Ewangelia według
św. Mateusza
Ewangelia według
św. Marka
Ewangelia według
św. Łukasza
Ewangelia według
św. Jana


Maria Valtorta

Księga III - Drugi rok życia publicznego

–   POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA   –

136. PIERWSZE ROZMNOŻENIE CHLEBA

Napisane 7 września 1945. A, 6391-6399

[por. Mt 14,15-21; Mk 6,35-44; Łk 9,12-17, J 6,1-15] To wciąż to samo miejsce. Jedynie słońce nie świeci już od strony wschodniej. [Jego promienie wcześniej] przechodziły przez zarośla, ciągnące się wzdłuż Jordanu w tej okolicy dzikiej, niedaleko miejsca, gdzie wody jeziora wpływają do koryta rzeki. [Teraz światło] też dochodzi, ukośnie, od zachodu, gdyż słońce zachodzi w czerwonej chwale, znacząc niebo ostatnimi promieniami. Gęste listowie bardzo łagodzi światło i [wszystko przybiera] spokojne, wieczorne barwy. Ptaki, upojone słońcem, którym syciły się przez cały dzień, oraz obfitym pożywieniem, znalezionym w sąsiednich wioskach, oddają się swawolom, świergotom i śpiewom na szczytach drzew. Zapada zmierzch. To ostatnie blaski dnia. Apostołowie mówią o tym Jezusowi, który wciąż poucza, opierając się na podsuwanych Mu przykładach.

«Nauczycielu, wieczór się zbliża, a miejsce jest opustoszałe, oddalone od domów i osad, cieniste i wilgotne. Niebawem nie będzie już można ani nic ujrzeć, ani chodzić. Księżyc późno wstaje. Odeślij lud, żeby poszedł do Tarichei oraz do miast nad Jordanem kupić żywność i poszukać schronienia.»

«Nie muszą odchodzić. Dajcie im jeść. Mogą tutaj spać, tak jak spali czekając na Mnie.»

«Zostało nam tylko pięć chlebów i dwie ryby, Nauczycielu, wiesz o tym.»

«Przynieście Mi je» [– poleca im Jezus.]

«Andrzeju, poszukaj chłopca. To on trzyma torbę. Przed chwilą był z synem uczonego w Piśmie i z dwoma innymi. Zajmowali się splataniem koron z kwiatów, bawiąc się w królów.»

Andrzej odchodzi szybko, także Jan i Filip idą szukać Margcjama w tłumie, który stale się przemieszcza. Znajdują go niemal w tym samym czasie. Ma torbę z żywnością, przewieszoną przez ramię. Długi pęd powojnika otacza jego głowę, a drugi – tworzy pas. Zwisa z niego róża zastępująca miecz: gardą jest kwiat, a ostrzem – jej łodyga. [Margcjam] jest w towarzystwie siedmiu podobnie dziwacznie przystrojonych [dzieci]. Tworzą orszak dla syna uczonego. To dziecko bardzo wątłe. Ma poważny wzrok kogoś, kto wiele wycierpiał. Odgrywa rolę króla, bardziej ozdobiony kwiatami niż inni.

«Chodź, Margcjamie, Nauczyciel o ciebie pyta!»

Margcjam porzuca przyjaciół i odchodzi pośpiesznie, nie zdejmując nawet swych... kwiecistych ozdób. Inne [dzieci] podążają za nim i Jezusa szybko otacza wieniec dzieci w kwiatach. Głaszcze je. Filip w tym czasie wyjmuje z torby pakunek z chlebem. W środku są też dwie owinięte wielkie ryby, ważące około dwóch kilogramów. Ta [ilość] nie wystarcza nawet dla siedemnastu osób z grupy Jezusa, czy raczej osiemnastu z Manaenem. Przynoszą to jedzenie Nauczycielowi.

«Dobrze. Teraz przynieście Mi kosze. Siedemnaście... dla każdego. Margcjam da jedzenie dzieciom...»

Jezus patrzy uważnie na uczonego w Piśmie, który pozostawał cały czas przy Nim, i pyta go:

«Chcesz i ty dać jedzenie głodnym?»

«Chciałbym, ale ja też nic nie mam.»

«Rozdaj Moje. Pozwalam ci na to.»

«Ale... masz zamiar nakarmić prawie pięć tysięcy mężczyzn, prócz kobiet i dzieci, tymi dwoma rybami i tymi pięcioma chlebami?»

«Oczywiście. Nie bądź niedowiarkiem. Kto wierzy, ujrzy dokonujący się cud.»

«O! Zatem ja też chcę rozdzielać żywność!»

«Każ więc podać sobie także jeden kosz.»

Apostołowie powracają z koszami i koszykami, szerokimi i płytkimi lub głębokimi i wąskimi. Uczony wraca z koszykiem raczej małym, chociaż – wziąwszy pod uwagę jego brak wiary – to i tak wybrał duży.

«Dobrze. Połóżcie to wszystko tutaj i każcie tłumowi usiąść, zachowując porządek, w regularnych rzędach, jak to tylko możliwe.»

Kiedy to robią, Jezus podnosi chleby i ryby, ofiarowuje je, modli się, błogosławi. Uczony w Piśmie nie spuszcza Jezusa z oczu. Potem Jezus łamie pięć chlebów na osiemnaście części i także obie ryby – na osiemnaście części. Wkłada kawałek ryby, bardzo mały kawałek, do każdego koszyka i dzieli na osiemnaście kęsów chleb. A każdy kawałek chleba dzieli na [jeszcze] mniejsze. Jest ich dość dużo, [może] dwadzieścia, ale nie więcej. Każdy kawałek umieszcza w koszu, po podzieleniu go, razem z rybą.

«A teraz weźcie i rozdajcie, do nasycenia głodu. Idźcie. Idź, Margcjamie, daj jeść twoim towarzyszom.»

«O! Jakie to ciężkie!» – mówi Margcjam podnosząc swój kosz i idzie zaraz ku swoim małym przyjaciołom. Kroczy [z takim trudem], jakby niósł ciężkie brzemię.

Apostołowie, uczniowie, Manaen, uczony patrzą, jak dziecko odchodzi. Nie wiedzą, co o tym myśleć... Potem biorą kosze, potrząsają głowami i mówią do siebie:

«Chłopiec żartuje! To nie jest cięższe niż było wcześniej.»

Uczony zagląda też do środka [kosza] i wkłada rękę, żeby dotknąć jego dna, gdyż nie ma wiele światła tam w [cieniu drzew], gdzie znajduje się Jezus. Dalej zaś, na polanie, jest jeszcze dość jasno. Jednak pomimo tego stwierdzenia, idą ku ludziom i zaczynają rozdzielać. Dają, dają, dają. I od czasu do czasu, z coraz większej odległości, odwracają się zdumieni ku Jezusowi. On zaś – ze skrzyżowanymi ramionami, oparty o drzewo – uśmiecha się lekko widząc ich zaskoczenie.

Rozdzielanie [jedzenia] jest długie i hojne... Jedynym, który nie okazuje zdziwienia, jest Margcjam. Śmieje się, szczęśliwy, że może napełnić ręce tak wielu biednych dzieci chlebem i rybą. On też pierwszy powraca do Jezusa, mówiąc: «Tak dużo dałem, tak dużo, tak dużo!... Bo ja wiem, co to jest głód...»

I podnosi twarz, która nie jest tak wychudła, jak w jego minionym już wspomnieniu. Blednie i otwiera szeroko oczy... Jezus głaszcze go, więc na jego dziecięcą twarz powraca promienny uśmiech. Ufnie tuli się do Jezusa, swego Nauczyciela i Obrońcy.

Powoli wracają apostołowie i uczniowie, oniemiali ze zdziwienia. Ostatni [powraca] uczony w Piśmie, nic nie mówiąc. Jednak wykonuje gest, który jest czymś więcej niż przemową: klęka i całuje frędzel szaty Jezusa.

«Weźcie waszą część i dajcie Mnie nieco. Jedzmy Boży pokarm.»

Jedzą chleb i rybę, każdy do syta... W tym czasie ludzie, nasyceni, dzielą się swoimi uwagami. Ci, którzy są wokół Jezusa, ośmielają się przemówić, spoglądając na Margcjama, który po zjedzeniu ryby bawi się z innymi dziećmi.

«Nauczycielu – pyta uczony w Piśmie – dlaczego chłopiec od razu poczuł ciężar [kosza], a my – nie? Ja nawet sprawdzałem w środku. Było tam wciąż tych kilka kęsów chleba i jeden kawałek ryby. Zacząłem odczuwać ciężar dopiero wtedy, gdy szedłem w kierunku tłumu. Gdyby jednak to miało wagę tego, co rozdałem, trzeba by pary mułów, żeby to przetransportować... nie kosza, lecz całego wozu napełnionego żywnością. Na początku rozdawałem powoli... potem zacząłem rozdzielać, rozdzielać i żeby nie być niesprawiedliwym, powróciłem do pierwszych, rozdzielając raz jeszcze, gdyż pierwszym dałem niewiele. A jednak było tego dosyć.»

«Ja też odczułem, że kosz stawał się coraz cięższy, gdy szedłem naprzód, i zaraz zacząłem rozdzielać wiele, bo zrozumiałem, że dokonałeś cudu» – odzywa się Jan.

«Ja zaś – mówi Manaen – zatrzymałem się i usiadłem. Wysypałem na płaszcz zawartość [kosza] i ujrzałem wiele chlebów... Wtedy poszedłem do nich...»

Bartłomiej mówi:

«Ja nawet je przeliczyłem, żeby głupio nie wyglądać. Było pięćdziesiąt małych chlebów. Powiedziałem do siebie: “Dam je pięćdziesięciu osobom, a potem powrócę.” I liczyłem. Po dojściu do pięćdziesiątej [osoby], ciężar [kosza] był wciąż taki sam. Spojrzałem do środka. Było tego wciąż wiele. Poszedłem naprzód i dawałem setkom [osób]. A zawartość wcale się nie zmniejszała...»

Tomasz wyznaje:

«Ja, przyznaję się, nie wierzyłem w to. Wziąłem do rąk kawałki chleba i ten mały kawałek ryby, spojrzałem i powiedziałem sobie: “Na co to się przyda? Jezus chciał Sobie zażartować!...” I patrzyłem na to, patrzyłem... Ukryłem się za drzewem i miałem nadzieję, że ujrzę, jak się zwiększają. Jednak było tego wciąż tyle samo. Już miałem powrócić, kiedy przechodzący obok Mateusz powiedział do mnie: “Widziałeś, jakie są piękne?” “Co?” – zapytałem. “Ależ chleby i ryby!...” “Szalony jesteś? Ja widzę ciągle te kawałki chleba.” “Idź je rozdzielić z wiarą, a zobaczysz”. Wrzuciłem z powrotem do kosza tych kilka kawałków i poszedłem z niechęcią... A potem... Przebacz mi, Jezu, jestem grzesznikiem!»

[Jezus odpowiada Tomaszowi:] «Nie, ty jesteś duchem świata. Ty rozumujesz, jak ludzie tego świata.»

«A zatem ja też, Panie – mówi Iskariota. – Do tego stopnia, że zamierzałem z kawałkiem chleba dać monetę, myśląc: “Zjedzą gdzie indziej”. Miałem nadzieję pomóc Ci w zachowaniu twarzy. Kim więc ja jestem? Takim jak Tomasz czy kimś więcej?»

«Więcej niż Tomasz: ty jesteś “światem”.»

«A jednak zamierzałem dać jałmużnę, żeby być Niebem! To były moje własne denary...»

«Jałmużna dla siebie i dla własnej pychy, ale nie dla Boga... On tego nie potrzebuje, a jałmużna dla twej pychy to grzech, a nie zasługa.»

Judasz spuszcza głowę i milknie.

«Ja zaś – odzywa się Szymon Zelota – sądziłem, że ten kawałek ryby i kawałki chleba powinienem był podzielić na mniejsze, żeby wystarczyły. Jednak nie wątpiłem, że ich ilość i wartość odżywcza będzie wystarczająca. Kropla wody dana przez Ciebie może być bardziej pożywna niż uczta.»

«A wy, co wy myślicie?» – pyta Piotr kuzynów Jezusa.

«My przypomnieliśmy sobie Kanę... i nie wątpiliśmy» – mówi poważnie Juda.

«A ty, Jakubie, Mój bracie, ty nie myślałeś tylko o tym?» [– dopytuje się Jezus.]

«Nie. Ja myślałem, że to był sakrament. Jak mi o tym mówiłeś... Czy to tak, czy się mylę?»

Jezus uśmiecha się: «I tak, i nie. Do prawdy o mocy odżywczej kropli wody – o czym powiedział Szymon – trzeba dodać twoją myśl o odległym symbolu. Ale to jeszcze nie jest sakrament.»

Uczony zachowuje skórkę w rękach.

«Co z tym zrobisz?»

«[Zachowam]... na pamiątkę.»

«Ja też to zatrzymam. Włożę do woreczka, który Margcjam nosi na szyi» – mówi Piotr.

«Ja zaniosę kawałek naszej matce» – stwierdza Jan.

«A my? Wszystko zjedliśmy...» – mówią inni, strapieni.

«Wstańcie [– odzywa się Jezus. –] Idźcie ponownie z koszami i zbierzcie odpadki. Oddzielcie ludzi najbiedniejszych od innych i przyprowadźcie ich do Mnie tutaj, z koszami. A potem wy, Moi uczniowie, idźcie wszyscy do łodzi i wypłyńcie na głębię, żeby się udać na równinę Genezaret. Odprawię ludzi po zaopatrzeniu najbiedniejszych i potem do was dołączę.»

Uczniowie są posłuszni... i powracają z dwunastoma koszami wypełnionymi resztkami. Za nimi idzie około trzydziestu żebraków lub bardzo wynędzniałych osób.

«Dobrze. Idźcie» [– poleca im Jezus.]

Apostołowie i [uczniowie] Jana żegnają Manaena i odchodzą. Opuszczają Jezusa z żalem, ale są posłuszni. Manaen czeka z pożegnaniem Jezusa, aż tłum, przy ostatnich blaskach dnia, odejdzie w stronę pól poszukać miejsca do spania, pomiędzy wysokim i wysuszonym sitowiem. Potem żegnają się. Przed nim odszedł uczony w Piśmie, nawet jako jeden z pierwszych, gdyż wraz ze swoim synkiem szedł za apostołami.

Kiedy już wszyscy odeszli lub posnęli Jezus wstaje, błogosławi śpiących i powolnym krokiem idzie w kierunku jeziora, ku półwyspowi Tarichei, wzniesionemu o kilka metrów, jakby to był wycinek wzgórza zanurzony w jeziorze. Nie wchodząc do miasta, lecz przechodząc obok niego, wszedł na wzgórze. Zatrzymuje się na skale, żeby się modlić. Ma naprzeciw Siebie lazur [jeziora] i biel księżycowej poświaty w spokojną noc.



Przekład i wyłączne prawa do tekstu: "Vox Domini" Więcej na stronie: O Marii Valtorcie i jej pismach