Ewangelia według
św. Mateusza
Ewangelia według
św. Marka
Ewangelia według
św. Łukasza
Ewangelia według
św. Jana


Maria Valtorta

Księga II - Pierwszy rok życia publicznego

–   POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA    –

62. POWOŁANIE MATEUSZA DO GRONA UCZNIÓW

Napisane 4 lutego 1945. A, 4378-4389

Tego ranka myślę o wrażeniu, jakie wywarła na ojcu przeczytana wczoraj wizja. Był ojciec naprawdę zaskoczony. Powiedziałam o tym Jezusowi, który był przy mnie. On mi odpowiedział: «Dlatego właśnie to daję. Nie możesz sobie wyobrazić, z jaką radością czynię się światłem dla Moich prawdziwych przyjaciół. Daję w ten sposób Siebie Memu Romualdowi, by go ucieszyć, z miłości, aby mu pomóc i dlatego, że go widzę. Nie miałem tajemnic przed Janem. Nie mam ich dla Janów. Powiedz staremu Janowi, że daję mu wielki pokój i dobry połów. Dla ciebie nie ma połowu. Dla ciebie – jedynie niewieścia praca, polegająca na przeplataniu oczek sieci nitką, którą ci daję. Pracuj, pracuj... Nie troszcz się o to, że nie masz czasu na nic więcej. W tej pracy jest wszystko. Nie czuj się przygnębiona, gdy nie przychodzę, by ci powiedzieć: “Pokój z tobą”. Pozdrowień używa się wtedy, gdy przychodzi się i odchodzi. Nie ma powitań, gdy jest się zawsze obecnym. Stała obecność już jest pokojem – Moje towarzystwo. Nie posiadasz Mnie jako gościa. Naprawdę jesteś w Moich ramionach i ani na chwilę cię nie opuszczam. Chcę ci tyle opowiedzieć o Mojej śmiertelnej egzystencji! Popatrz, dziś sprawiam ci przyjemność mówiąc: “Mój pokój niech będzie z tobą”.» Prawie zaraz po tym widzę, co następuje:

To ciągle plac targowy w Kafarnaum. Jednak jest to w godzinie cieplejszej, kiedy targ już się zakończył i na placu znajdują się jedynie próżnujący, którzy rozmawiają, i bawiące się dzieci. Jezus, pośrodku Swej grupy, dochodzi do placu od strony jeziora. Głaszcze dzieci biegnące Mu na spotkanie i słucha z zainteresowaniem ich zwierzeń. Mała dziewczynka pokazuje wielkie krwawiące zadrapanie na czole i skarży się na brata, który to uczynił.

«Dlaczego zrobiłeś krzywdę siostrze? To nieładnie.»

«Nie zrobiłem tego specjalnie. Chciałem zerwać figi i wziąłem kij. Był zbyt ciężki i spadł na nią... Zrywałem je dla niej.»

«Czy to prawda, Joanno?»

«To prawda...»

«Widzisz więc, że twój brat nie chciał uczynić ci krzywdy. Chciał ci nawet sprawić radość. Zatem teraz szybko się pogódźcie i pocałujcie. Dobre rodzeństwo, a nawet dobrzy koledzy nie powinni nigdy chować urazy. No, już...»

Dzieci całują się ze łzami. Płaczą obydwoje. Jedno z powodu bolesnego zadrapania, drugie – z powodu cierpienia, że zadało ból. Jezus uśmiecha się widząc zalany łzami pocałunek.

«O, tak! Teraz, ponieważ jesteście dobrzy, Ja pozrywam wam figi, bez kija» [– mówi Jezus.]

Wierzę, że to uczyni! Jest tak wysoki, że długimi ramionami dosięgnie je bez trudu. Zrywa i rozdziela. Biegnie jakaś niewiasta:

«Weź, weź, Nauczycielu. Przyniosę Ci jeszcze chleba.»

«Nie, nie. To nie dla Mnie. To dla Joanny i Tobiasza. Mieli na nie ochotę.»

«I przeszkadzaliście z tego powodu Nauczycielowi? O! Jacy jesteście natrętni! Wybacz, Panie.»

«Niewiasto, zrobiłem to dla zawarcia pokoju... a uczyniłem to samym powodem wojny: figami. Dzieci nie były natrętne. Słodkie figi są dla nich radością, a dla Mnie, Moją radością są ich słodkie, niewinne dusze. One odbierają Mi tyle goryczy...»

«Nauczycielu... to możni Cię nie lubią, ale, my, prości, bardzo Cię kochamy. Ich jest tylko kilku, a nas – tak wielu!»

«Wiem, niewiasto. Dziękuję ci za pociechę. Pokój niech będzie z tobą. Żegnaj, Joanno! Żegnaj, Tobiaszu! Bądźcie grzeczni, nie czyńcie sobie nic złego i nie pragnijcie zła. Dobrze?»

«Tak, tak, Jezu» – odpowiadają malcy.

Jezus udaje się w dalszą drogę i mówi z uśmiechem:

«Teraz gdy dzięki figom wszystko się wyjaśniło, chodźmy do... Dokąd pójdziemy, jak myślicie?»

Apostołowie nie wiedzą. Jeden wymienia to miejsce, inny – tamto. Jezus wciąż potrząsa głową i śmieje się. Piotr mówi:

«Poddaję się, chyba że mi powiesz... Mam dziś czarne myśli. Ty tego nie widziałeś... ale, gdy przybiliśmy do brzegu, stał tam Eliasz, faryzeusz, bardziej żółty niż zwykle, i patrzył na nas z taką miną!»

«Pozwól mu patrzeć!»

«A cóż mi pozostaje! Jednak zapewniam Cię, Nauczycielu, że aby z nim zawrzeć pokój, trzeba by więcej niż dwóch fig!»

«[Wiesz], co powiedziałem mamie Tobiasza? “Prowadzę do pokoju, posługując się powodem wojny”. Tak więc będę usiłował doprowadzić do pokoju, okazując im szacunek, bo według nich, Ja ich obrażam – ich, osobistości z Kafarnaum. Dzięki temu też ktoś inny będzie zadowolony.»

«Kto?»

Jezus nie odpowiada na pytanie i mówi dalej:

«Prawdopodobnie nie uda Mi się, bo im brak pragnienia zawarcia pokoju. Jednak posłuchajcie. Byłoby to lepsze i bardziej święte, gdyby we wszystkich sporach osoba rozsądniejsza umiała ustąpić i nie upierała się, że ma rację, gdyby okazywała chęć pojednania, dzieląc się po połowie przedmiotem sporu, choćby mogła się słusznie sprzeciwiać. Nie zawsze jest tak, że ktoś szkodzi, bo powziął taką decyzję. Czasem działa się źle nie chcąc tego. Zawsze o tym myślcie i przebaczajcie. Eliasz i inni sądzą, że swoim działaniem sprawiedliwie służą Bogu. Będę szukał – cierpliwie, wytrwale, z wielką pokorą i dobrą wolą – sposobu przekonania ich, że nadszedł nowy czas i że Bóg teraz chce, aby Mu służono zgodnie z Moim nauczaniem. Przemyślnością apostoła jest jego dobra wola, jego bronią – stałość, tajemnicą powodzenia – przykład i modlitwa za tych, których trzeba nawrócić.»

 

[por. Mt 9,9n; Mk 2,13n; Łk 5,29n]

Przybyli na plac. Jezus idzie prosto do stołu, przy którym Mateusz właśnie dokonuje obliczeń i sprawdza monety. Układa je według rodzaju, wkłada do różnych woreczków o odmiennych kolorach i umieszcza w żelaznym kufrze. Dwaj słudzy czekają obok, aby gdzieś ten kufer zanieść. Ledwie cień rzucony przez wysoką postać Jezusa kładzie się na ladzie, Mateusz podnosi głowę, by zobaczyć kto przychodzi zapłacić z opóźnieniem. Piotr, ciągnąc Jezusa za rękaw, mówi: «Nie mamy nic do zapłacenia, Nauczycielu. Co robisz?»

Jednak Jezus nie zwraca na niego uwagi. Patrzy uważnie na Mateusza, który natychmiast podnosi się z szacunkiem. Nauczyciel rzuca drugie przenikliwe spojrzenie. Jednak nie jest to jak niegdyś spojrzenie surowego sędziego. To spojrzenie przywołujące, pełne uczucia. Ogarnia Mateusza, przenika miłością. Ten czerwieni się. Nie wie, co robić ani co powiedzieć...

«Mateuszu, synu Alfeusza, wybiła godzina. Chodź, pójdź za Mną!» – oświadcza mu Jezus z dostojeństwem.

«Ja? Nauczycielu, Panie! Ale czy Ty wiesz, kim ja jestem? Mówię to ze względu na Ciebie, nie na siebie...»

«Chodź, pójdź za Mną, Mateuszu, synu Alfeusza» – powtarza Jezus łagodniej.

«O! Jakże mogłem znaleźć łaskę u Boga? Ja... Ja...»

«Mateuszu, synu Alfeusza, czytałem w twoim sercu. Chodź, pójdź za Mną.» Trzecia zachęta [Jezusa] jest jak pieszczota.

«O! Natychmiast, mój Panie!» – Mateusz z płaczem wychodzi zza stołu, nie zajmując się już ani układaniem porozrzucanych monet, ani domknięciem kufra. Niczym.

[por. Mt 9,10n; Mk 2,15n; Łk 5,29n] «Dokąd idziemy, Panie? – pyta [Mateusz], kiedy jest już blisko Jezusa. – Dokąd mnie prowadzisz, Panie?»

«Do twego domu. Zechcesz udzielić gościny Synowi Człowieczemu?»

«O!... Jednak... co powiedzą ci, którzy Ciebie nienawidzą?»

«Ja słucham tego, co mówi się w Niebie, a tam mówią: “Chwała niech będzie Bogu za grzesznika, który się zbawia!” Ojciec mówi: “Na wieki wzniesie się w Niebiosach Miłosierdzie i wyleje się na ziemię! Ponieważ kocham cię miłością wieczną, miłością doskonałą, dlatego i tobie okazuję miłosierdzie”. Chodź. I niech przez Moje wejście oprócz twego serca także twój dom zostanie uświęcony.»

«Już go oczyściłem nadzieją, jaką miałem w duszy... Jednak mój duch nie mógł przyjąć, że była prawdziwa... O! Ja z Twoimi świętymi...»

Mateusz spogląda na uczniów.

«Tak, z Moimi przyjaciółmi. Chodźcie. Jednoczę was i bądźcie braćmi.»

Uczniowie są tak zaskoczeni, że jeszcze nie wiedzą, co mają powiedzieć. Idą w grupie za Jezusem i Mateuszem po nasłonecznionym placu, teraz zupełnie opustoszałym, drogą, którą rozpala oślepiające słońce. Nie ma nikogo na ulicach. Tylko słońce i kurz.

Wchodzą do domu. To piękny dom z przestronnym wejściem od strony drogi. Ładny dziedziniec zacieniony i przynoszący ochłodę. Widzę na nim wielką przestrzeń zagospodarowaną jako ogród.

«Wejdź, mój Nauczycielu! Przynieście wody i napoje.»

Słudzy biegną z wszystkim, co potrzebne. Mateusz wychodzi wydać polecenia. Tymczasem Jezus i Jego [uczniowie] odświeżają się. Potem powraca.

«Chodź teraz, Nauczycielu. Sala jest chłodniejsza... Przyjdą przyjaciele... O! Chcę, aby to było wielkie święto! To moje odrodzenie... To moje... obrzezanie, prawdziwe tym razem... Obrzezałeś mi serce Swą miłością... Nauczycielu, to będzie ostatnia uroczystość... Teraz już nie będzie świąt dla celnika Mateusza. Nie będzie już uroczystości tego świata... Jedynie wewnętrzne święto z odkupienia i służenia Tobie... bycia kochanym przez Ciebie... Jak wiele płakałem... Jak wiele, w tych ostatnich miesiącach... Już od prawie trzech miesięcy płaczę... Nie wiedziałem, co zrobić... Chciałem przyjść... jednak jakże przyjść do Ciebie, Świętego, z moją splamioną duszą?...»

«Obmyłeś ją przez skruchę oraz miłość do Mnie i do bliźniego. Piotrze, chodź tutaj.»

Piotr, który jeszcze nie przemówił, tak bardzo jest osłupiały, podchodzi. Dwaj mężowie – obydwaj starsi, niscy, krępi – stają naprzeciw siebie. Pomiędzy nimi – Jezus, uśmiechnięty i piękny.

«Piotrze, pytałeś Mnie wiele razy, kim jest ten nieznajomy, który dawał nam sakiewkę przez [małego] Jakuba. Oto on. Stoi przed tobą.»

«Kto? Ten złodz... O, przepraszam, Mateuszu! Ale kto mógłby pomyśleć, że to byłeś ty! Naprawdę doprowadzałeś nas lichwą do rozpaczy. Któż by pomyślał, że byłbyś zdolny wyrwać sobie co tydzień kawałek serca, dając tak bogatą jałmużnę?»

«Wiem. Nakładałem na was niesprawiedliwe podatki. Ale oto klękam przed wami wszystkimi i mówię wam: nie wypędzajcie mnie. On mnie przyjął. Nie bądźcie bardziej surowi niż On.»

Piotr – mając Mateusza u stóp – z wielkim uczuciem podrywa go jednym szarpnięciem:

«Wstawaj! Wstawaj! Nie przede mną ani przed innymi. To jedynie Jego trzeba prosić o przebaczenie. My... tak, my wszyscy jesteśmy bardziej lub mniej złodziejami jak ty... O! Powiedziałem to! Przeklęty język! Ale taki jestem. Co myślę, to mówię. Co mam w sercu, to i na języku. Chodź, zawrzyjmy pakt pokoju i miłości.»

[Piotr] całuje Mateusza w policzki. Inni robią to także, z mniejszą lub większą serdecznością. Mówię to, bo Andrzeja powstrzymuje nieśmiałość, zaś Judasz Iskariota jest lodowaty. Można by powiedzieć, że całuje stos węży, tak bardzo jego uścisk jest obojętny i szybki. Mateusz wychodzi, słysząc hałas.

«Jednak, Nauczycielu – odzywa się Judasz Iskariota – wydaje mi się, że to nie jest rozsądne. Już i tak faryzeusze Cię oskarżają, a Ty... Celnik pomiędzy Twoimi [uczniami]! Celnik po prostytutce!... Czy postanowiłeś doprowadzić Siebie do ruiny? Jeśli tak, to powiedz, bo...»

«...bierzemy nogi za pas, prawda?» – kończy Piotr ironicznie.

«A do ciebie kto mówi?» [– pyta Judasz]

«Wiem dobrze, że nie mówisz do mnie, jednak ja zwracam się do twojej pani duszy, do twojej najczystszej duszy, do twojej najmądrzejszej duszy. Ja wiem, że ty, członek Świątyni, czujesz odór grzechów w nas, ubogich, którzy nie jesteśmy ze Świątyni. Wiem dobrze, że ty, żyd doskonały, mieszanka faryzeusza, saduceusza i herodianina, w połowie uczonego w Piśmie i w szczypcie Esseńczyka – czy chcesz jeszcze innych znakomitych nazw? – nie czujesz się swobodnie pomiędzy nami, jak wspaniała aloza złapana w sieć wypełnioną kiełbiami. Cóż jednak chcesz zrobić? On nas złapał i my... pozostajemy. Jeśli się źle czujesz... odejdź! Wszyscy odetchniemy z ulgą. Nawet On. Widzisz, On jest rozgniewany przeze mnie i przez ciebie. Przeze mnie, bo brak mi cierpliwości i także... tak, też miłości. Ale przez ciebie też, bo ty nic nie rozumiesz. Mimo całej otoczki znaczących tytułów, nie masz ani miłości, ani pokory, ani szacunku. Nic nie masz, chłopcze. Jedynie wielki dym, a Bóg czuwa, aby nie był szkodliwy.»

Jezus pozwolił Piotrowi mówić. Stał jednak surowy, ze skrzyżowanymi ramionami, ze ściśniętymi wargami i oczyma... groźnymi. Na koniec powiedział:

«Wszystko powiedziałeś, Piotrze? Czy uwolniłeś serce od całego kwasu, jaki zawierało? Dobrze byś uczynił. Dziś jest Święto Przaśników dla jednego syna Abrahama. Powołanie przez Chrystusa jest jak krew baranka na wasze dusze i tam, gdzie ono przychodzi, nie wejdzie już grzech. On nie wejdzie, jeśli ten, kto je otrzymuje, jest mu wierny. Moje powołanie jest uwolnieniem i trzeba je świętować bez jakiegokolwiek kwasu.»

Dla Judasza – ani słowa. Piotr milknie, udręczony.

«Powraca nasz gospodarz – mówi Jezus. – Jest z przyjaciółmi. Nie okazujmy im niczego innego jak tylko cnotę. Jeśli ktoś nie jest do tego zdolny, niech wyjdzie. Nie bądźcie podobni do faryzeuszy przygniatających ludzi nakazami, których jako pierwsi nie stosują.»

Mateusz wchodzi z innymi mężczyznami i rozpoczyna się posiłek. Jezus jest na centralnym miejscu, pomiędzy Piotrem i Mateuszem. Mówią na różne tematy. Jezus cierpliwie wyjaśnia Tycjuszowi i Kajuszowi to, o co Go pytają. Skarżą się też na gardzących nimi faryzeuszy.

«Zatem przyjdźcie do Tego, który wami nie gardzi, a potem postępujcie tak, aby przynajmniej dobrzy wami nie gardzili» – odpowiada Jezus.

«Ty jesteś dobry. Jednak jesteś jeden!»

«Nie, oni są jak Ja i jeszcze... Bóg Ojciec kocha tego, kto się nawraca i chce się stać Jego przyjacielem. Gdyby komuś wszystkiego zabrakło z wyjątkiem Ojca, czyż radość tego człowieka nie byłaby pełna?»

Jest już deser, kiedy sługa daje znak panu domu. Mówi coś do niego. [Mateusz zwraca się do Jezusa:]

«Nauczycielu, Eliasz, Szymon i Joachim pytają, czy mogą wejść z Tobą porozmawiać. Czy chcesz się z nimi zobaczyć?»

«Oczywiście.»

«Ale... moi przyjaciele są celnikami» [– zauważa Mateusz.]

«Dlatego właśnie tamci przyszli. Niech zobaczą. Na nic się nie zda udawanie. To nie służyłoby dobru. Złośliwość wyolbrzymiłaby wszystko i zaczęto by mówić, że są tu nierządnice. Niech więc wejdą.»

Wchodzi trzech faryzeuszów. Rozglądają się wokół siebie ze złośliwym śmiechem i zamierzają się odezwać. Jednak Jezus, który wstał i wyszedł im na spotkanie, uprzedza ich. Kładzie rękę na ramieniu Mateusza i mówi:

«O, prawdziwi synowie Izraela, pozdrawiam was i dzielę się z wami wielką nowiną. Z pewnością napełni ona radością wasze serca doskonałych Izraelitów, tęskniących za tym, by wszystkie serca zachowywały Prawo i oddawały chwałę Bogu. Oto Mateusz, syn Alfeusza, nie jest już od dziś grzesznikiem, zgorszeniem dla Kafarnaum. Parszywa owieczka z Izraela została uzdrowiona. Cieszcie się! Po niej inne grzeszne owce staną się na nowo święte i wasze miasto, o którego świętość tak się troszczycie, będzie przez świętość miłe Panu. On wszystko pozostawia, by służyć Bogu. Dajcie pocałunek pokoju zagubionemu Izraelicie, który powraca na łono Abrahama.»

«I powraca na nie z celnikami? W czasie radosnej uczty? O! Naprawdę to korzystne nawrócenie! Popatrz, patrz tam, Eliaszu, to Jozjasz, stręczyciel.»

«A tamten to Szymon, syn Izaaka, cudzołożnik.»

«A ten? To Azariasz, właściciel speluny, do której Rzymianie i żydzi chodzą grać, kłócić się, upijać i oddawać rozpuście.»

«Ale, Nauczycielu, czy Ty przynajmniej wiesz, kim są ci ludzie? Wiedziałeś o tym?»

«Wiedziałem.»

«A wy z Kafarnaum, wy – uczniowie, dlaczego pozwoliliście na coś takiego? Zaskakujesz mnie, Szymonie, synu Jony!»

«A ty, Filipie, dobrze tu znany, i ty, Natanaelu! Jestem bardzo zaskoczony! Ty, prawdziwy Izraelita! Jakże mogłeś znieść to, że twój Nauczyciel je z celnikami i grzesznikami?»

«Czyż więc nie ma już wstydu w Izraelu?»

Trzej [faryzeusze] są całkowicie zgorszeni. Jezus mówi:

«Pozostawcie w spokoju Moich uczniów. Ja tego chciałem, Ja sam.»

«O, tak! Rozumiemy to. Gdy chce się udawać świętego, lecz nim się nie jest, szybko wpada się w niewybaczalne błędy!»

«A kiedy przyzwyczaja się uczniów do nieokazywania szacunku, wtedy można być jedynie człowiekiem, który nie szanuje Prawa. Jeszcze pali mnie wybuch szyderczego śmiechu tego tu, Judejczyka ze Świątyni, wobec mnie – faryzeusza Eliasza! Uczymy tego, co wiemy.»

«Mylisz się, Eliaszu. Wszyscy się mylicie. Uczymy tego, co wiemy – to prawda. A Ja, który znam Prawo, uczę go tych, którzy go nie znają, a więc: grzeszników. Wy... wiem dobrze, że jesteście już panami swoich dusz. Grzesznicy nimi nie są. Ja szukam ich dusz, oddaję im je, aby oni sami przynieśli je do Mnie, takie jakie są: chore, zranione, brudne, abym je opatrzył i oczyścił. Po to przyszedłem. To grzesznicy potrzebują Zbawiciela, a Ja przychodzę ich zbawić. Zrozumcie Mnie... i nie żywcie do Mnie bezpodstawnej nienawiści.»

Jezus jest łagodny, przekonywujący, pokorny... ale trzej są jak trzy osty najeżone kolcami... Wychodzą z minami [wyrażającymi] obrzydzenie.

«Poszli... Teraz będą nas wszędzie krytykować» – mruczy Judasz Iskariota.

«Niech tak robią! Ty działaj tylko tak, aby Ojciec nie musiał ciebie krytykować. Nie dręcz się, Mateuszu, ani wy, jego przyjaciele. Sumienie mówi nam: “Nie czynicie zła”. To wystarczy.» – Jezus siada na Swoim miejscu.



Przekład i wyłączne prawa do tekstu: "Vox Domini" Więcej na stronie: O Marii Valtorcie i jej pismach