?»

«Prawdziwą miłość, powiedziałem to, o rabbi. Daję wam Moją naukę, która nie odejmuje ani joty od Starego Prawa, lecz przeciwnie – doskonali je.»

«W takim razie wszyscy jesteśmy równymi uczniami, bo wszyscy posiadamy to samo.»

«Wszyscy mamy to samo, według Prawa Mojżeszowego. Nie wszyscy – według Prawa udoskonalonego przeze Mnie poprzez Miłość. Nie wszyscy osiągają w tym Prawie tę samąumę zasług. Nawet nie wszyscy uczniowie, którzy do Mnie należą, dojdą do tej sumy zasług. Niektórzy z nich nie tylko nie będą mieć tej sumy, lecz stracą nawet swój jedyny pieniądz: własną duszę.»

«Jak to? Komu dano więcej, ten będzie posiadał więcej. Twoi uczniowie, czy raczej Twoi apostołowie, idą za Tobą w Twojej misji i są obeznani z Twoimi sposobami postępowania. Otrzymali więc bardzo wiele. Twoi umiłowani uczniowie otrzymali wiele, mniej jednak ci, którzy są uczniami jedynie z nazwy, a nic – ci, którzy jak ja słuchają Cię tylko przypadkowo. To [chyba] oczywiste, że apostołowie otrzymają ogromną ilość w Niebie, dużo – umiłowani uczniowie, mniej ci, którzy są nimi tylko z nazwy, a nic ci, którzy są jak ja.»

«To oczywiste po ludzku, ale nawet po ludzku – złe. Nie wszyscy bowiem są zdolni sprawić, że zaowocują otrzymane przez nich dobra. Posłuchaj tej przypowieści i wybacz Mi, jeśli zbytnio tutaj rozwijam Moje nauczanie. Jestem jednak przelotną jaskółką i tylko przez krótki czas przebywam w Domu Ojca. Przybyłem do całego świata, ale ten mały świat, jakim jest Świątynia w Jerozolimie, nie chce, żebym zatrzymał się w locie i żebym pozostał tutaj, gdzie wzywa Mnie chwała Boga.»

«Dlaczego to mówisz?» [– pyta uczony.]

«Bo taka jest prawda» [– odpowiada mu Jezus.]

Uczony w Piśmie rozgląda się wokół siebie, a potem spuszcza głowę. Że taka jest prawda, odczytuje to na zbyt wielu twarzach członków Sanhedrynu, rabbich i faryzeuszów, którzy coraz bardziej powiększają grupę otaczającą Jezusa. [Widzi] twarze sine z wściekłości lub czerwone z gniewu; spojrzenia równoznaczne ze słowami przekleństwa i trującymi splunięciami; urazę, fermentującą wszędzie wokół. [Dostrzega] pragnienie sponiewierania Chrystusa, pozostające samym pragnieniem jedynie z obawy przed tłumem otaczającym Nauczyciela: oddanym i gotowym na wszystko dla obronienia Go. Być może [powstrzymuje ich] też lęk przed ukaraniem przez Rzym, życzliwy wobec łagodnego galilejskiego Nauczyciela.

Jezus zaczyna spokojnie przedstawiać myśl w przypowieści:

[por. Mt 25,14n, por. Łk 3,19n] «Pewien człowiek, który miał się udać w daleką podróż i być nieobecny przez długi czas, wezwał wszystkie swoje sługi i powierzył im swe wszystkie dobra. Jednemu dał pięć talentów srebra, drugiemu – dwa talenty srebra, a trzeciemu – jeden talent złota. Każdemu według jego sytuacji i zdolności. Potem odjechał.

Sługa, który otrzymał pięć talentów srebra, odszedł, żeby dokonać zręcznych transakcji. Posługiwał się otrzymanymi talentami i po jakimś czasie przyniosły mu one pięć innych. Ten, który otrzymał dwa talenty, uczynił to samo i podwoił otrzymaną sumę. Ten zaś, któremu pan dał najwięcej: jeden talent czystego złota, sparaliżowany ze strachu, że nie będzie potrafił nic z nim uczynić, [lękając się] złodziei i mając tysiące urojonych obaw, a przede wszystkim z powodu lenistwa, zrobił wielką dziurę w ziemi i ukrył tam pieniądze pana.

Minęło wiele miesięcy i pan powrócił. Wezwał od razu swe sługi, żeby mu oddali pieniądze dane im do przechowania. Ten, któremu dał pięć talentów srebra, stanął przed nim i powiedział: “Oto, mój panie, dałeś mi pięć talentów. Wydawało mi się, że będzie źle, jeśli z mojego powodu dane mi przez ciebie pieniądze nie przyniosą zysku, dlatego postarałem się zyskać pięć dodatkowych talentów. Nie umiałem zarobić więcej...”

“Dobrze, bardzo dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w małym, pracowity i uczciwy. Dam ci więc władzę nad wieloma. Wejdź do radości twojego pana.”

Potem przyszedł ten, który otrzymał dwa talenty, i powiedział: “Pozwoliłem sobie wykorzystać twoje dobra z zyskiem dla ciebie. Oto rachunki, które pokazują, jak wykorzystałem pieniądze. Widzisz? Były dwa talenty srebra, a teraz są cztery. Czy jesteś zadowolony, mój panie?”

Pan udzielił dobremu słudze takiej samej odpowiedzi, jak pierwszemu.

Na koniec przyszedł ten, który cieszył się największym zaufaniem pana i otrzymał talent złota. Wyjął go ze schowka i powiedział: “Powierzyłeś mi największą wartość, bo wiesz, że jestem roztropny i wierny. Ja zaś wiem, że ty jesteś nieprzejednany i wymagający, nie znosisz utraty pieniędzy, a w przypadku straty odbijasz to sobie na tym, który jest najbliżej. Ty bowiem kosisz tam, gdzie nie posiałeś, i zbierasz, gdzie nie rozrzuciłeś. Nie darujesz najmniejszej monety twemu bankierowi ani zarządcy, z żadnego powodu. Tyle musi być pieniędzy, ile mówisz. Otóż ja – obawiając się, żeby nie pomniejszyć tego skarbu – wziąłem go i ukryłem. Nie ufałem nikomu, nawet sobie samemu. Teraz go wykopałem i oddaję ci go. Oto twój talent.”

[Pan mu odpowiedział:] “O, sługo niegodziwy i leniwy! Nie kochałeś mnie prawdziwie, ponieważ mnie nie znałeś. Nie miłowałeś też moich dóbr, gdyż nic z nimi nie robiłeś. Zawiodłeś mnie, a ja cię szanowałem. Sam sobie zaprzeczasz, oskarżasz się i skazujesz. Wiedziałeś, że ja żnę, gdzie nie posiałem, i zbieram, gdzie nie rozsypałem. Dlaczegóż więc nie uczyniłeś tak, żebym żął i zbierał? To w taki sposób odpowiadasz na moje zaufanie? To tak mnie znasz? Dlaczego nie zaniosłeś moich pieniędzy bankierom, ażebym po powrocie odebrał je z zyskiem? Pouczyłem cię w tym celu szczególnie troskliwie, ale ty, leniwy i głupi, nie zważałeś na to. Niech więc ci odbiorą talent i każde inne dobro i niech go dadzą temu, który ma dziesięć talentów.”

“On przecież ma już dziesięć, a ten pozostanie bez niczego...” – powiedziano mu.

“To dobrze. Temu, który ma i pomnaża, będzie dane jeszcze więcej, tak że będzie miał nadmiar. Temu zaś, który nie ma – bo nie chciał mieć – odbiorą nawet to, co mu zostało dane. A sługę bezużytecznego, który zawiódł moje zaufanie i pozostawił bezowocnymi udzielone mu przeze mnie dary, niech wyrzucą z mojej posiadłości i niech odejdzie płakać i dręczyć się w swym sercu.”

Oto przypowieść. Jak widzisz, o rabbi, temu, który otrzyzymał najwięcej, pozostało najmniej, gdyż nie zasłużył na zatrzymanie daru Boga. Może więc być i tak, że jeden z tych – o których mówisz, że są uczniami tylko z nazwy i mają niewiele do pomnażania, a nawet z tych, którzy, jak mówisz, słuchają Mnie tylko przez przypadek i jako jedyny kapitał mają swą duszę – otrzyma złoty talent wraz z tym, co ten może przynieść. A zostanie on odebrany jednemu z bardziej obdarowanych. Nieskończone są niespodzianki Pana, gdyż niezliczone są reakcje ludzi [na dary Boże]. Ujrzycie pogan osiągających życie wieczne i Samarytan biorących Niebo w posiadanie. Ujrzycie też czystych Izraelitów, Moich naśladowców, jak utracą Niebo i Życie wieczne.»

Jezus milknie i – jakby chciał uciąć wszelką dyskusję – odwraca się ku murom Świątyni.

[por. Łk 10,25n] Jednak poważny doktor Prawa, który siedział pod portykiem i słuchał, wstaje i podchodzi [do Jezusa]. Zadaje Mu pytanie:

«Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Odpowiedziałeś innym, odpowiedz i mnie.»

«Dlaczego zamierzasz Mnie kusić? Dlaczego chcesz kłamać? Czy masz nadzieję, że powiem coś, co zniekształci Prawo, dodając do niego myśli [niby] jaśniejsze i doskonalsze? Co jest napisane w Prawie? Odpowiedz! Jakie jest Jego podstawowe przykazanie?»

«Będziesz miłował Pana, Boga twego, z całego swego serca, z całej swojej duszy, ze wszystkich swych sił, całym swym umysłem. Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego.»

«Dobrze odpowiedziałeś. Czyń tak, a będziesz miał życie wieczne.»

«Ale kto jest moim bliźnim? Świat pełen jest ludzi dobrych i złych, znanych i nieznanych, przyjaciół i nieprzyjaciół Izraela. Kto jest moim bliźnim?»

[por. Łk 10,30n] «Pewien człowiek, który szedł z Jerozolimy do Jerycha przez wąwozy w górach, wpadł w ręce rozbójników. Ci po zadaniu mu okrutnych ran, po zabraniu mu wszystkiego, co posiadał – nawet odzienia – pozostawili go niemal umarłego na skraju drogi.

Tą samą drogą przechodził kapłan, który zakończył służbę w Świątyni. O! Jeszcze pachniał kadzidłami [miejsca] Świętego! Powinien był jednak mieć duszę [ogarniętą] zapachem nadprzyrodzonego dobra i miłości, gdyż był w Domu Boga i niemal dotykał Najwyższego. Kapłan śpieszył się, żeby wrócić do domu. Spojrzał więc na rannego, ale się nie zatrzymał. Przeszedł obok szybko, pozostawiając nieszczęśliwego na skraju drogi.

Nadszedł lewita. Czy miał się zanieczyścić on, idący służyć w Świątyni? Dalej więc! Uniósł płaszcz, żeby się nie poplamić krwią. Rzucił niepewne spojrzenie na tego, który jęczał zalany krwią, i przyspieszył kroku, udając się do Jerozolimy, do Świątyni.

Jako trzeci przybył z Samarii, od strony brodu, Samarytanin. Ujrzał krew, więc się zatrzymał. Znalazł rannego w [zapadającym] zmierzchu, zsiadł z klaczy, podszedł do rannego, pokrzepił go łykiem mocnego wina. Rozdarł swój płaszcz, żeby z niego uczynić bandaże. Potem przemył rany octem, namaścił je oliwą i starannie owinął. Umieściwszy rannego na swoim zwierzęciu, poprowadził je ostrożnie, podtrzymując zranionego i pocieszając go dobrymi słowami. Nie troszczył się o zmęczenie i nie okazywał wzgardy rannemu, który był z narodu żydowskiego. Przybywszy do miasta zaprowadził go do gospody. Całą noc czuwał przy nim. O świcie zaś, widząc, że czuje się lepiej, powierzył go oberżyście. Dał mu denary, żeby zapłacić z góry, i powiedział: “Zatroszcz się o niego tak, jak ja sam bym to zrobił. Po moim powrocie oddam ci to, co wydałeś nadto, i [dodam] według dobrej miary, jeśli uczynisz to dobrze.” I odszedł.

Doktorze Prawa, odpowiedz Mi, który z tych trzech był “bliźnim” dla człowieka, który wpadł w ręce zbójów? Być może kapłan? Może lewita? A czy nie przypadkiem Samarytanin? On się nie pytał, kim był ranny, dlaczego był ranny. [Nie zastanawiał się,] czy robił źle ratując go, tracąc czas, pieniądze i narażając się na oskarżenie, że to on go zranił?»

Doktor Prawa odpowiada:

«Bliźni to ten ostatni, gdyż był miłosierny.»

«Ty też czyń tak samo, a będziesz miłował bliźniego i Boga w bliźnim, zasługując przez to na życie wieczne.»

Nikt już nie ośmiela się mówić i Jezus korzysta z tego, żeby dojść do niewiast, które czekały na Niego przy murach, i z nimi wejść ponownie do miasta. Teraz do uczniów dołączyli dwaj kapłani lub raczej kapłan i lewita. [Lewita –] bardzo młody, a kapłan w wieku sędziwym. Jezus rozmawia teraz z Matką. Pomiędzy Nim a Matką stoi Margcjam. Pyta Ją:

«Czekałaś na Mnie, Matko?»

«Tak, Mój Synu, i do smutku Marii, [córki] Kleofasa, dołączył się Mój ból. Ona płakała przed wejściem do Świątyni...»

«Wiem o tym, Matko. Znam przyczynę. Nie powinna jednak płakać, lecz modlić się.»

«O! Tak wiele się modli! Przez te wieczory, w swej chacie, między śpiącymi synami, modliła się i płakała. Słyszałam jej płacz, bo sąsiaduję z nią przez cieniutką ścianę z liści. Widzieć o kilka kroków Józefa i Szymona... bliscy, a tak oddzieleni!... I nie tylko ona płacze. Płacze ze Mną też Joanna, która wydawała Ci się tak pogodna...»

«Dlaczego, Matko?»

«Bo Chuza... zachowuje się... w sposób nie do wyjaśnienia. Niby jej towarzyszy we wszystkim, a jednak odrzuca ją we wszystkim. Gdy są sami, jest mężem przykładnym, jak zawsze. Jeśli jednak ma przy sobie inne osoby, oczywiście z Dworu, wtedy staje się władczy i pogardliwy wobec łagodnej małżonki. Ona nie rozumie, dlaczego...»

«Mówię Ci: Chuza jest sługą Heroda, zrozum Mnie, Matko. “Sługą”. Nie powiem tego Joannie, żeby nie zadawać jej bólu. Ale tak jest. Kiedy nie lęka się nagany ani szyderstwa ze strony pana, wtedy jest dobrym Chuzą. Kiedy zaś tego się obawia, nie jest już taki sam.»

«To dlatego że jest bardzo wzburzony z powodu Manaena i...»

«I dlatego że Herod stał się szalony z powodu spóźnionych wyrzutów sumienia, iż uległ Herodiadzie. Joanna jednak doznała już tak wiele dobra w swym życiu. Powinna [umieć] pod diademem nosić też włosiennicę [swego cierpienia].»

«Annalia też płacze...»

«Dlaczego?»

«Bo narzeczony zwraca się przeciw Tobie...»

«Niech nie płacze. Powiedz jej to. To rozwiązanie. Dobroć Boża. Jej ofiara na nowo przyciągnie Samuela do Dobra. Dzięki temu na razie nie będzie jej skłaniał do zaślubin. Obiecałem, że wezmę ją ze Sobą. Wyprzedzi Mnie w śmierci...»

«Synu!...» – Maryja ściska rękę Jezusa. Jej twarz blednie.

«Droga Mamo! To dla ludzi. Wiesz o tym. To z miłości do ludzi. Wypijemy Nasz kielich chętnie. Prawda?»

Maryja przełyka łzy i odpowiada: «Tak...»

Jest to “tak” bardzo bolesne i rozdzierające. Margcjam podnosi głowę i mówi do Jezusa:

«Dlaczego mówisz o takich smutnych sprawach, które zadają Matce ból? Nie pozwolę Ci umrzeć. Jak broniłem owiec, tak i Ciebie obronię...»

Jezus głaszcze go i żeby pocieszyć dwoje zasmuconych, pyta chłopca: «A co robią teraz twoje owce? Nie tęsknisz za nimi?»

«O! Jestem z Tobą! Zawsze jednak o nich myślę i zastanawiam się, czy Porfirea zaprowadziła je na pastwisko, czy czuwała, żeby Piana nie wchodziła do jeziora. Piana jest bardzo żywa, wiesz? Jej matka woła ją, woła... ale nic z tego! Robi, co chce. A Śnieżka jest tak łakoma, że je, aż będzie chora. Wiesz o tym, Nauczycielu? Rozumiem, co znaczy być kapłanem w Twoje Imię. Lepiej od innych Cię rozumiem. Oni... (wskazuje ręką apostołów, którzy idą za nimi), oni wypowiadają wiele pięknych słów, mają plany... na potem. A ja mówię: “Będę takim pasterzem dla ludzi, jak dla owiec. I to wystarczy.” Matka, moja i Twoja, powiedziała mi wczoraj piękny fragment z [pism] proroków... i dodała: “Właśnie taki jest nasz Jezus”. Ja zaś powiedziałem sobie w sercu: “Też będę właśnie taki”. Potem powiedziałem do naszej Matki: “Na razie jestem barankiem, potem będę pasterzem. Jezus przeciwnie: teraz jest Pasterzem, a potem będzie Barankiem. A Ty jesteś zawsze Owieczką, naszą Owieczką – białą, piękną, kochaną, mającą słowa słodsze niż mleko. To dlatego Jezus jest takim Barankiem, bo urodził się z Ciebie, Owieczki Pana”.»

Jezus pochyla się szybko i tuli go. Potem pyta:

«Chcesz więc naprawdę zostać kapłanem?»

«Oczywiście, mój Panie! To dlatego staram się być dobry i wiele wiedzieć. Zawsze chodzę z Janem z Endor, bo on mnie traktuje jak mężczyznę i jest bardzo dobry. Chcę być pasterzem owiec zabłąkanych i tych, które nie pobłądziły, lekarzem - pasterzem zranionych i połamanych, jak mówi Prorok. O jakie to piękne!» – mówi chłopiec klaszcząc w dłonie.

«Cóż jest w tej małej czarnej głowie, że jest taka szczęśliwa?» – dopytuje się podchodzący Piotr.

«On widzi swą drogę. Wyraźnie, aż do końca... A Ja Moim “tak” uświęcam tę jego wizję » [– odpowiada mu Jezus.]

Zatrzymują się przed wysokim domem, który – o ile się nie mylę – znajduje się od strony przedmieścia Ofel, lecz miejsce jest bogatsze.

«Czy to tu się zatrzymamy?»

«To dom, który Łazarz ofiarował Mi na ucztę radości. Maria już tam jest.»

«Dlaczego nie przyszła z nami? Z obawy przed wyśmianiem?»

«O, nie! Ja jej to nakazałem.»

«Dlaczego, Panie?»

«Bo Świątynia jest bardziej przewrażliwiona niż małżonka spodziewająca się dziecka. Na ile mogę, a nie przez tchórzostwo, nie chcę jej drażnić.»

«To na nic Ci się nie zda, Nauczycielu. Ja, gdybym był Tobą, nie tylko drażniłbym ją, lecz zrzuciłbym ją z góry Moria, ze wszystkimi, którzy są w środku» [– mówi Piotr.]

«Jesteś grzesznikiem, Szymonie. Trzeba się modlić za bliźnich, a nie – zabijać ich.»

«Jestem grzesznikiem. Ty jednak nie... i... powinieneś to uczynić.»

«Będzie ktoś, kto to zrobi. Kiedy miara grzechu się wypełni.»

«Jaka miara?»

«Taka miara, że napełni całą Świątynię i wyleje się na Jerozolimę. Nie możesz pojąć... O, Marto! Otwórz swój dom przed Pielgrzymem!»

Marta ukazuje się i otwiera. Wchodzą wszyscy do długiego atrium, które kończy się wybrukowanym dziedzińcem. W jego czterech rogach rosną cztery drzewa. Przestronna sala znajduje się na piętrze. Przez otwarte okna widać całe miasto z jego wzniesieniami i spadami. Wnioskuję z tego, że dom jest na zboczach południowych lub na południowym wschodzie Jerozolimy.

Salę przygotowano dla wielkiej liczby gości. Wiele stołów ustawiono równolegle do siebie. Sto osób może tu swobodnie się posilić. Przybiega Maria Magdalena. Była gdzie indziej, zajęta wydawaniem żywności. Upada na twarz przed Jezusem. Przychodzi też Łazarz, ze szczęśliwym uśmiechem na schorowanej twarzy. Goście wchodzą powoli: jedni nieco zakłopotani, inni z większą pewnością. Uprzejmość niewiast szybko sprawia, że czują się swobodnie.

Kapłan Jan prowadzi do Jezusa dwóch, których wziął ze sobą ze Świątyni:

«Nauczycielu, to mój dobry przyjaciel Jonatasz i mój młody przyjaciel Zachariasz. To prawdziwi Izraelici, bez złośliwości i bez podstępu.»

«Pokój wam. Jestem szczęśliwy, że mam was przy Sobie. Trzeba zachować obrzęd nawet w tych miłych zwyczajach. To piękne, że dawna Wiara podaje przyjacielską dłoń nowej Wierze, pochodzącej od tego samego pnia. Usiądźcie przy Mnie, w oczekiwaniu na czas posiłku.»

Młody lewita rozgląda się tu i tam, ciekawy, zdziwiony i być może nawet onieśmielony. Sądzę, że chce sprawiać wrażenie swobodnego, lecz w rzeczywistości jest jak ryba pozbawiona wody. Na szczęście Szczepan przychodzi mu na ratunek i przedstawia kolejno apostołów i najważniejszych uczniów. Sędziwy Jonatasz odzywa się. Stary kapłan mówi, gładząc swą śnieżnobiałą brodę:

«Kiedy Jan przybył do mnie, akurat do mnie, swego nauczyciela, żeby mi pokazać swe uzdrowienie, zapragnąłem Cię poznać. Ale, Nauczycielu, nie wychodzę, jeśli tak mogę, powiedzieć z moich murów. Jestem stary... Miałem nadzieję Cię ujrzeć przed śmiercią i Dżeowa mnie wysłuchał. Niech będzie za to uwielbiony! Dziś słuchałem Ciebie w Świątyni. Przewyższasz Hillela – starszego, mędrca. Nie chcę i nie mogę wątpić, że jesteś tym, na którego czeka moje serce. Czy wiesz jednak, co oznacza pić przez blisko osiemdziesiąt lat wiarę Izraela taką, jaką się stała przez wieki... ludzkiego obrabiania? Stała się naszą krwią. A ja jestem taki stary! Słuchać Ciebie to pić wodę tryskającą z orzeźwiającego źródła. O! Tak! Woda świeża! A ja... a ja jestem nasycony wodą zużytą, przychodzącą z tak daleka... wodą, którą tak wiele obciążyło. Co zrobić, żebym się pozbył tego nasycenia i zakosztował Ciebie?»

«Wierzyć we Mnie i kochać Mnie. Sprawiedliwy Jonatasz nie musi robić nic innego.»

«Ale wkrótce umrę! Czy na czas zdążę uwierzyć we wszystko, co mówisz? Nie uda mi się nawet prześledzić wszystkich Twoich słów ani poznać ich z ust bliźniego. A zatem?»

«Dowiesz się o nich w Niebie. Tylko potępiony umiera dla Prawdy, podczas gdy ten, który umiera w łasce Bożej, dochodzi do Życia i żyje [nadal] w Mądrości. Kim, jak sądzisz, Ja jestem?»

«Możesz być jedynie Oczekiwanym, którego poprzedzał syn mojego przyjaciela Zachariasza. Czy go znałeś?»

«Był Moim krewnym.»

«O! Zatem jesteś krewnym Chrzciciela?»

«Tak, kapłanie.»

«On nie żyje... Nie mogę jednak powiedzieć: “Nieszczęsny!” Umarł bowiem jako wierny sprawiedliwości i po wypełnieniu swej misji, i ponieważ... O! Okrutne to czasy, w których żyjemy! Czy nie lepiej wrócić do Abrahama?»

«Tak, ale przyjdzie czas okrutniejszy, kapłanie.»

«Tak mówisz? Rzym, prawda?»

«Nie tylko Rzym. To grzeszny Izrael będzie tego pierwszą przyczyną.»

[por. Łk 13,1n] «To prawda. Bóg nas uderza. Zasługujemy na to. Jednak nawet Rzym... Czy słyszałeś o Galilejczykach zabitych przez Piłata w czasie składania przez nich ofiary? Ich krew zmieszała się z krwią ofiary. Przy samym ołtarzu! Przy ołtarzu!»

«Słyszałem.»

Wszyscy Galilejczycy są wzburzeni tą niesprawiedliwością.

Krzyczą: «To prawda, że chodziło o fałszywego Mesjasza. Po co jednak zabijać jego naśladowców, skoro już jego zabito? I dlaczego w takiej godzinie? Czy oni byli może bardziej grzeszni?»

Jezus nakazuje spokój, potem mówi:

«Zadajecie sobie pytanie: czy oni byli bardziej grzeszni niż tak wielu innych Galilejczyków i czy to dlatego zostali zabici? Nie. Zaprawdę powiadam wam, że oni zapłacili i że wielu innych zapłaci, jeśli wy nie nawrócicie się do Pana. Jeśli wszyscy nie będziecie czynić pokuty, podobnie zginiecie, w Galilei i gdzie indziej. Bóg jest rozgniewany na Swój lud. Ja wam to mówię. Nie należy sądzić, że dotknięci [nieszczęściem] zawsze są gorsi. Niech każdy przebada sam siebie i niech siebie osądzi – siebie, a nie innych. Również tych osiemnastu, na których przewróciła się wieża w Siloe i zabiła ich, nie było największymi grzesznikami w Jerozolimie. Powiadam wam: czyńcie, czyńcie pokutę, jeśli nie chcecie być zmiażdżeni jak oni, także w waszym duchu. Pójdź, kapłanie Izraela. Stół jest gotowy. On do ciebie należy, bo kapłan zawsze jest tym, którego trzeba uczcić dla Idei, jaką reprezentuje i przypomina. Do ciebie należy – patriarcho pośród nas, wszystkich młodszych – ofiarować i pobłogosławić.»

«Nie, Nauczycielu! Nie mogę [tego uczynić] wobec Ciebie! Ty jesteś Synem Boga!»

«Ofiarowujesz przecież kadzidło przed ołtarzem! Czy nie wierzysz, że Bóg tam jest?» [– pyta Jezus.]

«Tak, wierzę w to! Ze wszystkich moich sił!»

«A więc? Jeśli nie lękasz się składać ofiarę przed Najświętszą Chwałą Najwyższego, dlaczego miałbyś się lękać [uczynić to] przed Miłosierdziem, które przyoblekło się w ciało, żeby przynieść także tobie błogosławieństwo Boga, zanim ogarnie cię noc? O! Nie wiecie – wy, Izraelici – że to właśnie po to, żeby człowiek mógł zbliżyć się do Boga i nie umrzeć, Ja nałożyłem zasłonę ciała na Moją Boskość, [której bliskości człowiek] nie może znieść. Pójdź i wierz, i bądź szczęśliwy. W tobie czczę wszystkich świętych kapłanów, od Aarona po ostatniego, który będzie sprawiedliwym kapłanem Izraela, być może – aż do ciebie, gdyż zaprawdę świętość kapłańska traci siły pośród nas, jak roślina pozbawiona opieki.»



Przekład i wyłączne prawa do tekstu: "Vox Domini" Więcej na stronie: O Marii Valtorcie i jej pismach