św. Teresa z Avila |
Rozdziały 25-27 |
– KSIĘGA FUNDACJI – |
|
ROZDZIAŁ 25
Dalszy ciąg o fundacji tegoż klasztoru Świętego Józefa w Sewilli, i ile trudu kosztowało nabycie własnego domu.
1. Kto by temu dał wiarę, że w mieście tak wielkim i pełnym ludzi bogatych, jakim jest Sewilla, mniej pomocy do fundacji mojej znalazłam, niż w tylu mniej zamożnych miejscach, w których zakładałam klasztory? Tak byłam opuszczona przez wszystkich, że czasem mi przychodziła myśl zaniechania podjętej fundacji, z której w takim miejscu, zdawało mi się, żadnego dla nas nie będzie pożytku. Nie wiem, czy to wpływ tego kraju tak działał na mnie, bo jak nieraz słyszałam, czarci, snadź z dopuszczenia Bożego, większą w tych stronach mają moc kuszenia ludzi, niż gdzie indziej; dość, że w tym czasie tak byłam znękana napaściami, że nigdy w życiu moim nie czułam się tak słabą i małoduszną jak wówczas; zupełnie, rzec mogę, nie poznawałam siebie. Nie opuszczała mnie wprawdzie ufność, z jaką każdego czasu polegam na Panu; ale w przyrodzonym usposobieniu moim czułam się zupełnie inna niż bywam zwykle, odkąd zaczęłam chodzić około tych spraw fundacyjnych. Pan, rozumiałam to dobrze, usuwał nieco rękę swą ode mnie, zostawiając mię samej sobie, abym jasno poznała, że odwaga moja, jaką przedtem miewałam, nie ze mnie była, jeno z Niego.
2. W takim więc położeniu zostawałyśmy od chwili naszego przyjazdu, to jest od czwartego dnia w oktawie Zielonych Świątek (1), aż do samego prawie następnego Wielkiego Postu. O nabyciu domu nie było ani mowy; nie miałyśmy na to ani pieniędzy, ani nikogo, kto by, jak to w innych stronach nam się nadarzało, za nas poręczył. (Aspirantki one, które tak się były Ojcu Wizytatorowi Apostolskiemu oświadczały z gotowością wstąpienia do nas i tak na niego nalegały, by siostry nasze sprowadził, później, z wyjątkiem jednej, która wytrwała w postanowieniu, jak o tym niżej powiem (2), rozmyśliły (s.632) się, snadź znajdując, że Reguła nasza zbyt jest ścisła i że takiej surowości nie zniosą). Przy tym wielki już był czas, by mi kazano opuścić Andaluzję, bo pilne sprawy czekały na mnie w Kastylii. Wielką to było dla mnie zgryzotą pozostawiać siostry same bez domu; ale widziałam, że nic tam nie poradzę, bo łaska ta, którą Bóg mi czyni tu w Kastylii, że do każdej fundacji znajduję ludzi pomocnych, tam w Sewilli była mi odmówiona.
3. W tym właśnie czasie zrządzeniem Pańskim zdarzyło się, że przybył do Sewilli jeden z braci moich, Lorenzo de Cepeda, w powrocie z Indii, gdzie całe trzydzieści i cztery lata przebywał. Położenie moich sióstr, nie mających własnego dachu nad głową, większą jeszcze niż mnie, jego napełniało troską. Wielką nam był pomocą, mianowicie usilnym, jakiego przyłożył, staraniem o nabycie tego domu, w którym teraz siostry mieszkają. Ja z mojej strony z większą jeszcze żarliwością uciekałam się do Pana i siostry pobudzałam, aby czyniły podobnież, błagając Go, aby ich nie pozostawiał bez własnego schronienia; i wielkiego św. Józefa o to prosiłyśmy, i Najświętszą Pannę, ustawiczne w tym celu odprawiając na ich cześć nabożeństwa i procesje. Ufając tedy w skuteczność tylu próśb naszych i widząc ochotną brata mego gotowość do wspomożenia nas, poczęłam szukać domu odpowiedniego. Ale choć kilka ich upatrzyłam i o każdy po kolei traktowałam, układy za każdym razem się rozbijały w chwili, kiedy się zdawało, że już dochodzą do skutku.
4. Aż pewnego dnia, gdy znowu na modlitwie błagałam Boga, by wejrzał na te oblubienice swoje, tak gorąco pragnące Jemu służyć, i dał im wreszcie ten dom, którego potrzebują, Pan rzekł do mnie: Już was wysłuchałem; zdaj się na Mnie. — Słowa te najżywszą napełniły mię radością. Tak pewna byłam pomyślnego skutku, jakbym go już w ręku miała; i nie zawiodłam się. Pan w boskiej łaskawości swojej uchronił nas od nabycia jednego domu, który podobał się wszystkim dla dobrego położenia, ale było to domostwo takie stare i tak nędznie zbudowane, że nabywając je, byłybyśmy w rzeczy (s.633) samej kupiły tylko plac, a byłby mało co mniej kosztował niż to, co zapłaciłyśmy za gotowy i porządny dom, który obecnie posiadamy. Umowa o tę ruderę już była zrobiona, brakowało tylko jeszcze podpisania kontraktu. Mnie jednak ten nabytek wcale nie cieszył; zdawało mi się, że nie zgadza się on ze słowami, jakie usłyszałam na modlitwie, zwłaszcza z ostatnim, w którym widziałam wyraźną obietnicę, że dostaniemy dom dobry. I dotrzymał Pan swojej obietnicy. Sam właściciel onego domostwa, choć wymógł na nas cenę wygórowaną ze znacznym zyskiem dla siebie, w chwili umówionej na podpisanie kontraktu nowe wzbudził trudności, za czym mogłyśmy, bez żadnej winy z naszej strony, wycofać się z umowy. Było to wielkie nad nami zmiłowanie Boże, bo na naprawienie tych ruin siostrom, które pierwsze osadziłam w Sewilli, całego życia nie byłoby starczyło. Ciężkie tylko i ustawiczne byłyby miały kłopoty, zwłaszcza przy środkach tak niedostatecznych.
5. Do uchronienia nas od tego fatalnego kupna dużo się przyczynił pewien sługa Boży, który prawie od pierwszej chwili naszego przybycia, dowiedziawszy się, że jesteśmy pozbawione Mszy św., co dzień z nią do nas przychodził, choć mieszkał bardzo daleko i upały były niesłychane. Nazywał się Garcialvarez. Był to mąż bardzo świątobliwy, czczony w całym mieście dla swoich dobrych uczynków, którym wyłącznie był oddany; gdyby miał majątek, pewno nie zbywałoby nam na niczym. Otóż, znając dobrze dom, o który się umawiałyśmy, uważał to za wielki nierozum, że za taką nędzną ruderę chcemy tak drogo płacić, i on to głównie, co dzień nam to powtarzając, do tego kupna nas zniechęcił. Poszedł z bratem moim oglądać ten dom, który siostry obecnie zajmują; wrócili obaj bardzo zadowoleni z niego, i słusznie; a że Pan tego chciał, więc z łaski Jego w dwa czy trzy dni stanęła umowa i kontrakt został podpisany.
6. Niemało jednak jeszcze użyłyśmy biedy z przeniesieniem się do tego domu, raz, że lokator w nim mieszkający nie chciał ustąpić, a po wtóre oo. Franciszkanie, tuż obok klasztor swój mający, natychmiast wystąpili z zastrzeżeniem, byśmy (s.634) pod żadnym warunkiem tak blisko nich się nie osiedlały. Co do mnie, gdyby nie to, że kontrakt już był nieodwołalnie podpisany, przyznaję, że chętnie byłabym się z niego wycofała i żądaniu zakonników ustąpiła, dziękując jeszcze Bogu za zwolnienie mnie od zobowiązania zapłacenia sześciu tysięcy dukatów za dom, do którego wstęp miał być nam wzbroniony. Przeorysza (3) jednak nie podzielała mego zdania; przeciwnie, dziękowała Bogu, że umowa zawarta już się nie da odmienić. W całej tej sprawie dużo większą, z łaski Boga, okazała wiarę i odwagę niż ja, jak i we wszystkim snadź ma ją większą, bo jest o wiele lepsza ode mnie.
7. Przeszło miesiąc pozostawałyśmy w tym przykrym zawieszeniu, nim w końcu spodobało się Panu z niego nas oswobodzić. Przeniosłyśmy się wreszcie, przeorysza, ja i dwie siostry, do naszego domu, ale nocą dopiero i z niemałym strachem, by nas ojcowie nie spostrzegli pierwej, nimbyśmy zdążyły objąć go w posiadanie. Ci, którzy nas przeprowadzali, przyznali się nam, że w każdym cieniu po drodze wydawało im się, że widzą franciszkanów. Nazajutrz o świcie, dobry nasz Garcialvarez, który nam towarzyszył, odprawił pierwszą w nowym domu Mszę św., i odtąd już byłyśmy spokojne.
8. O Jezu! Ile to podobnych strachów użyłam przy każdym prawie obejmowaniu w posiadanie nowej fundacji! Jeśli, tak myślę sobie nieraz, w przedsięwzięciach, w których nic nie ma złego, które, owszem, tylko chwałę i służbę Bożą mają na celu, tyle może być obaw i niepokojów, jakiegoż dopiero strachu muszą doznawać ci, którzy ważą się czynić źle, z krzywdą Boga zarazem i bliźniego? Nie rozumiem, jaki w tych grzesznych sprawach swoich mogą upatrywać zysk dla siebie i jaką w nich przyjemność znajdować, z takim na sumieniu ciężarem.
9. Brat mój tego dnia nie był z nami. Skutkiem pewnego błędu, popełnionego w pośpiechu przy spisywaniu kontraktu, (s.635) a bardzo szkodliwego dla naszego klasztoru, chciano go wziąć do więzienia jako poręczyciela i dlatego zmuszony był się ukrywać. Ponieważ obcy był w Sewilli i nie miał się za nim kto ująć, wielkie mogły z tego powodu wyniknąć dla nas nieprzyjemności i w rzeczy samej wynikły. On też niemało ucierpiał, dopóki złożywszy zastaw, prześladowców swoich nie uspokoił. Potem już sprawa dobrze się ułożyła, choć jakiś czas jeszcze miałyśmy proces, aby się i z tej strony nie obyło bez kłopotu. Urządziłyśmy sobie tymczasową klauzurę w kilku pokojach na dole; resztę domu naprawiali i urządzali robotnicy, a brat mój cały dzień ich doglądał. On nas także żywił, jak to i przedtem już od dość dawnego czasu czynił, bo w mieście jeszcze mało kto wiedział o naszym klasztorze, wszyscy dom nasz poczytywali za dom prywatny i skutkiem tego jałmużny skąpo płynęły. Jeden tylko święty starzec wspomagał nas, Przeor Kartuzów z las Cuevas (4). Wielki ten sługa Boży pochodził z Awili, z możnego rodu Pantoja. Od pierwszej chwili naszego przyjazdu taką Bóg w nim wzbudził ku nam miłość i życzliwość, że nieustannie wszelkiego rodzaju dobrodziejstwa nam świadczył, i pewna jestem, że do końca życia świadczyć nie przestanie. Słuszna więc, siostry, gdy to czytać będziecie, byście wraz z innymi dobroczyńcami naszymi, żywymi czy umarłymi, polecały Bogu tego, który tak serdecznie i skutecznie nas wspomagał. Wiele zawdzięczamy temu świętemu mężowi i dlatego tu osobne o nim zapisuję wspomnienie.
10. Roboty trwały, o ile pamiętam, przeszło miesiąc (ale do dat słabą mam pamięć i może się mylę. Dla tego powodu, te, które podaję, zawsze bierzcie “w przybliżeniu” tylko; ścisła dokładność mało tu znaczy). Dużo brat mój w ciągu tego miesiąca miał pracy i kłopotu, nim zdołał kilka pokojów zamienić w kaplicę i urządzić wszystko; my, dzięki niemu, nie miałyśmy potrzeby o to się troszczyć.
11. Gdy wreszcie skończyły się roboty i wszystko było (s.636) gotowe na wprowadzenie Najświętszego Sakramentu, chciałam, by uroczystość ta odbyła się po cichu i bez rozgłosu, bo w ogólności bardzo nie lubię sprawiać komu bądź przykrości, gdy nie ma koniecznej potrzeby. Objawiłam mój zamiar Ojcu Garcialvarezowi, a ten porozumiał się z Ojcem Przeorem z las Cuevas, bo obaj wszystko, co nas się tyczyło, tak żywo brali do serca, jak gdyby to były sprawy ich własne. Nie pochwalili obaj mego zamiaru; przeciwnie, byli zdania, że w interesie naszego klasztoru i rozpowszechnienia wiadomości o nim po mieście, koniecznie potrzeba dopełnić tego obrzędu z jak największą uroczystością. Udali się z tym do Arcybiskupa i po wspólnej naradzie stanęło na tym, że Najświętszy Sakrament ma być wzięty z kościoła parafialnego i w jak najuroczystszej procesji do nas przeniesiony. Przy tym rozkazał Arcybiskup, by duchowieństwo oraz kilka bractw wzięło udział w tej procesji i żeby ulice były świątecznie przybrane.
12. Dobry nasz Garcialvarez z niebywałą wspaniałością przyozdobił i nasz klasztor, przez który — jak mówiłam — wówczas było wejście do kaplicy, i samą kaplicę; poustawiał w niej okazałe ołtarze i różnymi ją upiększył wynalazkami. Między innymi była tam fontanna, tryskająca wodą pomarańczową. Sam ze siebie, nie proszony i bez wiedzy naszej to urządził; tym bardziej więc, gdyśmy ujrzały rzecz gotową, niespodzianka ta nas ucieszyła i pobożne nam sprawiła wzruszenie. Cały też przebieg tego naszego obchodu, z taką uroczystością obrzędów, przybraniem ulic, harmonią muzyki i śpiewów i z takim napływem ludu, najsłodszą był dla nas pociechą. Święty nasz Przeor z las Cuevas upewniał mię, że nigdy jeszcze nie widział w Sewilli tak wspaniałej uroczystości. Uznawał w tym wyraźny jakby znak i zatwierdzenie od Boga, że ta fundacja jest własnym Jego dziełem. Sam wziął udział w procesji, choć zwykle tego nie czynił. Arcybiskup we własnej osobie wprowadził do nas i umieścił Najświętszy Sakrament (5). (s.637) Widzicie więc, córki, jakie to publiczne i powszechne honory odbierają te biedne Karmelitanki Bose, jeszcze na krótko przedtem tak za nic miane, że nikomu w tym mieście, rzec by można, nie stało dla nich ani na szklankę wody, choć wody Sewilla ma dosyć w swej rzece. Mnóstwo ludu na procesji było niezliczone.
13. Zdarzyła się przy tej uroczystości rzecz, zdaniem wszystkich, którzy na nią patrzyli, nadzwyczajna. Pomimo nieustannego od zakończenia procesji aż prawie do nocy strzelania z armat i puszczania rakiet, zachciało się ludziom, nie zważając na ciemność, strzelać dalej. Wtem, nie wiem jakim sposobem zajęła się paczka prochu; ten, który ją trzymał w ręku, ocalał, ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich, że nie został zabity na miejscu. Skutkiem tego wybuchu ogromny płomień wzbił się aż po szczyty klasztoru, których sklepienia były obwieszone chorągwiami z jedwabiu żółtego i karmazynowego. Wszyscy byli pewni, że chorągwie te musiały się spalić na popiół, tymczasem nic złego im się nie stało i co w tym było najdziwniejszego, to, że kamienie sklepień, pod chorągwiami, okazały się całkiem sczerniałe od dymu, a chorągwie na nich zawieszone pozostały zupełnie nie uszkodzone i nawet barwy nie straciły, jak gdyby ogień zgoła ich nie dotknął.
14. Wszyscy zdumieli się na ten widok, a siostry dzięki czyniły Panu za taką Jego łaskę, bo nie byłyby miały za co odkupić tak kosztownej materii. Snadź diabeł, wściekając się od złości na widok pięknej naszej uroczystości i powstałego nowego domu Bożego, chciał choć w taki sposób na nas się zemścić; ale mu Pan nie dopuścił. Niech będzie błogosławiony na wieki wieczne, amen, (s.638)
ROZDZIAŁ 26
Dalszy ciąg o fundacji klasztoru Św. Józefa w Sewilli. — Kilka szczegółów godnych zaznaczenia o pierwszej zakonnicy do tego klasztoru przyjętej.
1. Łatwo możecie przedstawić sobie, córki, jak wielką tego dnia była radość nasza; moja, upewniam was, była niezmierna. Cieszyłam się z tego nad wszelki wyraz, że siostry pozostawię w domu własnym, tak dogodnym i tak dobrze położonym; że nadto i klasztor nasz już w mieście zasłynął, skutkiem czego i kilka nowicjuszek nam przybyło, z dostatecznymi posagami, tak iż było czym spłacić większą część umówionego za dom czynszu, a po przyjęciu dalszych, dla dopełnienia liczby sióstr ustawą przepisanej, chociażby mało co wniosły, klasztor zupełnie się uwolni od długu. Lecz nade wszystko największą pociechą napełniało mnie wspomnienie doznanych utrapień. Po tym wszystkim, kiedy potrzebowałam użyć nieco odpoczynku, wypadło mi zaraz udać się w drogę. Uroczystość nasza odbyła się w niedzielę przed Zesłaniem Ducha Świętego, roku 1576; a zaraz nazajutrz w poniedziałek musiałam odjechać (1), tak dla uniknięcia większych upałów, które nastawały, jak i dlatego, by nie być w drodze w czasie Świąt, na które chciałam zdążyć do Malagonu i kilka dni tam zabawić. Dlatego tak spieszyłam z wyjazdem.
2. Tym sposobem nie dozwolił mi Pan tej pociechy, bym choć jednej Mszy świętej wysłuchała w nowej naszej kaplicy. Odjazd mój bardzo zamącił siostrom ich radość; mocno nim były zmartwione. Wszak cały rok przeżyłyśmy z sobą i razem tyle użyły utrapień, z których nawet — jak mówiłam — najcięższe pomijam tu milczeniem. Z wyjątkiem fundacji w Awili — która była bez porównania najboleśniejsza — żadna, zdaje mi się, tyle mię nie kosztowała, ile ta sewilska, tym bardziej, że utrapienia tu doznane były po większej części wewnętrzne. Niechaj Pan w boskiej łaskawości swojej raczy to sprawić, by w tym domu zawsze kwitła wierna Jego służba! (s.639) Będzie to dla mnie szczęście, w porównaniu z którym za nic sobie ważę wszystko, co wycierpiałam. I mam nadzieję, że spełni się to moje życzenie. Już kilka dobrych dusz Pan w boskiej dobroci swojej do tego domu pociągnął, oprócz tych pięciu, które z sobą przywiozłam i tam zostawiłam, a o których wielkiej świątobliwości nieco wam powiedziałam choć to bardzo mało w porównaniu z tym, co by się dało powiedzieć. O pierwszej nowicjuszce, która do tego klasztoru wstąpiła, chcę tu zamieścić niektóre szczegóły, które z przyjemnością czytać będziecie.
3. Panienka ta była córką bardzo pobożnych rodziców; ojciec jej pochodził z dzielnego rodu górali. Maluczką jeszcze, zaledwo siedmioletnią, ciotka jej, bezdzietna, wyprosiła ją sobie u matki i wzięła do domu swego na wychowanie. Mając ją przy sobie otaczała ją czułą troskliwością i okazywała serce macierzyńskie. Bardzo to było nie po myśli kobietom, domowniczkom tej pani, które snadź, póki same były przy niej, spodziewały się, że im swój majątek zapisze, a teraz łatwo się domyślać mogły, że mając u siebie tę małą i tak ją kochając, dla niej ten zapis uczyni. Chcąc temu zapobiec, zmówiły się między sobą i uknuły przeciw dziewczynce spisek prawdziwie piekielny: zmyśliły na nią, jakoby godziła na życie ciotki i w tym celu jednej z nich dawała pieniądze, aby jej zadała trucizny. Jedna zaniosła do ciotki to oskarżenie, a ta, gdy i inne dwie je potwierdziły, uwierzyła im od razu; podobnież i matka malej, choć jest to niewiasta bardzo cnotliwa.
4. Zabrała ją więc na powrót do domu, przekonana, że dziecko jej, za młodu już tak występne, wyrośnie na złą i przewrotną kobietę. Przez cały rok przeszło, tak opowiadała mi biedna nasza Beatrycza od Matki Bożej — jest to jej imię w Zakonie — matka co dzień ją biła, męczyła i na gołej ziemi spać jej kazała, chcąc ją tym sposobem zmusić, aby się przyznała do winy. Biedaczka zaklinała się, że jest niewinna, że nie wie nawet, co to jest trucizna, a matka w tych zapewnieniach jej nowy tylko i większy jeszcze upatrywała dowód złości i zaciętego uporu, zgoła już tracąc nadzieję, by się kiedy s.640) poprawić mogła. Niełatwo było dzieweczce oprzeć się pokusie przyznania się wreszcie do rzekomej winy swojej i uwolnienia się tym sposobem od takich katuszy; ale Bóg strzegł niewinnej jej duszy, aby do końca wytrwała w prawdzie i sam, jak zawsze jest pomocnikiem prześladowanych niewinnie, w obronie jej wystąpił. Dwie z owych trzech kobiet dotknął chorobą tak straszną, że wiły się z bólu jak wściekłe. Za czym, czując się bliskie śmierci, małą, potajemnie wezwawszy do siebie, przeprosiły, a następnie i jawnie się przyznały do rzuconej na nią potwarzy. Trzecia, umierając w połogu, uczyniła podobnież; i tak wszystkie trzy sprawiedliwym sądem Bożym skończyły w mękach, zasłużoną ponosząc karę za krzywdę wyrządzoną niewinnej,
5. Szczegóły te wiem nie tylko od niej samej; matka także, nie mogąc sobie wybaczyć okrutnego swego z własnym dzieckiem obchodzenia się, później, gdy Beatrycza już była zakonnicą, z nieutulonym żalem opowiadała mi to wszystko, inne jeszcze dodając okoliczności, z których jeszcze jaśniej się okazywało, jak srogie biedna dzieweczka wycierpiała męczeństwo. Dziwnym zaiste dopuszczeniem Bożym, to jedno tylko dziecko mając i bardzo je kochając, taką przecie dla niego stała się dręczycielką. Jest to niewiasta wielkiej wiary i prawości serca; bezwarunkowo też wierzę, że mówiła mi prawdę.
6. W trzynastym roku życia, gdy Beatrycza z dziecka zaczynała wyrastać na panienkę, dostał się do jej rąk żywot św. Anny, który wielkie w niej wzbudził nabożeństwo do świętych pustelników z Góry Karmel. Szczegół opowiedziany w tej książce, jakoby matka św. Anny (która miała podobno imię Emerencjanna) często się do tych mężów świętych udawała na duchowe rozmowy, tak ją mocno pociągnął do tego Zakonu Najświętszej Pani naszej, że tejże chwili uczyniła ślub czystości i postanowiła do nas wstąpić. Od tego czasu więcej jeszcze pokochała samotność i długie godziny, ile tylko mogła, trawiła na modlitwie wewnętrznej i wielu na niej od Boga i od Najświętszej Panny nadzwyczajnych łask doznawała. Lecz, jakkolwiek gorąco pragnęła zostać zakonnicą, nie śmiała jednak (s.641) objawić swego postanowienia rodzicom, tym bardziej, że i sama nie wiedziała, gdzie szukać tego Zakonu. Rzecz bowiem dziwna i godna zastanowienia, że choć był w Sewilli klasztor Reguły złagodzonej, ona przecie nigdy nic o nim nie słyszała i dowiedziała się o nim dopiero wiele lat potem, jak już poznała nasze klasztory.
7. Gdy doszła do wieku odpowiedniego, rodzice umyślili ją, choć jeszcze bardzo młodą, wydać za mąż i sami ułożyli związek dla niej upatrzony. Trzeba wiedzieć, że Beatrycza, choć w tym czasie była jedynaczką, przedtem jednak miała więcej rodzeństwa, tylko że wszystko powymierało i ona jedna tylko pozostała rodzicom, którzy ją przedtem najmniej kochali. W czasie, gdy tak srogo cierpiała z powodu rzuconej na nią, jak opowiedziałam wyżej, potwarzy, jeden z jej braci, jeszcze żyjący, ujmował się za nią i rodzicom wymawiał nawet, że dają wiarę takiemu na niewinną oszczerstwu. Otóż, gdy jej oznajmili o postanowionym dla niej zamęściu, w przekonaniu, że bez oporu i ochotnie na nie się zgodzi, ona, nie mogąc już dłużej milczeć, oświadczyła rodzicom, że uczyniła ślub czystości i że za nic w świecie, choćby ją zabili, ślubu swego nie złamie i nigdy za mąż nie wyjdzie.
8. I wtedy, czy to diabeł ich tak zaślepił, czy też Bóg dopuścił na nich to zaślepienie, aby dzieweczka miała zasługę męczeństwa, dość, że oboje, ojciec i matka (posądzając córkę o jaki występek, którego potajemnie się dopuściwszy, boi się teraz i wstydzi wyjść za mąż), związani nadto danym już słowem, którego cofnąć nie mogli bez wyrządzenia zniewagi temu, któremu ją obiecali, zapamiętałym na nią gniewem się unieśli. Tak niemiłosiernie zbili ją rózgami, z takim okrucieństwem nad nią się znęcali, wieszając ją i dusząc, że tylko cudem żywa z rąk ich wyszła. Bóg, snadź zachowując ją do rzeczy większych, uchronił ją od śmierci. Trzy miesiące jednak przeleżała w łóżku, nie mogąc się poruszyć i wielka była obawa, że umrze. Ona z tym wszystkim, jak mi sama mówiła, gdy ją tak męczyli, wspomniawszy na męczeństwo św. Agnieszki i Pana wzywając na pomoc, katuszy swoich prawie nie (s.642) czuła, radując się owszem, że może coś ucierpieć dla Niego i na wszelkie męki ochotnie się ofiarując.
9. Dziwnym może się wydać, jakim sposobem dzieweczka, od urodzenia zostająca pod czujnym okiem matki i pod opieką ojca bardzo skromnych, jak mi mówiono, i surowych obyczajów, mogła popaść u nich w takie podejrzenie, tym bardziej, że od najmłodszych lat wielką się odznaczała wstydliwością i świątobliwością, a serce miała tak litościwe, że co tylko dostała od rodziców, wszystko to oddawała na jałmużny dla ubogich. Ale Pan, gdy zechce duszy wybranej użyczyć łaski cierpienia, wiele ma na to sposobów. Dopiero w kilka lat potem otworzył oczy rodzicom, iż wreszcie spostrzegli, jak niezrównanie cnotliwą mają córkę. Wtedy już prześladowania zamieniły się w pieszczoty, a na jałmużny i wspieranie ubogich dawali jej, ile chciała. Lecz wobec wciąż rosnącej żądzy wstąpienia do Zakonu, wszystkie te pociechy ziemskie wydawały jej się raczej przykrością i utrapieniem, wskutek czego wciąż, jak mówiła, nieuleczalną czuła w sobie tęsknotę i smutek.
10. W tymże czasie, a było to na trzynaście czy czternaście lat przed przybyciem Ojca Graciána do Sewilli (kiedy zatem o Karmelitach Bosych jeszcze ani mowy nie było), przeżyła następujące, dziwne zdarzenie. Któregoś dnia, w chwili gdy siedziała z ojcem i matką w towarzystwie dwu sąsiadek, zjawił się nagle w pokoju zakonnik karmelita, tak samo zupełnie ubrany jak dziś chodzą bracia nasi, w habicie sierściowym i bosy, z długą brodą, białą i lśniącą jak srebro. Był to starzec podeszłego wieku, a jednak twarz miał dziwnie świeżą i cała postawa jego świętą tchnęła powagą. Przystąpił do Beatryczy i przemówił do niej kilka słów w języku ani jej, ani nikomu z obecnych nie znanym; potem przeżegnał ją trzy razy i rzekł do niej, w mowie już dla wszystkich zrozumiałej: “Beatryczo, niechaj Bóg cię umacnia”, co rzekłszy, wyszedł. Wszyscy siedzieli jak wryci, niezdolni ani odezwać się, ani się poruszyć od wielkiego zdumienia. Dopiero w chwilę po odejściu dziwnego gościa ojciec zapytał Beatryczy, kto to był; a ona wzajemnie chciała o to pytać ojca, sądząc, że to jego znajomy. (s.643) Za czym wszyscy zerwali się i żywo pobiegli za starcem, ale ani śladu jego nie znaleźli. Dziwne to zjawienie wielką dla Beatryczy było pociechą, a ci, którzy na nie patrzeli, zdumieni takim widocznym znakiem łaski Bożej, tym bardziej poczęli szanować tak poniewieraną przedtem panienkę. Od tego zdarzenia upłynęło jeszcze całych, jeśli się nie mylę, czternaście lat, w ciągu których Beatrycza z jednakową zawsze gorliwością Panu służyła, co dzień błagając Go, by wreszcie raczył spełnić tyloletnie jej pragnienie.
11. Pewnego dnia, a było to już w czasie, kiedy przebywał w Sewilli O. Hieronim Gracián, poszła przygnębiona do kościoła parafii, w której mieszkali jej rodzice, słuchać kazania. Zdarzyło się, że kaznodzieją był właśnie O. Magister Gracián. Nie znała go naturalnie, ale gdy go ujrzała w chwili, gdy wstępował na stopnie tronu po błogosławieństwo biskupie, odzianego w habit karmelitański i bosego, od razu stanął jej na myśli ten, którego wówczas była widziała w takim samym habicie, choć wiek i twarz były inne, bo O. Gracián nie miał wtedy jeszcze i trzydziestu lat. Na ten widok, jak mię upewnia, ledwo że nie zemdlała od nadmiernej radości. Choć przedtem słyszała o założeniu nowego, klasztoru w tej parafii, nie wiedziała, że to był klasztor Karmelitów Bosych. Tegoż dnia zaraz usilne wszczęła starania, aby mogła się spowiadać u Ojca Graciána, ale z woli Bożej i to jej łatwo nie przyszło; co najmniej dwanaście razy prosiła go o spowiedź, a on zawsze odmawiał z powodu że była przystojna i młoda: nie mogła w tym czasie mieć więcej niż dwadzieścia i sześć lat, on zaś był w tym punkcie bardzo oględny i stanowczy.
12. Pewnego dnia, gdy będąc w kościele, rzewnie się nad tym zmartwieniem swoim rozpłakała, niewiasta jakaś zapytała ją, czemu tak płacze, a gdy Beatrycza wyznała jej żałość swoją, że od tak dawna stara się o możność pomówienia z nim, i teraz także, choć widzi go siedzącego w konfesjonale, nie wie, jak przystąpić do niego, ta, wziąwszy ją za rękę, podprowadziła ją do niego prosząc, aby zechciał tę pannę wyspowiadać. — I tak wreszcie biedna Beatrycza mogła odbyć u niego spowiedź z (s.644) całego życia. Ojciec, poznawszy z tej spowiedzi duszę jej tak bogatą w łaskę i cnoty, niezmiernie się ucieszył i pocieszał ją, oznajmując jej, że może niebawem osiedlą się tu Karmelitanki Bose, i że on się postara o to, aby zaraz została przyjęta. Tak też uczynił; bo pierwsze zlecenie, jakie mi dał za przybyciem moim, było to, bym ją najpierwszą przyjęła, gdyż, jak mię upewniał, bardzo jest zadowolony z tej duszy. Zaraz więc, skoro przyjechałyśmy, dałyśmy jej znać, że jest przyjęta. Ona zaś szukała sposobu, jak by się dostać do nas bez wiedzy rodziców, wiedząc dobrze, że oni nigdy by na to nie pozwolili. Wreszcie obmyśliła taki sposób. Chodziła stale spowiadać się do kościoła Karmelitów Bosych, niosąc im zawsze hojne jałmużny i od siebie, i od rodziców. Matka, nie chcąc jej krępować przy spowiedzi, jak również z powodu, że do klasztoru było daleko, nie chodziła z nią, tylko posyłała z nią służące. Otóż w samże dzień Trójcy Świętej (2), umówiwszy się z pewną bardzo pobożną osobą, aby jej towarzyszyła do klasztoru, służącym, które zwykle ją odprowadzały, zaleciła, by tego dnia jej nie towarzyszyły, ponieważ ta osoba, znana i czczona w całym mieście dla wielkich cnót i swoich dobrych uczynków, zaraz po nią przyjdzie. Służące usłuchały, a Beatrycza, skoro ją pozostawiły samą, wdziała przygotowany już swój gruby habit i płaszcz sierściowy. Nie wiem, jak biedaczka w tym niezwykłym dla niej ubraniu i poruszać się mogła; ale snadź radość wewnętrzna wszelki ciężar czyniła jej lekkim. O to tylko się bała w drodze, by jej kto nie poznał i nie zatrzymał, widząc ją uginającą się pod ciężarem tego nowego ubrania, tak różnego od szat, które dotąd nosiła. O dziwna mocy miłości Bożej! Już nie o honor swój dbała, by jej kto w tym ubogim habicie nie wyśmiał, ale tego się lękała, by jej co nie stanęło na przeszkodzie w spełnieniu świętego postanowienia. Skoro stanęła u furty, natychmiast jej otworzyłyśmy. Zaraz też posłałam po matkę, która gdy przyszła, zrazu była jakby nieprzytomna od żalu. Po chwili jednak przyszła do siebie, uznając, jak wielką (s.645) łaskę Bóg jej córce uczynił i jakkolwiek ją rozstanie z nią bolało, umiała przecie pohamować swój żal i nie miotała się zapamiętale, jak to inne w podobnych zdarzeniach czynić zwykły. Owszem, stale nam od tego czasu hojne daje jałmużny.
13. Już więc mogła przecie oblubienica Chrystusowa cieszyć się swoim szczęściem, od tak dawna upragnionym. Tak była pokorna, tak ochotna do wszelkiej posługi i roboty w domu, że niemało z nią miewałyśmy biedy, nim ją namówiłyśmy, by choć na chwilę miotłę z rąk wypuściła. Tak wykwintnie wychowana, tak przedtem w domu pieszczona, tu wszelką najgrubszą i najniższą pracę za rozkosz sobie miała. Przy tym wielkim zadowoleniu wewnętrznym, wnet i ciała zaczęła nabierać, tak iż rodzice, widząc jak się poprawia na zdrowiu, sami już cieszyli się z tego, że do nas wstąpiła.
14. Nie miała jednak tak wielkiego szczęścia używać bez cierpienia. Na dwa czy trzy miesiące przed profesją przyszły na nią ciężkie i gwałtowne pokusy, nie iżby się zachwiała w postanowieniu oddania siebie Panu na zawsze, ale trudności życia zakonnego tak jej się przedstawiały groźnie, że traciła otuchę, czy będzie mogła im podołać. Długie lata pragnienia i oczekiwania i wszystko, co w nich wycierpiała dla osiągnięcia tego dobra, które wreszcie trzymała w ręku, zatarły się w jej pamięci, a zły duch tak ją dręczył poduszczeniami swymi, że nie wiedziała już, jak się od niego obronić. Z tym wszystkim jednak, w niesłychany sposób się przezwyciężając, takie nad nim całkowite odniosła zwycięstwo, że właśnie wśród tej zawieruchy i męki wewnętrznej ostatecznie wznowiła i potwierdziła postanowienie swoje związania siebie wieczystą profesją. Za to Pan Jezus, który snadź czekał tylko na ten ostatni dowód jej męstwa, na trzy dni przed profesją nawiedził ją, dziwnie słodką pociechą napełnił i ducha złego odegnał. Po tym nawiedzeniu czuła w sobie radość niewypowiedzianą i całe te trzy dni chodziła jakby nieprzytomna od uszczęśliwienia wewnętrznego. I nie dziw, bo łaska, której Pan jej był użyczył, była bardzo wielka.
15. Wkrótce po jej wstąpieniu do klasztoru umarł jej (s.646) ojciec, a matka, idąc za przykładem córki, przywdziała nasz habit w tymże klasztorze i wszystek swój majątek jemu oddała (3). Odtąd obie, i matka, i córka, żyją szczęśliwie, dając zbudowanie wszystkim siostrom i służąc temu Panu, który takie nad nimi okazał swoje miłosierdzie.
16. W niespełna rok potem przybyła nam druga panienka, także z wielkim żalem rodziców. I tak Pan powoli zaludnia ten swój dom duszami, tak gorąco pragnącymi Mu służyć, że w zamian za to szczęście za nic sobie poczytują wszelką surowość Reguły i wszelką ścisłość klauzury. Niech będzie błogosławiony, niech będzie pochwalony na wieki wieczne, amen (4).
ROZDZIAŁ 27
O fundacji klasztoru pod wezwaniem chwalebnego Świętego Józefa w miasteczku Karawaka w dzień Nowego Roku 1576.
l. W chwili gdy miałam już opuścić klasztor Św. Józefa w Awili, będąc na wyjezdnym do Beas, dla fundacji, o której była mowa wyżej, i czekałam tylko na ostatnie przygotowania do drogi, nadjechał z Karawaki umyślny posłaniec od dońi Cataliny de Otalora, pani tamże zamieszkałej. Oznajmiała mi, że trzy panny — będąc na kazaniu któregoś z Ojców Towarzystwa Jezusowego — zapragnęły założenia klasztoru w tym miejscu i tymczasowo umieściły się w jej domu, z mocnym postanowieniem, że z niego nie wyjdą póki się ich życzenie nie ziści. Zapewne były w zmowie z tą panią, bo i potem, gdy miało już przyjść do fundacji, ona głównie je popierała. Panny te należały do najznakomitszych rodów miasta. Jedna z nich (s.647) była córką Rodriga de Moya, bardzo gorliwego sługi Bożego i męża wielkiej roztropności. Majątku we trzy miały więcej niż potrzeba na wykonanie podobnego przedsięwzięcia. Wiedziały dokładnie o pomocy Bożej przy zakładaniu naszych klasztorów od ojców Towarzystwa Jezusowego, którzy nam zawsze sprzyjali i wpływem swoim nas popierali.
2. Byłam zbudowana tą żarliwością i świętym zapałem, jakiego te dusze dały dowód, z tak daleka posyłając i kołacząc o przyjęcie do Zakonu Najśw. Pani naszej. Szczerze pragnęłam być im pomocną w wykonaniu pobożnego ich zamiaru. Dowiedziawszy się więc, że miejsce to leży niedaleko od Beas, zabrałam z sobą więcej sióstr niż zwykle brałam na założenie jednego klasztoru. Wnioskując bowiem z otrzymanych listów, że umowa nie będzie przedstawiała trudności, zamierzałam, zaraz po dokonaniu fundacji w Beas, wprost stamtąd udać się do Karawaki. Lecz wola Boża była inna, stąd i wszystkie plany moje na nic się zdały, bo jak powiedziałam w opisie fundacji sewilskiej, musiałam czekać w Beas na upoważnienie od Rady Zakonów (1), które nad miarę się przewlekało i nie mogłam tam pojechać mimo mojego postanowienia.
3. Prawda, że i sama potem zachwiałam się była w postanowieniu, bo zasięgnąwszy w Beas bliższych o Karawace szczegółów, dowiedziałam się, że mieścina ta tak leży na uboczu i takie złe do niej drogi, że trudny byłby tam dojazd wizytatorom klasztoru, a stąd słuszny powód przełożonych do niezadowolenia, straciłam więc wszelką ochotę do tej fundacji. Ponieważ jednak dałam przyrzeczenie, więc uprosiłam O. Juliana z Awili i Antonio Gaytana, aby tam pojechali, a sprawdziwszy rzeczy na miejscu, przerwali wszczęte układy, jeśli to uznają za dobre. Zastali tam znaczne ostudzenie pierwszego zapału, nie u samych tych aspirantek, ale u dońi Cataliny, która w całej tej sprawie główną odgrywała rolę. Owe panny zaś trzymała zamknięte u siebie, w oddzielnej części domu, jak gdyby już były w klasztorze. (s.648)
4. Osoby te trwały niezmiennie w swojej pierwszej gotowości; dwie z nich mianowicie tak silne objawiały postanowienie i tak umiały się spodobać O. Julianowi z Awili i Antonio Gaytanowi, że ci, nie zwlekając, zaraz spisali i wręczyli im przy odjeździe wszystkie dokumenty do fundacji potrzebne, z czego one niezmiernie były uradowane. Oni też tak byli z nich zadowoleni i tak zachwyceni pięknym położeniem i żyznością miejsca, że zdając mi sprawę za powrotem, słów nie mieli na zalecenie mi tak obiecującej fundacji. Co do dróg jednak przyznali, że są one bardzo złe. Zgadzając się na rzecz już ułożoną, a nie mogąc sama odjechać z powodu opóźniającego się wciąż jeszcze pozwolenia Rady, posłałam tam powtórnie poczciwego Antonio Gaytana, który z życzliwości dla mnie zawsze był gotów na podjęcie wszelkiego trudu. Obaj oni wielkie mieli do tej fundacji zamiłowanie i im też w istocie należy się wdzięczność za przyjście jej do skutku. Gdyby bowiem nie to, że oni tam jeździli i sami wszystko ułożyli, ja z mojej strony niewiele byłabym uczyniła.
5. Posłałam więc Antonio Gaytana z poleceniem, aby urządził koło (2) i kraty w domu, który siostry miały zająć tymczasowo, dopóki się nie znajdzie odpowiedni dom, który byśmy nabyły na własność. Chętnie podjął się tego zlecenia i dość dużo czasu strawił na urządzenie tymczasowego pomieszczenia w domu Rodriga de Moya, ojca jednej z tych panien — jak powiedziałam wyżej — który odstąpił na ten cel część swojego mieszkania.
6. Gdy wreszcie nadeszło pozwolenie i już byłam gotowa do wyjazdu, pokazało się, że w dokumencie było zastrzeżenie, iż klasztor ma zostawać pod zwierzchnim nadzorem komandorów (3) i że siostry nasze mają im podlegać. Na to się zgodzić nie mogłam; byłoby to oddaniem Karmelu Matki Boskiej pod władzę zupełnie mu obcą. Potrzeba więc było znowu prosić o drugie pozwolenie bez tego zastrzeżenia, ale tą drogą nigdy (s.649) byśmy się nie doczekały ani na tę fundację, ani na drugą w Beas. Dopiero gdy odważyłam się wprost napisać do króla, obecnie panującego Filipa II, Najjaśniejszy Pan, łaskawie przyjąwszy moją prośbę, rozkazał, aby pozwolenie zostało nam wydane (4). Monarcha ten, wspaniałomyślny opiekun wszystkich zakonników, wiernych duchowi swego powołania, skoro się dowiedział o nas i o ścisłym, według Reguły pierwotnej, urządzeniu klasztorów naszych, stale nam we wszystkim okazywał swoją królewską łaskę. Usilnie przeto was proszę, córki, aby zawsze, tak jak to jest obecnie, osobne modły we wszystkich domach były odmawiane za pomyślność naszego monarchy.
7. W ciągu tych powtórnych starań o pozwolenie pojechałam do Sewilli z rozkazu O. Magistra Hieronima Graciána od Matki Bożej, który naonczas był i dotąd jest Prowincjałem. Skutkiem tego biedne one panny pozostały w zamknięciu swoim aż do l stycznia następnego roku, choć jeszcze w lutym wyprawiły do Awili poselstwo. Pozwolenie wprawdzie niebawem nadeszło, ale ja, będąc tak daleko i tylu kłopotami obarczona, nie mogłam do nich pojechać, choć bardzo mi ich żal było, zwłaszcza że raz w raz otrzymywałam od nich listy, w których wynurzały przede mną wielkie swe z tego powodu zmartwienie. Rzeczywiście też niepodobna było dłużej ich zostawiać w takim położeniu.
8. Gdy więc i z powodu dalekiej drogi i dla spraw nie dokonanej jeszcze fundacji sewilskiej sama nie mogłam udać się do Karawaki, Ojciec Hieronim Gracián, mając władzę ku temu, jako wizytator apostolski, postanowił posłać tam beze mnie siostry, które zabrałam z Awili dla tej fundacji, a które tymczasem pozostawały w klasztorze Św. Józefa w Malagónie. Wybrałam na przeoryszę siostrę, do której szczególne miałam zaufanie i pewna byłam, że będzie tam bardzo pożyteczna, bo jest bez porównania lepsza ode mnie (5). Zabrawszy więc potrzebne (s.650) pakunki, odjechały w towarzystwie dwóch naszych Ojców Karmelitów Bosych. Ojciec Julian bowiem z Awili i Antonio Gaytan już byli przedtem powrócili do siebie. Ze względu zaś na wielką odległość jak i na porę nie sprzyjającą, gdyż było to w grudniu, nie chciałam, by znowu na tę daleką podróż się narażali.
9. Przybywszy na miejsce, zostały powitane z wielkimi oznakami radości przez wszystek lud, a szczególnie ucieszyły się uwięzione nasze aspirantki. Fundacja klasztoru, przez wprowadzenie Najświętszego Sakramentu, odbyła się w uroczystość Imienia Jezusa, to jest w dzień Nowego Roku 1576. Dwie z tych trzech panien zaraz przywdziały habit. Trzecia, ulegając melancholii, snadź zlękła się takiego ścisłego zamknięcia, a tym bardziej jeszcze takiej surowości życia i ostrej pokuty; postanowiła zatem wrócić do domu i zamieszkać przy siostrze.
10. Zobaczcie tu, córki, i uwielbiajcie niezbadane sądy Boże! O, jaką wdzięczność, jaką wierną służbę winnyśmy Panu za to, że użyczył nam łaski wytrwania w naszym powołaniu, że dozwolił nam dojść aż do profesji, że teraz dano nam jest mieszkać w tym Jego domu i zwać się córkami Najświętszej Jego Matki! Dobrą zrazu wolę i majętność tej panienki przyjął Pan i użył jej na założenie tego klasztoru; aż oto, w chwili gdy mogła się już cieszyć posiadaniem tego, czego przedtem tak gorąco pragnęła, zabrakło jej odwagi i przyrodzony temperament wziął górę nad pociągiem do rzeczy wyższych (6). Jakże często, córki, na usposobienie wrodzone składamy winę niedoskonałości i niestateczności naszych!
11. Niechaj Jego Majestat raczy nam hojnie użyczać swej łaski, bo Jego pomocą wsparte, śmiało i bezpiecznie pójdziemy (s.651) naprzód i żadna rzecz na świecie nie powstrzyma naszych kroków w coraz wyższym w służbie Jego postępie. Niechaj nas wszystkie obroną i opieką swoją otacza, aby ta wielka sprawa, którą w takich mizernych, jakimi my jesteśmy, niewiastach rozpoczął, przez nasze niedołęstwo nie ucierpiała szkody. O tę łaskę, siostry i córki moje, w imieniu Jego was błagam, nigdy Pana prosić nie ustawajcie. I każda nowo wstępująca niechaj z takim zapałem zabiera się do pracy, jak gdyby od niej dopiero zaczynało się to przywrócenie pierwotnej Reguły Najświętszej Panny, Pani naszej. Nigdy, pod żadnym warunkiem, nie dopuszczajcie najmniejszego tej Reguły zwolnienia. Pamiętajcie, że rzeczy małe otwierają wrota większym, i tak, powoli, nieznacznie, duch świata do was się zakradnie. Pamiętajcie, w jakim ubóstwie, z jakim trudem powstało to, czym wy dzisiaj w spokoju się cieszycie. Przypatrzcie się dobrze, a zobaczycie, że po większej części nie ludzie założyli te domy, jeno potężna ręka Boga; zobaczycie, jak dziwnie boska wielmożność Jego umie doprowadzać do szczęśliwego końca sprawy przez nią poczęte, jeśli jeno my nie stawimy jej przeszkód. Skąd, na przykład, pomyślcie tylko, taka jak ja nędzna niewiasta, zależna, bez grosza w kieszeni, bez żadnego znikąd poparcia czy życzliwej pomocy, mogła znaleźć środki do wykonania tak wielkich przedsięwzięć? Prawda, że do fundacji sewilskiej miałam pomoc od mego brata, który posiadał nieco majątku i serce wspaniałomyślne, i ochotną gotowość do wspomożenia nas w czymkolwiek; ale przedtem, w czasie tylu poprzednich fundacji, brat ten był daleko, aż w Indiach.
12. Widzicie więc, córki moje, że ręka Boga to wszystko zdziałała. Albo może przez wzgląd na wysokie z krwi szlacheckiej urodzenie moje kwapiono się uczcić mię skutecznym poparciem moich zamiarów? Wiecie dobrze, że nie. Słowem, z którejkolwiek strony zechcecie się zapatrywać na te fundacje, na to w nich odnowienie Karmelu, zawsze znajdziecie, że jest to własne Jego dzieło. Czyż nie jest to nagląca dla nas pobudka, byśmy się starały, aby dzieło to najmniejszego przez nas nie doznało uszczerbku? Choćby to miało wymagać od nas (s.652) życia, czci i pokoju, winneśmy wszystko znieść, tym bardziej więc bądźmy wierne, kiedy ono właśnie prawdziwe nam życie i cześć, i pokój zapewnia! Bo jakież życie prawdziwiej może zwać się życiem, jeśli nie to, gdy tak się żyje, iżby nam nie były straszne ani śmierć, ani żadne przygody tego życia ziemskiego? Cóż może być cenniejsze nad to, gdy się ustawicznie czuje w sercu tę radość wewnętrzną, którą wy tutaj wszystkie się cieszycie, gdy się używa najwyższej pomyślności, jaka może być na tej ziemi, tej pomyślności, która tu jest naszym udziałem, że ubóstwa nie tylko się nie boimy, ale je owszem kochamy? A z czym porównać ten pokój wewnętrzny i zewnętrzny, w jakim tu upływają wasze dni? W waszej jest mocy w tym pokoju żyć i umierać, umierać tak, jak już nieraz widziałyście, że umierają te, które w tych domach Bogu duszę oddają. Bo skoro nieustannie Boga prosić będziecie o coraz szerszy rozwój Zakonu naszego i o własny wasz coraz wyższy postęp w cnotach, skoro nic zgoła nie polegając na samych sobie, w Nim całą ufność waszą składać będziecie, mężnym sercem Jemu służyć i Jemu czynić całkowitą, bez podziału, z siebie ofiarę. On — który kocha serca szlachetne i wspaniałe — nie odmówi wam swego miłosierdzia. Nie bójcie się, by wam kiedy zabrakło rzeczy potrzebnych do życia. Nigdy nie odmawiajcie żadnej zgłaszającej się o przyjęcie, jeśli jeno ma dobrą wolę i odpowiednie zdolności, jeśli przychodzi nie po to jedynie, aby zapewniła sobie schronienie i kawałek chleba, ale po to, aby doskonalej mogła służyć Bogu. Niech wtedy będzie uboga w dobra ziemskie, byleby bogata była w cnoty. Co na wyżywienie takiej wydacie. Bóg wam to zwróci w dwójnasób, za to ręczyć mogę, bo wiem o tym z wielokrotnego doświadczenia.
13. Nigdy — o ile pamiętam — nie odmówiłam żadnej przyjęcia dlatego, że była uboga, jeśli jeno z wewnętrznego jej usposobienia byłam zadowolona. Świadczy o tym, jak i wam wiadomo, wielka liczba przyjętych dla samej tylko miłości Boga. I mogę was upewnić, że nie z taką radością przyjmowałam te, które wnosiły znaczny posag, jak te, które nic z sobą nie (s.653) przynosiły prócz ubóstwa i dobrej woli. Bogate, owszem, przyjmowałam z pewną obawą, gdy przeciwnie ubogie rozszerzały mi serce i taką mi sprawiały radość, że nieraz, prawdę mówię, płakałam z wielkiego uszczęśliwienia wewnętrznego.
14. Jeśli w czasie, gdy trzeba było domy kupować i zakładać, mogłyśmy tak przyjmować zupełnie ubogie, a przecie z łaski Boga ani dla nich, ani dla nas chleba nie zabrakło, cóż by to było, gdybyśmy teraz, kiedy mamy z czego żyć, chciały postępować inaczej i na posagi się oglądać, a nieposażnym wstępu odmawiać? Wierzcie, córki, że zysk, który byście sobie z tego obiecywały, zamieniłby się w stratę! Jeśli jednak wstępująca posiada majątek, nie mając żadnych skądinąd zobowiązań i nie mogąc go zatrzymać dla siebie, lepiej by wam go oddała jako jałmużnę, niżby miała nim wzbogacać osoby postronne, które może go nie potrzebują; gdyby inaczej postąpiła, wyznaję, że poczytywałabym jej to za brak miłości. Zwróćcie także na to uwagę, by wstępująca, co do sposobu rozporządzenia majętnością swoją radziła się teologów i uczyniła wedle tego, co oni uznają za odpowiednie dla większej chwały Bożej. Byłoby to bowiem bardzo niepięknie z naszej strony, gdybyśmy od postulantek naszych czegokolwiek żądały lub cokolwiek bądź brały, co by nie zmierzało do tego jedynego celu. Gdy one spełnią to, co winne są Bogu — to jest, gdy uczynią to, co jest doskonalsze — większą to będzie dla nas korzyścią, niż wszelkie posagi, jakie by nam wnieść mogły. Wszystkie bowiem do tego jedynie dążymy i na to tylko Bóg taką pomyślnością ten Zakon nasz darzy, aby we wszystkim i z wszystkiego Boski Jego Majestat miał cześć i chwałę.
15. Choć taka jestem grzeszna i nędzna, to przecie powiedzieć mogę na większą chwałę Pana i na pociechę waszą, abyście wiedziały, w jaki sposób powstawały te domy Jego. We wszelkich moich o założenie ich staraniach i rokowaniach, i we wszelkich, jakie mi się ku temu nastręczać mogły środkach i ułatwieniach — chociaż nieraz się zdawało, że niepodobna będzie doprowadzić danej fundacji do pomyślnego końca bez odstąpienia nieco od tego celu — nie byłabym przecie uczyniła, (s.654) i nigdy nie uczyniłam nic takiego, w czym bym widziała najmniejszą niezgodność z wolą Pańską. Szłam w tym zawsze za radą moich spowiedników (którzy, jak wam wiadomo, wszyscy, ilu ich miałam od samego początku mojego do tych spraw powołania, byli wielkimi uczonymi teologami i świątobliwymi sługami Bożymi). Nie pamiętam nawet, by kiedy choć na chwilę myśl mi przyszła odstąpienia w czymkolwiek od tej zasady.
16. Może się mylę, może popełniłam wiele błędów, do których się nie poczuwam, i niedoskonałości zapewne było bez liku. Zliczy je Pan, który sam jest Sędzią sprawiedliwym (ja tylko mówię, jak i o ile znam siebie i rozumiem). Ale i to jasno widzę, że wierność, z jaką trzymałam się tej zasady, nie ode mnie pochodziła, jeno od Boga. Bóg chciał, aby te fundacje przyszły do skutku i dlatego wspierał mię, jako wybrane ku temu swoje narzędzie. W tym też jedynie celu o tym mówię, córki moje, abyście tym lepiej zrozumiały, jak wielką wdzięczność Mu winnyście i abyście wiedziały, że chociaż tyle tych domów naszych do tego czasu powstało, żadnej przecie założenie ich nie przyniosło szkody ani uszczerbku. Niech będzie błogosławiony On, który wszystko to sprawił i duszom dobrym miłość dał do serca, aby nam przyszły w pomoc! Niech raczy nigdy nas nie wypuszczać ze swej opieki i łaski swojej nam użycza, abyśmy umiały nie okazać się niewdzięcznymi za tyle Jego dobrodziejstw, amen.
17. Z poprzedzających opisów widziałyście już po części, jakie trudy miałyśmy do zniesienia z powodu tych fundacji, chociaż te, które tu wspomniałam, były może jeszcze z mniejszych. Gdybym je miała opowiadać wszystkie po szczególe, nieprędko skończyłabym, tyle tam było różnych trudów i umęczenia, po drogach najgorszych, przez rzeki wezbrane i głębokie śniegi, wśród błądzenia po bezdrożach, a często jeszcze, co było najgorsze, w bardzo złym stanie zdrowia. Raz — nie pamiętam, czy o tym mówiłam — pierwszego dnia podróży naszej z Malagónu do Beas, wyjeżdżałam z taką silną gorączką, przy całym steku różnych cierpień i bólów, że widząc siebie (s.655) tak słabą, a drogę przed sobą tak daleką, mimo woli wspomniałam na słowa Ojca naszego Eliasza, gdy uciekając przed Jezabelą, mówił: “Panie, skąd wezmę siły, bym zdołał wytrzymać to wszystko? Ty sam racz w to wejrzeć” (7). Lecz oto Pan, widząc mię taką słabą, w jednej chwili uwolnił mię i od gorączki, i od wszystkich moich bólów. Tak było nagłe uzdrowienie wszelkich moich cierpień wewnętrznych i zewnętrznych, że gdy się później nad tym zastanawiałam, przyszło mi na myśl, iż stało się to za sprawą jednego świątobliwego sługi Bożego, kapłana, który właśnie w onej chwili był nadszedł i bardzo być może, że się w tym nie mylę. W chwilach lepszego zdrowia wszelkie trudy fizyczne znosiłam łatwo i z weselem.
18. Fantazje i usposobienia różnych ludzi, które przy tych fundacjach w każdej miejscowości przychodziło znosić, niemało też przyczyniały nam utrapienia. A rozstawanie się z siostrami i córkami moimi, które tak kocham, nie było najlżejszym z krzyżów moich, zwłaszcza gdy przewidywałam, że ich nigdy już nie zobaczę; gdy patrzyłam na ciężkie ich zmartwienie i łzy, serce mi się z żalu krajało. Choć zupełne w nich jest oderwanie się od wszystkich rzeczy tego świata, Bóg im nie dał tej łaski, by oderwały się ode mnie, na to snadź, bym ja tym większą mękę miała, bo i ja nie umiem od nich się oderwać. Starałam się wprawdzie, ile mogłam, nie okazać im wzruszenia mego, owszem i strofowałam je za niepohamowane poddawanie się żalowi, ale nic to nie skutkowało wobec wielkiej miłości, jaką mają dla mnie, a która, jak jest szczera i prawdziwa, tego niezliczone miałam od nich dowody.
19. Wiadomo wam także, że wszystkie te fundacje zostały dokonane nie tylko za pozwoleniem naszego Przewielebnego Ojca Generała, ale że i pozwolenie to było potem wydane w formie wyraźnego polecenia albo rozkazu. Co większa, za każdą fundacją objawiał mi listownie niezmierną swoją radość z powstania nowego klasztoru. Zadowolenie jego było zaiste (s.656) największą dla mnie w trudach moich osłodą; pominąwszy, że bardzo go kocham, zdawało mi się, że Pana samego pocieszam, przyczyniając pociechy przełożonemu.
W końcu jednak, czy to że Pan w boskiej łaskawości swojej chciał mi użyczyć nieco odpoczynku, czy też że diabeł nie mógł dłużej znieść widoku mnożących się tylu domów, służbie i chwale Bożej poświęconych, dalsze fundacje nasze nagle zostały wstrzymane. (Nie stało się to, rozumie się, z woli naszego Ojca Generała; przeciwnie, jeszcze na krótko przedtem — na błagalną moją prośbę, by mnie zwolnił od rozkazu zakładania dalszych domów — odpowiedział mi, że tego nigdy nie uczyni, że owszem pragnie, bym tyle fundowała klasztorów, ile mam włosów na głowie). Przed wyjazdem z Sewilli, wskutek świeżo odbytej Kapituły Generalnej, która zdawałoby się powinna była raczej uznać za przysługę oddaną Zakonowi przymnożenie mu tylu nowych klasztorów, otrzymałam rozkaz, wydany przez Defmitorium, bym nie tylko zaniechała wszelkich dalszych fundacji, ale nadto jeszcze, bym sama obrawszy sobie na stałe mieszkanie klasztor, który zechcę, z niego się pod żadnym pozorem nie wydalała (8). Równało się to skazaniu mnie na więzienie; bo przecież każdą zakonnicę, gdy dobro Zakonu tego wymaga, Prowincjał może posyłać z miejsca na miejsce, z jednego klasztoru do drugiego. Gorsza jeszcze, i to jedynie prawdziwe było dla mnie zmartwienie, że nasz Ojciec Generał był zagniewany na mnie, nie z winy mojej, jeno skutkiem fałszywych doniesień ludzi nieżyczliwych. Przy tym dowiedziałam się również o dwu bardzo ciężkich oskarżeniach, które na mnie podniesiono.
20. Otóż, abyście widziały, jak wielkie jest miłosierdzie Pana, i jako boska dobroć Jego nigdy nie opuszcza tych, którzy pragną Mu służyć, powiem wam, siostry, i upewniam was, że (s.657) oszczerstwa te rzucone na mnie, nie tylko żadnej mi nie sprawiły przykrości, ale jeszcze tak wielką i obfitą napełniły mię radością, iż niepodobna mi było w sobie ją powstrzymać. I już się nie dziwiłam Dawidowi, że wprowadzając na górę Syjon arkę Pańską, skakał przed nią i tańczył jakby szalony, raczej sama rada bym była czynić podobnież od tego wielkiego rozradowania, którego ukryć w sobie nie mogłam. Nie wiem sama, skąd ono we mnie się wzięło, bo jakkolwiek nieraz miałam do zniesienia dotkliwe obelgi i przeciwieństwa, nigdy z nich nie doznałam takiego uszczęśliwienia, jak w tym razie, choć z tych dwu zarzutów mi uczynionych jeden przynajmniej był w rzeczy bardzo ważnej. Co do zakazu fundowania dalszych klasztorów, gdyby nie bolesne dla mnie zagniewanie Przewielebnego Ojca Generała, przyjęłabym go raczej jako pociechę i ulgę ze wszech miar najpożądańszą, bo od dawna pragnęłam tego, by mi dano było w spokoju życie zakończyć. Zapewne, że inna była myśl i zamiar tych, którzy mi oddali tę przysługę; sądzili oni, że wyrządzają mi największą w świecie przykrość i zmartwienie, choć przy tym może mieli też i dobrą jaką intencję.
21. Nie przeczę, że nieraz i w innych zdarzeniach cieszyłam się z dojmujących sarkań i przeciwieństw, jakich w ciągu tych moich wędrówek fundacyjnych doznałam od wielu, bądź w dobrej intencji, bądź w innym celu na mnie powstających — ale tak wielkiej radości, jaką to prześladowanie we mnie wzbudziło, nigdy nie miałam. Przeciwnie, jedna tylko taka gorycz, jakich tu aż trzy od razu na mnie przyszło, w innym czasie ciężkie byłaby mi sprawiła zmartwienie. Główną, jak sądzę, przyczyną radości mojej była ta myśl, że kiedy stworzenia w taki sposób mi odpłacają, snadź zadowolony ze mnie jest Stworzyciel. Bo mam to mocne przekonanie, że kto zadowolenie i szczęście swoje pokłada w rzeczach tej ziemi albo w pochwałach ludzkich, ten gorzki sam sobie zawód gotuje. Choćby bowiem te rzeczy mogły przynieść jaką korzyść rzeczywistą, tym samym już zawodzą, że są niestałe; ludzie dziś takie mają zdanie, jutro inne, co dzisiaj chwalą, to jutro (s.658) będą potępiać. Bądź błogosławiony, Boże i Panie mój! Tyś sam niezmienny na wieki wieków, amen. Kto Tobie służy wiernie aż do końca życia swego, ten bez końca będzie żył w wieczności Twojej.
22. Fundacje te — jak powiedziałam na wstępie — zaczęłam pisać z rozkazu Ojca Magistra Ripaldy z Towarzystwa Jezusowego, rektora kolegium w Salamance i naonczas mojego spowiednika. W czasie mego pobytu w tamecznym klasztorze Świętego Józefa, w roku 1573, pisałam kilka tych fundacji (9), potem, z powodu wielu innych zajęć, przerwałam pisanie i nie miałam już zamiaru pisać dalej, raz, że skutkiem przeniesienia Ojca Ripaldy w inne strony już się u niego nie spowiadałam, a po wtóre dlatego, że i to, co do tego czasu napisałam, wiele mię kosztowało trudu i dotkliwych cierpień, choć ich nie żałuję i nie uważam ich za stracone, skoro je ponosiłam przez posłuszeństwo i pisałam dla spełnienia danego mi rozkazu. Miałam więc mocne postanowienie zaniechać zupełnie dalszego pisania, ale musiałam zmienić postanowienie moje, otrzymawszy od Komisarza Apostolskiego (Ojca Magistra Hieronima Graciána od Matki Bożej) rozkaz dokończenia opisu tych fundacji. Broniłam się od tego rozkazu, jak mogłam, (dając przez to dowód, jak bardzo jestem niedoskonała w posłuszeństwie; wymawiałam się brakiem czasu i inne, jakie mi tylko na myśl przyszły, powody. Ojcu przestawiałam, bo w rzeczy samej robota taka przy tylu innych trudach, jakimi jestem obarczona, wielkiego mi przyczyniała obciążenia). Ojciec jednak na moje wymówki nie zważał i powtórzył mi rozkaz, bym powoli, jak zdołam, pisała dalej aż do końca.
23. Usłuchałam i oto skończyłam. Zdaję się w zupełności na sąd tych, którzy mają rozum i łaskę, po temu, aby, jeśli co źle powiedziałam, wykreślili, bo może właśnie złe się okaże to, co mnie się zdaje najlepsze.
Skończyłam (10) dzisiaj, w wigilię św. Eugeniusza, dnia (s.659) czternastego listopada 1576, w klasztorze Św. Józefa w Toledo, gdzie obecnie przebywam z rozkazu O. Komisarza Apostolskiego, Magistra Hieronima Graciána od Matki Bożej, obecnego naszego przełożonego nad klasztorami męskimi zarówno jak i żeńskimi pierwotnej Reguły Karmelu, a zarazem i Wizytatora Prowincji Andaluzyjskiej Reguły złagodzonej. Niechaj będzie ta praca na cześć i chwałę Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje i królować będzie na wieki wieczne. Amen.
24. Na miłość Pana naszego proszę siostry i braci, którzy to czytać będą, niechaj mię polecają Panu, aby miał miłosierdzie nade mną, wybawił mię z mąk czyśćcowych, jeśli na nie zasłużę, i dał mi cieszyć się posiadaniem Jego. Ponieważ za życia mego księgi tej nie ujrzycie, niechże więc po śmierci mam jaką zapłatę od was, o ile ją wam czytać pozwolą, za trud, jaki podjęłam w napisaniu jej i za szczerą chęć moją przyczynienia wam przez nią niejakiej pociechy.
Przypisy do rozdziału 25
(1) Od 26 maja 1575 r. do początków lutego roku następnego: prawie 9 miesięcy.
(2) S. Beatrycza od Matki Bożej (por. r. 26).
(3) Była to m. Maria od św. Józefa, jedna z największych ulubienic św. Teresy, z którą też Święta, zacząwszy od roku tej fundacji aż do końca życia ciągłą utrzymywała łączność, jak o tym świadczą jej listy.
(4) Las cuevas — pieczary, jaskinie. — Fernando Pantoja był przeorem kartuzji Najśw. Maryi Panny z las Cuevas od 1567 do 1580 r. Na temat jego przychylności dla karmelitanek bosych w Sewilli zobacz ciekawy dokument w B.M.C., t. 6 s. 250-251.
(5) Było to 3 czerwca 1576.
Przypisy do rozdziału 26
(1) 4 czerwca 1576.
(2) 29 maja 1575, a więc w ten sam dzień, w którym w nowym klasztorze odprawiono Mszę św. (por. 24, 18).
(3) Profesję złożyła w dniu 10 listopada 1577 r., jako siostra konwerska, przybierając imię Joanny od Krzyża.
(4) W tym klasztorze w Sewilli został namalowany jedyny portret św. Teresy. Wykonał go brat Jan od Nędzy na rozkaz o. Graciána, a św. Teresa również z posłuszeństwa musiała pozować. Portret jednak wskutek dość umiarkowanych zdolności malarza wypadł słabo, mimo to jest dziś dla nas bardzo cenny.
Przypisy do rozdziału 27
(1) Komandorii św. Jakuba w Komposteli.
(2) Ponieważ karmelitanki żyją w klauzurze, interesy ze świeckimi załatwiają przy tzw. kole, po hiszpańsku torno.
(3) Zakonu św. Jakuba w Komposteli.
(4) Pozwolenie królewskie nosi datę 9 czerwca 1575 r.
(5) Była to m. Anna od św. Alberta, ta sama, która wraz z wybranymi przez Świętą siostrami towarzyszyła jej do Sewilli, i której święta Fundatorka tak wysokie oddaje pochwały. — Wspomniani dwaj ojcowie byli to Ambroży od św. Piotra i Michał od Kolumny (słupa biczowania).
(6) Tą trzecią aspirantką była dońa Francisca de Tauste. Choć zachwiała się na chwilę, Bóg przecie jej nie opuścił. W kilka miesięcy potem o. Gracián, w czasie kanonicznej wizyty klasztoru, zastał ją tak umocnioną na duchu i na wszelką z siebie ofiarę gotową, że bez wahania pozwolił jej przywdziać habit. Odtąd wszystkie trzy były, i aż do śmierci pozostały, ozdobą powstałej za ich sprawą fundacji.
(7) Por. l Krl 19, 3. Mowa tam o trudach, jakie przeżywał prorok Eliasz; cytowane przez św. Teresę zdanie nie jest dosłowne.
(8) Wspomniana kapituła generalna karmelitów d. o. odbyła się we Włoszech, w Piacencji, w maju—czerwcu 1575 r., pod przewodnictwem o. Rubeo, rozkaz zaś, o którym mówi Święta, został jej wręczony pod koniec tegoż roku przez o. Anioła Salazar, prowincjała reguły złagodzonej. Rozkaz o. Rubeo złagodził o. Gracián, który był wówczas komisarzem apostolskim i pozwolił Świętej ukończyć fundację w Sewilli.
(9) To jest opis fundacji pierwszych ośmiu klasztorów i pierwszego klasztoru męskiego w Duruelo.
(10) To jest dalszy ciąg od rozdziału 21 do 27, obejmujący fundację w Segowii, w Beas, Sewilli i w Karawace, a która, jak wówczas sądziła Święta, miała być ostatnią, ponieważ wskutek oznajmionego jej zakazu, była przekonana, że dalszych fundacji już zakładać nie będzie.