Ewangelia według
św. Mateusza
Ewangelia według
św. Marka
Ewangelia według
św. Łukasza
Ewangelia według
św. Jana


Maria Valtorta

Księga II - Pierwszy rok życia publicznego

–   POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA   –

19. JUDA, SYN ALFEUSZA, ORAZ TOMASZ I SZYMON PRZYJĘCI [DO GRONA UCZNIÓW] NAD BRZEGIEM JORDANU

Napisane 28 października 1944. A, 3882-3893

Zaiste piękne jesteście, brzegi Jordanu, takie jakie byłyście w czasach Jezusa! Patrzę na was i rozkoszuję się dostojnym pokojem waszych zielonolazurowych fal. Szmer wód i świeżość listowia wyśpiewuje jakby słodką melodię.

Znajduję się na drodze szerokiej i dobrze utrzymanej. To chyba wielki trakt komunikacyjny lub raczej droga wojskowa, którą Rzymianie otwarli, aby połączyć różne regiony ze stolicą. [Droga] biegnie przy rzece, lecz nie całkiem wzdłuż jej brzegu. Oddziela ją od niej pas drzew, który – jak sądzę – ma służyć do umocnienia brzegów i powstrzymania wód w okresach przyboru. Na drugim brzegu rzeki także widać drzewa. Droga wydaje się więc naturalną galerią, ponad którą splatają się bujne gałęzie. Daje to wspaniałe wytchnienie podróżującym przez ten nasłoneczniony kraj.

Rzeka – a w konsekwencji i droga – tworzy słabo wygięty łuk w miejscu, w którym się znajduję. Widzę więc koniec skarpy pokrytej listowiem, tworzącym jakby mur zieleni, otaczający zbiornik spokojnych wód. Można by powiedzieć, że jest to jezioro w arystokratycznym parku. Woda nie jest jednak nieruchomą taflą jeziora: choć wolno – jednak płynie. Dowodzi tego szmer wody – napotykającej pierwsze trzciny, najśmielsze, wyrosłe na samym dole, przy brzegu – i długie falujące wstęgi liści pływających po powierzchni wody. Prąd je porusza. Jest też grupa wierzb płaczących. Pozwalają końcom swych zielonych włosów opadać do rzeki. Wydaje się, iż [rzeka] czesze je, pieszcząc z wdziękiem i pociągając łagodnie z nurtem.

O tej rannej porze [panuje] cisza i spokój: jedynie śpiewy i nawoływania ptactwa, szmer wody o liście i pękanie kropel rosy na zielonej i długiej trawie, rosnącej pomiędzy drzewami. Słońce ani jej nie wysuszyło, ani nie wywołało zżółknięcia: jest miękka i całkiem świeża. Zrodziła się po pierwszych wiosennych deszczach, które odżywiły ziemię – aż do największych głębin – świeżością i użyźniającymi składnikami.

Trzech wędrowców zatrzymuje się przy tym zakręcie drogi, dokładnie na samym łuku. Patrzą w górę i w dół, na południe, ku Jerozolimie, i na północ – ku Samarii. Wyglądają spomiędzy pni drzew, aby zobaczyć, czy nie nadchodzi ktoś, na kogo czekają. To Tomasz, Juda i mąż uzdrowiony z trądu. Rozmawiają.

«Nic nie widzisz?»

«Ja? Nie!»

«Ani ja.»

«A jednak to jest umówione miejsce.»

«Czy jesteś pewien?»

«Tak, Szymonie. Jeden z sześciu powiedział mi – gdy Nauczyciel odchodził pośród radosnych okrzyków tłumu, po cudzie uzdrowienia sparaliżowanego żebraka przy Bramie Rybnej – “Teraz odchodzimy z Jerozolimy. Zaczekajmy na siebie w odległości pięciu mil od Jerycha i Dok, przy łuku rzeki, na drodze.” Tej tutaj. Powiedział też: “Będziemy tam na trzeci dzień, o wschodzie słońca.” To jest trzeci dzień i czwarta noc spędzona na czuwaniu zastała nas tutaj.»

«Czy On przyjdzie? Być może lepiej było iść za Nim od Jerozolimy?» [– zastanawia się Szymon]

«Ty, Szymonie, nie mogłeś jeszcze chodzić pomiędzy tłumem» [– mówi mu Tomasz.]

«Jeśli mój stryjeczny Brat powiedział, że mamy tu przyjść, to przyjdzie. On zawsze dotrzymuje obietnic. Nam pozostaje jedynie czekać» [– stwierdza Juda.]

«Czy zawsze byłeś z Nim?»

«Zawsze. Odkąd powrócił do Nazaretu. Zawsze był dla mnie dobrym towarzyszem. Zawsze razem. Jesteśmy w tym samym wieku, ja jestem [tylko] trochę starszy. Poza tym byłem ulubieńcem jego ojca, brata mojego ojca. Jego Matka też bardzo mnie kochała. Wzrastałem bardziej z Nią niż z moją własną matką.»

«Kochała cię... Czy już teraz nie kocha cię tak samo?»

«O, tak! Tylko [rodzina] trochę się poróżniła od chwili, gdy On uczynił Siebie prorokiem. To nie sprawiło radości krewnym...»

«Jakim krewnym?»

«Mojemu ojcu i dwóm najstarszym braciom. Trzeci waha się... Mój ojciec jest bardzo stary, nie chciałem go zasmucić. Jednak teraz... teraz już tak nie jest. Teraz idę tam, dokąd przyciągany jest mój duch i serce. Idę do Jezusa. Nie sądzę, abym przekraczał Prawo tak postępując. Bo... gdyby nie było słuszne to, co chcę uczynić, Jezus by mi to powiedział, a ja uczyniłbym to, co On by mi wskazał. Czy ojciec ma prawo przeciwstawiać się synowi, który szuka dobra? Jeśli mam świadomość, że tam jest moje zbawienie, dlaczego ktoś przeszkadza mi iść w tym kierunku? Dlaczego ojcowie stają się dla nas wtedy wrogami?»

Szymon wzdycha, jakby przyszły mu na myśl smutne wspomnienia. Spuszcza głowę, lecz nic nie mówi. Za to Tomasz się odzywa:

«Ja już pokonałem tę przeszkodę. Mój ojciec wysłuchał mnie i zrozumiał. Pobłogosławił mnie, mówiąc: “Idź! Niech ta Pascha będzie dla ciebie uwolnieniem z niewoli oczekiwania. Szczęśliwy jesteś, bo potrafisz uwierzyć. Co do mnie, czekam. Lecz jeśli to rzeczywiście ‘On’ i jeśli to stwierdzisz, idąc za Nim, przyjdź do starego ojca i powiedz mu: “Chodź! Izrael ma Oczekiwanego!”»

«Masz więcej szczęścia ode mnie! I pomyśleć, iż żyliśmy u Jego boku!... I nie wierzymy, my, którzy jesteśmy z Jego rodziny!... I mówimy czy raczej oni mówią: “Oszalał!”»

«[Zbliża się] grupa ludzi – woła Szymon. – To On, to On! Poznaję Go po jasnych włosach. O, chodźcie! Biegnijmy!»

Idą szybko w kierunku południowym. Kiedy docierają do szczytu łuku, drzewa skrywają dalszą część drogi i dwie grupy stają naprzeciw siebie w chwili najmniej spodziewanej. Można by powiedzieć, że Jezus jakby wychodził z rzeki, bo znajduje się pomiędzy drzewami [rosnącymi na brzegu].

«Nauczycielu!»

«Jezu!»

«Panie!»

Trzy głosy – ucznia, kuzyna i cudownie uzdrowionego – rozbrzmiewają, wyrażając uwielbienie i radość.

«Pokój wam!»

Oto piękny, niezrównany głos: pełny, dźwięczny, spokojny, wyrazisty, czysty, mocny, łagodny i przenikliwy.

«Ty także [tu jesteś], Judo, Mój stryjeczny bracie?»

Obejmują się. Juda płacze.

«Dlaczego te łzy?»

«O, Jezu! Chcę pozostać z Tobą.»

«Cały czas na ciebie czekałem. Dlaczego nie przyszedłeś?»

Juda spuszcza głowę i milknie.

«Oni nie chcieli!»

«A teraz?»

«Jezu, ja... ja nie mogę być im posłuszny. Chcę jedynie Ciebie słuchać.»

«Ja jednak nie dałem ci nakazu.»

«Nie, Ty nie. Jednak Twoja misja nakazuje. Ten, który Ciebie posyła, przemawia w głębi mego serca i mówi do mnie: “Idź do Niego”. Ta, która Ciebie zrodziła i która była dla mnie pełną czułości nauczycielką, mówi do mnie przenikliwym spojrzeniem, bez słów: “Bądź Jezusowy.” Czyż mogę nie zważać na ten głos z Wysoka, przenikający mi serce? Na tę prośbę Świętej, która z pewnością błaga mnie dla mojego dobra? Skoro jestem – przez Józefa – Twym stryjecznym bratem i skoro Chrzciciel rozpoznał Ciebie, to czyż nie powinienem Cię znać, [wiedzieć,] kim jesteś? Chrzciciel, który nigdy Cię nie widział, [rozpoznał Cię] tu, nad brzegami tej rzeki, i pozdrowił Cię [słowami]: “Baranek Boży”. A ja, czyż mam być do niczego niezdolny? Przecież rosłem razem z Tobą i stałem się dobrym naśladując Ciebie; stałem się synem Prawa dzięki Twojej Matce, która we mnie wpoiła nie tylko 613 rabińskich przepisów, lecz również Pisma i modlitwy, a przede wszystkim ich ducha.”

«A twój ojciec?»

«Mój ojciec? Nie brakuje mu ani chleba, ani opieki... A poza tym Ty dałeś mi przykład. Pomyślałeś raczej o dobru całego ludu niż o indywidualnym dobru Maryi. Ona jest sama. Powiedz mi, Ty, mój Nauczycielu, czy wolno – nie uchybiając należnej ojcu czci – powiedzieć mu: “Ojcze, kocham cię, lecz ponad tobą jest Bóg i ja idę za Nim”?»

«Judo, krewny i przyjacielu, powiadam ci: daleko postąpiłeś na drodze Światłości. Chodź. Można tak powiedzieć ojcu, jeśli tym, który wzywa, jest Bóg. Nie ma nic ponad Boga. Znikają nawet prawa krwi lub raczej – wysubtelniają się, bo naszymi łzami dajemy naszym krewnym, naszym matkom większą pomoc i to na wieczność, wobec której nie liczy się czas tego świata. Pociągamy ich ze sobą ku Niebu i tą samą drogą – poświęcenia uczuć – ku Bogu. Pozostań więc, Judo. Oczekiwałem ciebie i jestem szczęśliwy, że mam cię na nowo, przyjacielu Mego życia w Nazarecie.»

Juda jest głęboko wzruszony.

Jezus zwraca się do Tomasza: «Okazałeś wierne posłuszeństwo. To pierwsza cnota ucznia.»

«Przyszedłem, by być Ci wierny.»

«I będziesz. Ja ci to mówię. Pójdź, ty, który pozostajesz zawstydzony w cieniu. Nie lękaj się.»

«Mój Panie!» – dawny trędowaty jest u stóp Jezusa.

«Wstań. Jak ci na imię?»

«Szymon.»

«Twoja rodzina?...»

 

«Panie... była potężna... Ja także byłem poważany... Jednak niechęć sekt i... błędy młodości zaszkodziły jej potędze. Mój ojciec... O! Muszę przemówić przeciw niemu, bo kosztował mnie wiele łez, które nie pociągały ku Niebu! Widzisz, widziałeś, jakim prezentem mnie uraczył!»

«Czy był trędowaty?»

«Nie trędowaty, podobnie jak i ja [nim nie byłem], lecz dotknięty chorobą, która inną nosi nazwę, a my w Izraelu zaliczamy ją do rodzaju trądu. On... gdy jego dom był jeszcze potężny, żył i umarł poważany w swoim domu. Ja... gdybyś Ty mnie nie ocalił, umarłbym pośród grobów.»

«Czy jesteś sam?»

«Sam. Mam jednego wiernego sługę, który troszczy się o to, co mi jeszcze pozostało. Dałem mu znać.»

«A twoja matka?»

«Nie żyje...» – Szymon wygląda na skrępowanego.

Jezus patrzy na niego uważnie.

«Szymonie, zadałeś Mi pytanie: “Co mogę uczynić dla Ciebie?”, zatem odpowiadam ci: “Chodź za Mną!”»

«Natychmiast! Panie!... Jednak pozwól mi jeszcze coś Ci powiedzieć. Nazywano mnie “Zelotą” z powodu grupy, do której należałem, i “Kananejczykiem” – z powodu mojej matki. To widać. Pochodzę z niższych sfer. Mam w sobie krew niewolniczą. Ojciec mój nie posiadał syna z prawnej żony: jestem synem jednej z niewolnic. Jego małżonka, dzielna niewiasta, wychowała mnie jak syna i – pośród moich licznych chorób – otaczała mnie opieką aż do śmierci...» [– mówi Szymon]

«Nie ma w oczach Boga ani niewolników, ani wyzwolonych. W Jego oczach jest tylko jeden rodzaj niewolnictwa: grzech, a Ja przyszedłem, by go usunąć. Wszystkich was wzywam, bo królestwo należy do wszystkich. Czy jesteś wykształcony?»

«Tak. Miałem również miejsce pomiędzy wielkimi, jak długo chorobę skrywało odzienie. Kiedy jednak ukazała się ich oczom... Moi wrogowie byli szczęśliwi, mogąc mnie usunąć, umieścić między “umarłymi”. W rzeczywistości – jak powiedział rzymski lekarz, z którym się konsultowałem – moja choroba nie była prawdziwym trądem, lecz chorobą odziedziczoną. Aby nią nie zarazić, wystarczyło, abym nie miał dzieci. Czy mogę nie przeklinać mojego ojca?»

«Nie możesz go przeklinać. Spowodował wprawdzie wiele rodzajów nieszczęść...»

«O, tak! Roztrwonił majątek. Był pełen wad, okrucieństwa, bez serca, bez uczuć. Pozbawił mnie zdrowia, pieszczot, pokoju. Naznaczył mnie imieniem, wywołującym pogardę i przekazał mi haniebną chorobę... Uczynił siebie panem wszystkiego, nawet przyszłości syna. Wszystko mi odebrał, nawet radość bycia ojcem.»

«Dlatego mówię tobie: “Chodź za Mną.” Przy Mnie, idąc za Mną, odnajdziesz ojca i synów. Podnieś oczy, Szymonie. Prawdziwy Ojciec uśmiecha się do ciebie. Spójrz na przestrzeń ziemi, na kontynenty, na kraje. Są w nich liczni synowie, synowie duchowi dla tych, którzy nie posiadają dzieci. Oni czekają na ciebie i na wielu takich jak ty. Pod Moim Znakiem nie ma już opuszczenia. W Moim Znaku nie ma już samotności ani różnic. To Znak miłości i on daje miłość. Pójdź, Szymonie, który nie masz synów. Pójdź, Judo, który tracisz ojca z miłości do Mnie. Zjednoczę was w tym samym losie.»

Jezus obydwu ich zbliża. Trzyma ręce na ich ramionach, jakby biorąc ich na własność, jakby chciał im nałożyć to samo jarzmo. Potem mówi: «Jednoczę was, chociaż na razie was rozdzielam. Ty, Szymonie, pozostaniesz tu z Tomaszem. Razem z nim przygotujesz drogi na Mój powrót. Niebawem powrócę tu i chcę, by lud Mnie oczekiwał. Powiedzcie chorym – ty możesz to powiedzieć – że przychodzi ten, który uzdrawia. Powiedzcie oczekującym, że Mesjasz jest pośród Swego ludu. Powiedzcie grzesznikom, że jest ktoś, kto przebacza, by dać siłę do powstania...»

«Czy będziemy do tego zdolni?»

«Tak. Musicie jedynie powiedzieć: “On przybył, wzywa was i oczekuje. Przybywa, by udzielić wam łaski. Śpieszcie się, by Go zobaczyć.” Do tych słów dodajcie wszystko, co wiecie. A ty, Judo, bracie, chodź ze Mną i z pozostałymi. Jednak pozostaniesz w Nazarecie.»

«Dlaczego, Jezu?»

«Musisz Mi przygotować drogę w naszej ojczyźnie. Czy sądzisz, że to niewielka misja? Zaprawdę, nie ma misji ważniejszej...» – Jezus wzdycha.

«Czy mi się uda?»

«I tak, i nie. Jednak to wszystko wystarczy, abyśmy zostali usprawiedliwieni.»

«Przez kogo? Przed kim?»

«Przed Bogiem. Przed ojczyzną. Przed rodziną. Nie będą mogli zarzucać nam, że nie ofiarowaliśmy im tego, co dobre. A jeśli ojczyzna i rodzina wzgardzi, nie będzie na nas ciążyć odpowiedzialność za ich zgubę.»

«A my?» – [pyta Piotr]

«Wy, Piotrze, powrócicie do waszych sieci.»

«Dlaczego?»

«Dlatego, że będę was pouczał powoli i wezmę was [ze Sobą], kiedy będziecie gotowi.»

«Czy Cię jednak zobaczymy?»

«Oczywiście. Będę często do was przychodził i przywołam was, kiedy będę w Kafarnaum. Teraz idźcie pozdrowić przyjaciół, a my odchodzimy. Błogosławię was wszystkich, którzy pozostajecie. Mój pokój jest z wami.»

Wizja się kończy.



Przekład i wyłączne prawa do tekstu: "Vox Domini" Więcej na stronie: O Marii Valtorcie i jej pismach