św. Teresa z Avila

Rozdziały 19-21

–   KSIĘGA FUNDACJI  –


ROZDZIAŁ 19

Opowiada w dalszym ciągu o fundacji domu Św. Józefa w Salamance.

 

l. Daleko odeszłam od opowiadania mego. Ale gdy mi się nastręczy sposobność mówienia o jakiej kwestii życia duchowego, o której Pan raczył mnie drogą własnego doświadczenia pouczyć, nie mogę o niej nie wspomnieć. Może też to, co mnie (s.579) się wydaje dobrem, będzie takim w istocie. Zawsze jednak, córki, zasięgajcie rady ludzi z nauką i przez nich znajdziecie drogę doskonałości w roztropności i prawdzie. Przełożone zwłaszcza koniecznie powinny spowiadać się u światłych i uczonych teologów; inaczej w wielu rzeczach pobłądzą, a będzie im się zdawało, że postępują najlepiej. Dla sióstr także powinny się starać o spowiedników wykształconych.

2. Stanęłyśmy tedy w Salamance w wigilię Wszystkich Świętych w południe, roku, jak wyżej powiedziałam, 1570. Z gospody, w której zatrzymałyśmy się, posłałam dowiedzieć się do jednego zacnego mieszczanina, któremu zleciłam opróżnienie domu dla nas zajętego. Nazywał się Nicolas Gutierrez (1). Był to bardzo gorliwy sługa Boży; cnotliwym życiem swoim zasłużył sobie u Pana na łaskę wielkiego pokoju i wesela wewnętrznego w wielu utrapieniach, jakich doświadczył. Niegdyś bardzo zamożny, przyszedł do zupełnego ubóstwa, a tak ochotnie je znosił, jakby największe posiadał bogactwa. W założeniu tej fundacji bardzo nam był pomocny, ochotną wolą i prawdziwym poświęceniem siebie wiele około niej pracy sobie zadając. Otóż przyszedłszy do mnie na wezwanie moje, oznajmił mi, że dom jeszcze nie jest opróżniony, bo dotąd nie mógł skłonić studentów do ustąpienia z niego. Wytłumaczyłam mu, jak wiele mi zależy na bezzwłocznym zajęciu tego domu, pierwej, nim przyjazd mój stanie się wiadomy w mieście, bo, jak już mówiłam, zawsze byłam w obawie, by jeszcze nam jaka przeszkoda w drogę nie weszła. Za czym Gutierrez udał się do właściciela domu i choć nie bez trudności, dokazał tego, że przed wieczorem zrobiono nam miejsce i tegoż dnia jeszcze mogłyśmy się na noc przenieść do siebie.

3. Była to pierwsza fundacja, którą otworzyłam bez wprowadzenia Najświętszego Sakramentu. Sądziłam zawsze, że bez tego nie ma istotnego wejścia w posiadanie i dopiero niedawno przedtem dowiedziałam się, że nie jest to warunek (s.580) konieczny, z czego na ten raz bardzo się cieszyłam, wobec wcale niepięknych porządków, jakie zastałyśmy po studentach. Panowie ci, snadź niewybredni w punkcie ochędóstwa, w takim stanie cały dom pozostawili, że niemało przez noc włożyłyśmy pracy, nim go doprowadziłyśmy do czystości. Nazajutrz rano odprawiona została pierwsza Msza święta, po czym zaraz posłałam po więcej sióstr, które miały przybyć z Medina del Campo. Noc po tym dniu Wszystkich Świętych spędziłyśmy z towarzyszką moją zupełnie same. Przyznam się wam, siostry, że dotąd jeszcze śmiać mi się chce, gdy wspomnę na strach, jakiego wówczas użyła towarzyszka moja, Maria od Najświętszego Sakramentu, zakonnica starsza ode mnie i bardzo świątobliwa służebnica Boża.

4. Dom był bardzo obszerny, z mnóstwem schowań i zakamarków, ale pusty i zaopuszczony. Otóż siostra Maria nie mogła sobie wybić z głowy, że kiedy ci studenci tak się ociągali z ustąpieniem, pewno który z nich pozostał jeszcze gdzieś w jakim kącie ukryty; i bez wątpienia, że gdyby był chciał, mógłby to zrobić, bo miałby gdzie się schować. Zamknęłyśmy się w jednym pokoju, gdzie była słoma; jest to pierwsza rzecz, o którą się staram przy założeniu nowego domu, bo mając słomę, już jesteśmy spokojne o nocleg. Na niej więc tę pierwszą noc spałyśmy, pod dwiema kołdrami, których nam pożyczono. Nazajutrz też zakonnice z pobliskiego klasztoru św. Elżbiety (2), choć my obawiałyśmy się, że bardzo będą nierade naszemu w tak bliskim z nimi sąsiedztwie osiedleniu się, z wielką życzliwością pożyczyły nam rzeczy potrzebnych dla mających przybyć naszych towarzyszek. Dostarczyły nam również pożywienia i potem jeszcze, przez cały czas naszego w tym domu pobytu, wiele nam świadczyły dobrodziejstw i wspierały nas jałmużną.

5. Otóż, znalazłszy się w tym pokoju dobrze zamkniętym, (s.581) siostra Maria co do studentów jakoby nieco się uspokoiła; mimo to jednak wciąż oglądała się ze strachem, to w jedną, to w drugą stronę. Zapewne i diabeł przyczyniał się do tego jej przerażenia, nasuwając jej widma urojonych niebezpieczeństw, aby przez nią nastraszyć i mnie, do czego przy ciągłych moich słabościach sercowych niewiele było potrzeba. “Czegóż tak się oglądasz — zapytałam jej — kiedy wiesz, że nikt tu wejść nie może?” — ,,Matko — odpowiedziała mi — ja myślę sobie, co by to było, gdybym teraz tu nagle umarła: co byś ty wówczas sama jedna poczęła?” Istotnie, podobny wypadek, gdyby się zdarzył, byłby dla mnie, przyznaję, ciężkim do przebycia. Zatrzymałam się na chwilę myślą nad tym przypuszczeniem i nawet się przelękłam, bo widok trupa, choć się go nie boję, zawsze mi, choćbym nie była sama, sprawia pewne omdlenie sercowe. Ciągły przy tym odgłos dzwonów, bo było to — jak mówiłam — w wigilię Dnia Zadusznego, wzmacniał to wrażenie, a przy tym i diabeł z tej sposobności skorzystał, aby nam takimi dzieciństwami myśli poplątać. Ten bowiem jest zwykły sposób jego, że gdy widzi, iż się go nie boimy, innych wtedy szuka dróg, by nas zatrwożyć. W końcu jednak, po chwili zastanowienia, powiedziałam siostrze Marii: “Jak się to stanie, wtedy pomyślę, co zrobić, tymczasem, siostro, daj mi spać”. Jakoż po dwu bezsennych nocach, rychło, nam sen uśpił strachy nasze, a nazajutrz przybycie reszty sióstr zupełnie je rozpędziło.

6. Klasztor nasz pozostawał w tym domu około trzech lat, czy czterech nawet, dobrze nie pamiętam. Mnie w tym czasie kazano udać się do klasztoru Wcielenia w Awili (3). Nie był to (s.582) dla mnie rozkaz pożądany, bo nigdy bym z własnej woli nie opuściła nowej fundacji, póki bym nie zostawiła sióstr w domu własnym, spokojnym i odpowiednio urządzonym. Nigdy też, o ile to zależało ode mnie, inaczej nie postępowałam. Bóg mi użyczał tej wielkiej łaski, że do pracy i trudu zawsze byłam pierwsza i niewypowiedzianą w tym znajdowałam dla siebie przyjemność. W każdym domu sama obmyślałam i urządzałam wszystkie, aż do najdrobniejszych, szczegóły do spokojnego i z powołaniem naszym zgodnego życia służące, jak gdybym miała sama w nim mieszkać aż do śmierci. I wielką to było dla mnie pociechą, ile razy mogłam, odjeżdżając pozostawić siostry dobrze umieszczone. Dlatego też bardzo się martwiłam, wiedząc, że te, które zostawiłam w Salamance, na wielkie tam narażone są cierpienia, nie pod względem utrzymania (o tym, ponieważ dom nadto był położony na ustroniu, aby można było liczyć na jałmużny, ja sama z miejsca pobytu mego pamiętałam), ale pod względem zdrowia, bo w domu była wilgoć i zimno dotkliwe, a z powodu znacznej obszerności jego nie starczyło nam środków na gruntowne zaradzenie złemu. Co zaś najgorsza, nie można było trzymać w nim Najświętszego Sakramentu, co dla dusz, w takim zamknięciu żyjących, bardzo bolesną jest rzeczą. One jednak wcale się nie trapiły tym przykrym położeniem swoim, owszem, z takim je znosiły weselem, że było za co dziękować Bogu. Niektóre z nich mówiły mi, że wyrzucałyby to sobie jako niedoskonałość, gdyby pragnęły innego domu, kiedy z tego zupełnie są zadowolone, zwłaszcza gdyby mogły mieć w nim Najświętszy Sakrament.

7. Wreszcie przełożony nasz (4), widząc taką ich doskonałą cierpliwość w takich ciężkich, jakie miały do zniesienia przykrościach, zlitował się nad nimi i kazał mi opuścić klasztor Wcielenia, a pojechać do nich. One już umówiły się z jednym panem ze szlachty miejscowej o ustąpienie im domu, jaki posiadał w mieście; ale dom ten był w takim stanie, że (s.583) musiałyśmy wydać przeszło tysiąc dukatów, nim mogłyśmy się do niego wprowadzić. Dom ten stanowił majorat, więc do zmiany własności potrzeba było pozwolenia królewskiego. On jednak zgadzał się na to, byśmy i przed wydaniem tego pozwolenia dom zajęły, pozwalał nam nawet robić w nim zmiany i wznosić potrzebne nam ściany i przegrody. Uprosiłam O. Juliana z Awili, który mi, jak mówiłam, w tych fundacjach towarzyszył i w czasie przeniesienia mego do klasztoru Wcielenia także pojechał ze mną, aby mi i teraz towarzyszył do Salamanki. Obejrzeliśmy razem ten dom dla przekonania się, co jest w nim do zrobienia, gdyż dobrze się znałam już na tych rzeczach.

8. Przyjechałyśmy w sierpniu, i jakkolwiek przyspieszałam ile możności roboty, aby się skończyły do św. Michała, to jest do pory odnawiania dzierżaw rocznych, dużo jednak jeszcze w tym terminie brakowało do tego, by dom zupełnie był gotów. Mimo to jednak musiałyśmy przenieść się zaraz, choć do niegotowego, bo dzierżawy tego domu, w którym stałyśmy, nie przedłużyłyśmy na rok następny i nowy lokator bardzo naglił, abyśmy się wynosiły. Kaplica ledwie była pobielona i to nie całkiem jeszcze. Pan, który nam sprzedał ten dom, był nieobecny. Różni życzliwi odradzali nam i ganili, że się tak nagle wprowadzamy; ale wobec konieczności trudno zważać na rady, nie zaradzające potrzebie.

9. Wprowadziłyśmy się więc w wigilię świętego Michała, nad ranem. Było już ogłoszone, że otworzenie domu, z wprowadzeniem Najświętszego Sakramentu i z kazaniem, odbędzie się nazajutrz, w sam dzień święta. Spodobało się Panu, że właśnie w czasie naszego przeprowadzania się, wieczorem, począł padać taki deszcz rzęsisty, że z przenoszeniem rzeczy potrzebnych niemałą miałyśmy trudność. Kaplica świeżo zbudowana, źle była pokryta, skutkiem czego prawie nie było w niej kąta, gdzie by nie zaciekało. Przyznam się wam, córki, że tego dnia bardzo się uczułam niedoskonałą. Wobec ogłoszonego już i zapowiedzianego nabożeństwa nie wiedziałam, co począć. Trapiłam się tylko bezradna i wreszcie, jakby (s.584) utyskując, powiedziałam Panu, żeby mi albo nie zlecał takich rzeczy, albo zaradził tej potrzebie (5). Poczciwy nasz Nikolas Gutierrez, spokojny, jak gdyby nic złego nie groziło, cicho i łagodnie uspokajał mię, bym się nie trapiła. Bóg wszystkiemu zaradzi. I tak się stało. W dzień św. Michała, w porze kiedy ludzie mieli się zbierać na nabożeństwo, słońce zajaśniało. Powitałam je z uczuciem najgłębszej ku Bogu wdzięczności i trudno mi było nie uznać, że daleko lepiej postąpił ten święty człowiek, z ufnością polegając na Panu, niż ja, poddając się zmartwieniu memu.

10. Zebrało się sporo ludzi i z wielką uroczystością, przy odgłosie muzyki, odbyło się wprowadzenie Najświętszego Sakramentu. A ponieważ dom ten bardzo dobrze jest położony w jednej z głównych dzielnic miasta, więc i wiadomość o nas szerzej się rozchodziła i poczęli różni z nabożeństwem garnąć się do naszego klasztoru. Dwie panie szczególnie wiele nam okazywały życzliwości: dońa Maria Pimentel, hrabina de Monterey (6) i dońa Mariana, małżonka burmistrza miasta. Zaraz (s.585) nazajutrz, jakby umyślnie dla zasępienia nam radości naszej z posiadania Najświętszego Sakramentu, przyjechał właściciel domu, tak zły i zagniewany, że nie wiedziałam już, co z nim począć. Snadź diabeł był w tym, że nie było sposobu dojść z nim do ładu. Przedstawiałam mu, że warunki umowy wszystkie spełniłyśmy, ale wszelkie racje i perswazje moje były daremne. Za wstawieniem się kilku osób życzliwych ułagodził się nieco, ale potem znowu zmienił zdanie. Byłam już gotowa oddać mu dom; ale i na to się nie zgadzał, żądał tylko wypłacenia mu od razu całej kwoty, co było przeciwne umowie. Dom ten bowiem w istocie należał do żony jego, która go chciała sprzedać dla wyposażenia dwu córek swoich, i ten był tytuł powoływany w podaniu o pozwolenie królewskie, my zaś, do czasu nadejścia onegoż, pieniądze za dom należne złożyłyśmy wedle umowy, na ręce osoby przez samegoż tego pana wskazanej.

11. Z całego tego zawikłania wynikło to, że dzisiaj jeszcze, po upływie trzech lat, sprawa tego kupna nie jest skończona i nie wiem, czy klasztor nasz będzie mógł pozostać w tym domu, jak w chwili, kiedy to piszę, jeszcze w nim pozostaje, czy też trzeba będzie przenieść go gdzie indziej (7).

12. To tylko wiem, że w żadnym z klasztorów tej naszej Reguły pierwotnej, jakie dotąd Pan nam założyć pozwolił, siostry nie miały tyle przykrości do zniesienia, ile w tym ostatnim. Ale tyle w nich jest, z miłosierdzia Bożego, ochotnej woli do cierpienia, że wszystko to znoszą z weselem, w czym (s.586) niechaj Pan w boskiej dobroci swojej i nadal utwierdzać je raczy. Mniejsza o to, jaki nam dom na mieszkanie przypadnie, wygodny czy niewygodny; owszem, na wspomnienie, jako Pan wszystkiego świata nie miał na tym świecie własnego schronienia, wielka to dla nas pociecha mieszkać w domu, z którego nas wyrzucić mogą. Takie tułanie się po obcych, pożyczanych kątach nieraz nam się zdarzało, jak o tym świadczą te fundacje; ale mogę oddać to świadectwo prawdzie, że nigdy nie spostrzegłam, by która siostra tym sobie przykrzyła. Niechże nam za to nie zabraknie mieszkania w domu wieczności, co niechaj Pan raczy sprawić przez nieskończoną dobroć i miłosierdzie swoje, amen, amen.

 

ROZDZIAŁ 20

O fundacji klasztoru Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Alba de Tormes, roku 1571.

 

l. W niespełna dwa miesiące po dokonanym w dzień Wszystkich Świętych objęciu domu w Salamance, podskarbi księcia Alby i jego żona (1) zgłosili się do mnie z usilnym naleganiem, abym w tym mieście, to jest w Alba de Tormes, założyła klasztor. Nie miałam wielkiej chęci do tej fundacji, bo w takiej małej mieścinie klasztor nie mógłby istnieć bez stałych dochodów, a moim życzeniem zawsze było, by wszystkie domy nasze utrzymywały się z samej tylko jałmużny. Ale bawiący wówczas w Salamance o. licencjat Dominik Bańez, który był moim spowiednikiem, jak o tym wspomniałam na początku tych fundacji, zganił mnie za ten mój upór, tłumacząc mi, że skoro sobór trydencki na dochody pozwala, byłoby to dzieciństwem z mojej strony, gdybym z takiego powodu wymawiała się od założenia nowego klasztoru. Dodał przy tym, że to moje bezwarunkowe odrzucanie dochodów dowodzi niezrozumienia (s.587) rzeczy. Doskonałość bowiem i ubóstwo zakonne zgoła nie zależą od tego, czy klasztor posiada majątek, czy nie (2).

Lecz nim przystąpię do opisu fundacji, pierwej powiem o fundatorce tego domu i w jaki sposób Pan ją pobudził do tego pobożnego przedsięwzięcia.

2. Fundatorka tego klasztoru Zwiastowania Najświętszej Panny w Alba de Tormes, Teresa de Layz, pochodziła z rodu wysokiego, z najprzedniejszych, najczystszej krwi hidalgów. Rodzice jej jednak, nie posiadając odpowiedniego majątku ani środków dostatecznych do utrzymania dawnej świetności rodu, mieszkali na wsi, w Tordiiios, miejscowości odległej o dwie mile od miasta Alby. Jest to rzecz prawdziwie pożałowania godna ta próżność panująca na świecie, dla której tacy ludzie wolą raczej skazać siebie na ukrywanie się gdzieś w odludnym zakątku, gdzie żyją pozbawieni towarzystwa, nauki i tylu innych rzeczy, służących ku oświeceniu duszy, niż odstąpić w najmniejszej rzeczy od tego, czego rzekomy ich honor wymaga. Rodzice Teresy de Layz, mając już cztery córki w chwili przyjścia jej na świat, bardzo byli nieradzi narodzeniu się tej piątej.

3. Prawdziwie opłakane to zaślepienie śmiertelnych ludzi! Nie wiedzą, co jest dla nich lepszego, nie zdołają rozumem swoim przeniknąć ukrytych przed nami wyroków Bożych, nie potrafią odgadnąć, ile i jak wielkiej pociechy właśnie córka im przynieść może, a przeciwnie właśnie syn może im przyczynić zmartwienia. A przecie nie chcą zdać się na wolę Tego, który wszystko wie i tworzy, i gryzą się i martwią tym, z czego by się radować powinni. Śpiącą czy martwą wiarą swoją nie umieją wyżej podnieść swych myśli; nie pomną, że Bóg sam wszystko zrządza, że w Jego ręce z ufnością oddać się powinni. A o ile wielkim jest ich zaślepienie, że tego nie czynią, o tyle też jawny jest ich nierozum, że tak się martwią i gryzą na próżno, ani się nie zastanowią nad tym, że nic im to nie pomoże. O Boże wielki! Jakże inaczej sądzić będą o tych ślepych wymaganiach i (s.588) żalach swoich w on dzień, w którym każda rzecz objawi się w prawdziwym swoim świetle! Iluż tam ojców znajdzie się w piekle przez tych synów, których tak pragnęli! Ile matek ujrzy się w niebie, dzięki cnotom i zasługom swoich córek!

4. Wracam do opowiadania mego. Rodzice podali małą do chrztu w sam dzień jej narodzenia, co było godne pochwały. Ale zresztą tak mało dbali o jej życie, że trzeciego dnia, od rana do wieczora, zostawili ją samą; nikt przez cały dzień nie zajrzał do dziecka. Wieczorem dopiero przyszła najęta piastunka i dowiedziawszy się, co się dzieje, prędko pobiegła do maleństwa, prawie pewna, że już umarło. Kilka osób, przybyłych w odwiedziny do matki, poszło za nią. I oto w ich oczach stała się rzecz dziwna. Piastunka z płaczem wzięła dziecko na ręce i z wyrazem oburzenia na nieludzkie z nim obchodzenie się rodziców, zawołała: “Jak to, biedna dziecino, nie jesteś nawet ochrzczona?” Na to dziecko podniosło głowę i wyraźnie wymówiło: “Jestem”. Po tym jednym słowie, znowu jak każde inne dziecko, stała się i pozostała niemowlęciem, aż do czasu, kiedy dzieci mówić zaczynają. Wielkie było zdumienie obecnych, a matka od tego czasu pokochała dziecinę i troskliwą otaczała ją opieką. Często mówiła, że pragnęłaby dłużej żyć, aby mogła zobaczyć jeszcze, co Bóg z tym dziwnym dzieckiem uczyni. Wychowała ją, wraz z siostrami, jak najstaranniej, zaprawiając je do pobożności i wszelkiej cnoty.

5. Gdy doszła do lat, rodzice poczęli myśleć o wydaniu jej za mąż, czemu ona z początku się sprzeciwiała, chcąc pozostać panną. Aż gdy któregoś dnia usłyszała, że Francisco Velazquez, który później miał być wraz z nią fundatorem tego domu, oświadcza się o jej rękę, natychmiast na samo wymienienie jego nazwiska oświadczyła gotowość wyjścia za niego, choć go zupełnie nie znała. Pan sam tak zrządził, aby tym sposobem przyszło do skutku to dobre dzieło, które oni we dwoje na chwałę jego wykonali. Velazquez, mąż cnotliwy a bogaty, tak kocha swą żonę, że wszystko gotów jest uczynić dla zrobienia jej przyjemności i słusznie, bo wszelkie zalety i cnoty, jakie zdobić mogą niewiastę zamężną, Pan jej w (s.589) wysokim stopniu użyczył. Wzorowa z niej pani domu, a przy tym z dobrocią niezrównaną łączy nieugiętą stałość w uczciwości i cnocie, czego zwłaszcza w jednym zdarzeniu świetny dała dowód. Mąż po ślubie osiadł z nią w Albie, skąd był rodem. Gdy po niejakim czasie kwatermistrze książęcy umyślili w zajmowanym przez nich domu wyznaczyć mieszkanie jakiemuś młodemu kawalerowi, ona tak się na to obruszyła, że dalszy pobyt w tym domu stał się dla niej nieznośny. Będąc bowiem młodą i przystojną, a widząc, że diabeł już zaczyna w tym młodym człowieku wzniecać myśli nieuczciwe, bała się, by z tego nie wynikło co złego.

6. Nie mówiąc więc nic mężowi o tych obawach swoich, prosiła go tylko, by ją zabrał z tego miejsca, a on, czyniąc zadość jej życzeniu, przeniósł się z nią do Salamanki, gdzie w czasie, gdy ich poznałam żyli szczęśliwi i w wielkich dostatkach, bo niezależnie od własnego majątku swego, Velazquez piastował tam wysoki urząd, zapewniający mu wielkie wpływy i powszechne poważanie. Jedno tylko mieli zmartwienie: Pan nie dawał im dzieci. Żarliwe w tym celu zanosiła do Boga modlitwy i różne ofiarowała uczynki pobożne, zawsze tylko o to jedno Pana prosząc, by raczył jej dać potomstwo, które by po niej chwaliło Boski Majestat Jego, bo pobożne serce jej nie mogło przenieść na sobie tej myśli, by cześć i miłość, jaką Bogu oddaje, miała się skończyć z jej życiem, by nikogo nie pozostawiła po sobie, kto by ją dalej przedłużał. Nigdy, jak mię upewniała, te jej pragnienia i prośby o potomstwo innego celu nie miały. I wierzę temu, bo jest to osoba tak szczera i wysoce cnotliwa, że niepodobna mi wątpić o rzetelności tego jej zapewnienia. Z głębi serca dzięki czynię Panu, patrząc na cnotliwe życie tej duszy, tak żarliwie we wszystkim jedynie chwały i upodobania Bożego pragnącej i taką obfitością zasług i dobrych uczynków każdą chwilę życia swego zapełniającej.

7. Po kilku latach takich gorących, a wciąż daremnych pragnień, w ciągu których bezustannie mnożyła swoje w tym celu modlitwy i nabożeństwa, polecając się zwłaszcza św. Andrzejowi, szczególnemu, jak jej mówiono, w podobnych (s.590) sprawach patronowi, pewnej nocy, ułożywszy się już do snu, usłyszała głos, mówiący do niej: “Nie pragnij dzieci: byłyby tobie na potępienie”. Choć zdumiona i przerażona tym głosem, nie zrzekła się przecie pragnienia swego; zdawało jej się niepodobieństwem, by rzecz tak dobra, z tak czystą intencją pożądana, mogła stać się dla niej przyczyną potępienia. Nie zważając więc na tajemnicze ono ostrzeżenie, przedłużała swoje modlitwy, wciąż prosząc Pana o potomstwo i polecając się, jak przedtem, szczególnej przyczynie świętego Andrzeja. Aż jednego dnia, gdy żywiej niż zwykle zajęta była tą główną myślą swoją, miała takie widzenie, sama nie wie, czy było to we śnie, czy na jawie, ale w każdym razie ze skutków się okazało, że było to widzenie od Boga. Zdawało jej się, że stojąc na ganku jakiegoś domu, widzi pod sobą dziedziniec ze studnią pośrodku, a nie opodal za nią łąkę, bujnie się zieleniącą, i wśród tej łąki pełno kwiatów białych, tak pięknych, że żadne słowa nie zdołałyby opisać dziwnego ich wdzięku. Przy studni zaś ukazał jej się św. Andrzej z zachwycająco poważnym i pięknym obliczem i ukazując na one kwiaty, rzekł do niej: “Oto inne dzieci niż te, których pragniesz”. Tak wielkim to widzenie napełniło ją weselem, że rada by była całe życie na nie patrzyć; ale trwało tylko chwilę. Jasno jednak zrozumiała, choć jej nikt tego nie powiedział, że był to św. Andrzej, i tego również była pewna, że Bóg jej objawił wolę swoją, aby założyła klasztor. Było to więc widzenie umysłowe zarazem i wyobrażeniowe; i nie mogło być ono, jak o tym przekonywają następujące dowody, ani prostym tylko urojeniem, ani też ułudą diabelską.

8. Że nie było to urojenie, dowodem tego wielkie i pomyślne skutki, jakie z tego widzenia wynikły; pragnienia owe, przedtem tak gorące i ustawiczne, od razu ustały i tak głęboko w sercu jej pozostało przekonanie, że taka jest wola Boża, że nigdy odtąd Pana nie prosiła o potomstwo ani go nie pożądała. Że zaś, po wtóre, nie było w tym ułudy diabelskiej, okazuje się to również tak z tego dobrego skutku, jakiego żadna sprawa diabelska nigdy zdziałać nie może, bo w istocie klasztor (s.591) ten stanął i dotąd istnieje i bardzo w nim wierną służbę Pan odbiera, i wreszcie z tego, że widzenie ono o sześć lat z górą wyprzedziło założenie klasztoru, a diabeł nie jest mocen wiedzieć naprzód, co się stanie w przyszłości.

9. Pod wrażeniem świętego przerażenia, jakim ją przeniknęło to widzenie, Teresa przedstawiła mężowi myśl swoją, że kiedy nie ma w tym widocznie woli Bożej, by doczekali dzieci, więc najlepiej, zdaniem jej, użyją majątku swego na założenie klasztoru. On, zawsze do wszelkiej sprawy dobrej ochotny i dla miłości żony gotowy we wszystkim dogodzić pobożnym jej chęciom, z radością przyjął jej wniosek. Poczęli więc obmyślać miejsce na zamierzoną fundację. Teresa chciała ją założyć w rodzinnym mieście swoim, ale on jej przekonywającymi racjami wytłumaczył, że nie byłoby to miejsce odpowiednie.

10. Gdy jeszcze tak się między sobą naradzali, księżna Alby przysłała po Velazqueza, wzywając go, aby przeniósł się na powrót do Alby i przyjął urząd głównego pełnomocnika i zarządzającego jej domem. On, ulegając woli możnej pani, zgodził się na jej żądanie, chociaż nowy ten urząd daleko mniej był korzystny od tego, który sprawował w Salamance. Żona jego, na pierwszą o tym postanowienu wiadomość, bardzo się zmartwiła, bo jak mówiłam, pobyt w Albie był dla niej wstrętny. Wprawdzie uspokoiła się nieco, gdy mąż dał jej zapewnienie, że do domu, w którym zamieszkają, obcych lokatorów pod żadnym warunkiem nie dopuści, zawsze jednak z wielkim żalem opuszczała Salamankę, bo pobyt w tym mieście był dla niej ze wszech miar dogodniejszy. Tymczasem Velazquez odjechał do Alby i kupiwszy tam dom zawezwał ją do siebie. Pojechała bardzo niechętnie, a większą jeszcze przykrość miała, gdy ujrzała dom nowo nabyty zaniedbany, niewygodny, bez żadnych zabudowań gospodarskich, bardzo więc niewesoło tę pierwszą noc w nim spędziła. Lecz oto gdy nazajutrz rano wyszła na dziedziniec, ujrzała w pośrodku jego studnię, zupełnie podobną do tej, przy której był jej się ukazał św, Andrzej i całą miejscowość i położenie jej najdokładniej te (s.592) same, jak je oglądała w onym widzeniu. Nie było tylko Świętego ani łąki, ani kwiatów, ale te miała niezatarcie wyryte w wyobraźni i w pamięci.

11. Zdumiała się na ten widok i tejże chwili postanowiła, że w tym miejscu założy klasztor, wielkie przy tym czując zadowolenie wewnętrzne i uspokojenie wstrętu swego do mieszkania w Albie i ani myśląc już o zamienieniu go na inne. Poczęli oboje skupywać domy sąsiednie i tym sposobem utworzyli sobie obszerną posiadłość, założonemu celowi zupełnie odpowiednią. Jeszcze jednak pozostawała w wielkiej niepewności, jakiemu Zakonowi najlepiej byłoby oddać mający powstać klasztor, zwłaszcza że chciała, aby zakonnice w nim były w małej liczbie, a reguła surowa i klauzura ścisła. Wezwała do rady dwóch ojców, z dwu różnych Zakonów, obu bardzo pobożnych i uczonych. Otóż obaj radzili jej, by raczej fundusz swój obróciła na inny jaki zakład pobożny, bo zakonnice, mówili, po większej części przykrzą sobie w powołaniu swoim. Takie i inne tym podobne racje podawał im diabeł, chcąc w samym zarodku zdławić przedsięwzięcie, jego chęciom i celom tak przeciwne. Jej także, za sprawą tegoż złego ducha, rady tych dwóch ojców wydały się słuszne, tym bardziej, że obaj usilnie obstawali za zdaniem swoim, wciąż jej dowodząc, że z założenia klasztoru żadnego nie byłoby pożytku. Nalegania ich tak ją zatrwożyły i z tropu zbiły, że w końcu już postanowiła od zamiaru swego odstąpić. Mąż jej także, gdy mu o tym oznajmiła, uznał, że skoro tacy ludzie pobożni i uczeni ganią ich zamiary, jedynie dla chwały Bożej powzięte, nic im nie pozostaje innego, jeno ich zaniechać. Umyślili za to siostrzeńca jej, którego bardzo kochała, młodego jeszcze człowieka, a bardzo pobożnego, ożenić z jedną z siostrzenic Velazqueza, oddać im znaczną część swoich majętności, a resztę obrócić na uczynki miłosierne. Postanowili więc oboje tak uczynić i na takim rozporządzeniu spokojnie już poprzestać.

12. Postanowienie to jednak spełzło na niczym, bo Pan postanowił inaczej. W niespełna dwa tygodnie potem siostrzeniec Teresy nagle zasłabł śmiertelnie i w kilka dni Pan go (s.593) zabrał do siebie. Ją ta śmierć niespodziana niezmiernie przeraziła; najmocniej była przekonana, że sama ją sprowadziła swoim sprzeniewierzeniem się woli Bożej i pierwszemu swemu postanowieniu oddania dóbr swoich Panu samemu. Stanął jej na myśli Jonasz prorok i co go spotkało za to, że nie chciał być posłusznym Bogu (3). Strata tego siostrzeńca, tak jej drogiego, wyraźną jej się wydała karą Bożą. Tejże chwili niezachwiane już uczyniła postanowienie, i mąż jej podobnież, że bezwarunkowo i bądź co bądź klasztor założą. Nie wiedzieli tylko jeszcze, w jaki sposób wykonać to postanowienie. Chociaż bowiem Bóg natchnął ją wówczas tym, co obecnie już spełniła, każdy jednak, komu o tym mówiła i opisywała, jaki chce mieć klasztor, nie wyjmując nawet jej spowiednika, poważnego bardzo i uczonego franciszkanina, śmiał się z niej, że zachciewa jej się rzeczy, jakich nie ma na świecie. Ciężkie więc z tego powodu miała strapienie.

13. W tymże czasie zakonnikowi, o którym tylko co wspomniałam, wypadła potrzeba udania się do pewnego miasta. Tam dowiedział się o tych naszych klasztorach Najświętszej Panny z Góry Karmeł, które wówczas w różnych miejscach się zakładały. Zebrawszy odpowiednie informacje o wszystkim, po powrocie do Alby oznajmił Teresie, że znalazł, czego jej potrzeba, że będzie mogła założyć klasztor taki, jakiego sobie życzy. Opowiedział jej potem wszystko, co widział i co słyszał i poradził jej, aby się ze mną porozumiała. Tak i uczyniła. Nie obyło się jednak bez trudności, nim układ między nami przyszedł do skutku. Ja zawsze trzymałam się i trzymam tej zasady, że kiedy już mam założyć klasztor z dochodami, dochody te powinny być zupełnie wystarczające, tak aby siostry nie były potem zmuszone udawać się o pomoc do krewnych czy innych. Wymagam więc od fundatorów, by im zepewnili pożywienie, ubranie i wszystkie potrzeby domowe i możność troskliwego pielęgnowania chorych. W razie bowiem braku tych rzeczy potrzebnych, różne stąd wynikają złe (s.594) następstwa. Kiedy zakładam klasztor bez dochodów stałych, mający się utrzymywać jedynie z jałmużny (a założyłam ich wiele), nigdy mi nie brak odwagi i ufności, bo mam pewność niezachwianą, że Bóg go nie opuści. Gdy jednak chodzi o fundacje z dochodami, wszystka mię otucha opuszcza i jeśli dochody mają być szczupłe i niedostateczne, wolę wcale klasztoru nie zakładać. Tak i w tym razie stawiałam warunki, które na pierwszym wstępie wydały się wygórowane przezacnym fundatorom moim.

14. W końcu jednak przyznali mi słuszność i zgodzili się na wyznaczenie dochodów dostatecznych na utrzymanie postanowionej liczby sióstr. Zatem jeszcze i z własnego domu ustąpili, oddając go nam na własność, a sami się przenieśli do drugiego, bez porównania gorszego. Był to z ich strony dowód uprzejmej i z ofiarą ze siebie dobroci, który w oczach moich bardzo wysoką ma cenę. Najświętszy Sakrament został wprowadzony i fundacja na cześć i chwałę Boga dokonała się w dzień Nawrócenia św. Pawła (4), roku 1571. Dobrą i wierną, o ile mnie się zdaje, Pan w tym domu służbę odbiera; niechże mu, w boskiej łaskawości swojej, coraz wyższego użycza wzrostu i postępu.

15. W poprzednich rozdziałach zaczęłam opowiadać pewne szczegóły o niektórych siostrach tych klasztorów, licząc na to z jednej strony, że nim te pisma zostaną ogłoszone, te, o których mówię, już nie będą na tym świecie, choć dziś jeszcze żyją; a z drugiej strony spodziewając się, że te, które po nich przyjdą, czytając te rzeczy, wezmą sobie z nich pobudkę do naśladowania takich dobrych początków i przykładów. Później jednak przyszło mi na myśl, że znajdą się tacy, którzy lepiej i dokładniej ode mnie potrafią te rzeczy opisać, tym bardziej, że nie będzie ich wstrzymywała obawa, która mnie stawała na przeszkodzie, mianowicie: by kto czytając opis tych dziwnych i chwalebnych rzeczy, nie przypisywał mnie jakiegokolwiek w nich udziału. Z tego powodu milczeniem pominęłam wiele (s.595) szczegółów, których nie można nie uznać za cudowne, dla wyraźnie nadprzyrodzonego ich charakteru. Przemilczałam również wiele nadzwyczajnych łask i cudów, które Pan, na skutek modlitwy tych oblubienic swoich, jawnie i w oczach wielu uczynił.

Co do oznaczenia dat tych fundacji, nie jestem pewna, czy nie popełniłam tu i ówdzie jakiej omyłki, lubo staram się ile mogę dokładnie je sobie przypomnieć. Wymieniam je tak, jak je pamiętam; jeśli się w czym mylę, nie jest to rzecz wielkiej wagi i da się później naprawić. Różnica w każdym razie nie będzie znaczna (5).

 

ROZDZIAŁ 21

O fundacji Karmelu Św. Józefa w Segowii, w sam dzień św. Józefa, roku 1574.

 

l. Wspomniałam wyżej, jako po założeniu klasztoru w Salamance i w Albie, gdy jeszcze pierwszy z nich nie posiadał własnego domu, O. Pedro Fernandez, sprawujący w tym czasie urząd komisarza apostolskiego, kazał mi na trzy lata udać się do klasztoru Wcielenia w Awili, i jako potem, widząc naglącą potrzebę sióstr w Salamance, pozwolił mi wrócić do nich, dla przeniesienia ich do domu własnego (1). Otóż w czasie, gdy byłam zajęta nabyciem i urządzeniem tego domu. Pan któregoś dnia rozkazał mi na modlitwie, bym się udała do Segowii i tam założyła nowy klasztor. Rozkaz ten wydał mi się niepodobnym do spełnienia; nie mogłam podejmować tej fundacji, nie mając na to wyraźnego polecenia komisarza (s.596) apostolskiego, O. Magistra Pedra Fernandeza, a ten niedawno przedtem oznajmił mi, że nie życzy sobie, bym zakładała więcej klasztorów. Przy tym i to miałam na względzie, że przepisany mi trzyletni termin przeciwieństwa w klasztorze Wcielenia nie upłynął jeszcze i rozumiałam, że ten jest właśnie powód, dla którego przeciwny jest on nowym fundacjom. Ale Pan, gdy zastanawiałam się nad tymi trudnościami, rzekł do mnie, bym mu wyjawiła, że mam ten zamiar, a On sam przywiedzie go do skutku.

2. Napisałam więc do O. Fernandeza, obecnego w tej porze w Salamance. Przedstawiłam mu, że jak mu wiadomo, mam od Przew. naszego O. Generała polecenie, abym ile razy mi się zdarzy sposobność podjęcia nowej fundacji, nigdy jej nie opuszczała. Obecnie zaś w Segowii i ze strony miasta, i ze strony biskupa nastąpiła już zgoda na fundację klasztoru naszej Reguły i gotowa jestem podjąć się jej, jeśli Jego Przewielebność mi każe; że z obowiązku sumienia o tym mu donoszę i że cokolwiek w tym względzie postanowi, ja ochotnie i spokojnie zastosuję się do woli jego. Te były mniej więcej, zdaje mi się, słowa listu mego; w końcu jeszcze dodałam, że, zdaniem moim, z fundacji tej może być chwała Bogu. Widocznie jej Bóg też chciał, bo natychmiast otrzymałam od o. Fernandeza odpowiedź przychylną, wraz z upoważnieniem do założenia tego klasztoru, czemu po tym, co mi pierwej powiedział, wielce się zdziwiłam. Z Salamanki jeszcze postarałam się o najęcie domu w Segowii, bo doświadczenia przebyte w Toledo i w Valladolid nauczyły mię, że lepiej naprzód się usadowić, a potem dopiero szukać własnego domu. Różne za tym przemawiają racje, z których ta jest najważniejsza, że przyjeżdżając na fundację bez grosza w kieszeni, nie mam za co domów kupować, skoro zaś klasztor stanie gotowy, Pan zaraz nasyła nam dobrodziejów, za czym już możemy nie tylko nabyć dom byle jaki, ale i wybrać sobie taki, który by leżał w miejscu dla nas najdogodniejszym.

3. Mieszkała w Segowii jedna pani, wdowa po pewnym właścicielu majoratu. Znałam ją, bo kiedyś przedtem przyjeżdżała (s.597) do mnie do Awili. Nazywała się dońa Ana de Jimena. Była to dusza bardzo pobożna i zawsze czuła w sobie powołanie do życia zakonnego. Skoro stanął tam nasz klasztor, wstąpiła do niego wraz z swoją córką, także bardzo cnotliwą osobą. Ile jej ciężkim było przedtem życie w stanie małżeńskim i we wdowieństwie, tyle teraz w dwójnasób rozweselił Pan jej serce, gdy się znalazła w Zakonie. Chociaż i na świecie obie, i matka i córka, wiodły życie bardzo skupione i całkiem Bogu oddane.

4. Ta dobra pani najęła nam dom i we wszystko zaopatrzyła, czego uważała, że nam będzie potrzeba, tak dla urządzenia kaplicy, jak i dla nas samych; z tej strony więc niewiele miałam kłopotu. Lecz, aby nie było żadnej fundacji bez jakiegoś dla mnie cierpienia, Pan tym razem, oprócz ucisków wewnętrznych, wielkiej oschłości i zaćmienia w duszy, w jakich tę drogę odbyłam, dopuścił na mnie wszelkiego rodzaju boleści fizyczne, gorączkę i mdłości, które przez trzy miesiące silnie mię nękały, owszem i przez całe półrocze mojego tam pobytu ciągle byłam mocno cierpiąca...

5. Choć miałam pozwolenie i od Biskupa, i od miasta, wolałam jednak i tym razem zajechać na miejsce wieczorem i potajemnie. Było to w wigilię św. Józefa; nazajutrz, w uroczystość Świętego, wprowadziliśmy Najświętszy Sakrament. Pozwolenie wydane mi już było dawno przedtem, ale będąc wówczas w klasztorze Wcielenia i zostając tam pod władzą nie naszego Ojca Generała, ale innego zwierzchnika, nie mogłam wcześniej przystąpić do fundacji. Pozwolenie Biskupa było tylko ustne; dał je w tymże czasie, gdy i miasto zażądało założenia naszego klasztoru, jednemu panu, niejakiemu Andresowi de Jimena, który o nie dla nas się starał i nie uważał za potrzebne zażądać go na piśmie, co i mnie wydawało się rzeczą obojętną. Ale okazało się, że byłam w błędzie. Oto bowiem, jak tylko Wikariusz Generalny dowiedział się, żeśmy już klasztor nasz otworzyły, przybiegł zaraz mocno zagniewany, zabronił sprawowania u nas Najświętszej Ofiary. Chciał nawet zabrać do więzienia tego, który Mszę św. odprawił, to jest ojca (s.598) Karmelitę Bosego, który mi towarzyszył (2) wraz z o. Julianem z Awili i drugim sługą Bożym, niejakim Antonio Gaytanem.

6. Ten ostatni był to szlachcic rodem z Alby. Spośród próżności światowych, którym był oddany, Pan go na kilka lat przedtem pociągnął do siebie. Od tego czasu, stanowczo wzgardziwszy światem, wszystką myśl i usilność swoją miał skierowaną do służby i większej chwały Bożej. Winna mu jestem to o nim wspomnienie, bo wielce mi był w tej fundacji i w następnych pomocny i dużo dla nich trudu poniósł; ale gdybym tu miała opisywać jego cnoty, nieprędko bym skończyła. Jedną tylko z nich wymienię, bo bardzo nam się w tej potrzebie przydała, to jest cnotę umartwienia. Posiadał ją w tak wysokim stopniu, że żaden ze służby nam towarzyszącej tak pilnie i pokornie nam nie służył we wszystkim, jak on. Jest to mąż bardzo wysokiej modlitwy i Bóg mu daje wiele nadzwyczajnych łask, dzięki którym wszelkie też przykrości i przeciwności, jakie by drugi niełatwo zniósł, jemu się wydają łatwe i przyjemne, jak tego dał dowody w trudach i cierpieniach wszelkiego rodzaju, które go z powodu tych fundacji spotkały. Widocznie on i O. Julian z Awili, wierny mój od samego początku pomocnik, powołani byli od Boga do skutecznego ze mną w tej świętej sprawie współdziałania i na to snadź Pan takich mi dał towarzyszy, aby przy nich i z nimi we wszystkim mi się szczęśliwie powodziło. Rozmowa ich w drodze była ciągle o Bogu; nauczali ludzi nam towarzyszących i kogo spotkali po drodze; słowem, na wszelki sposób i w czym tylko mogli, służyli Panu Bogu.

7. Słuszne jest, córki moje, które będziecie czytały opis tych fundacji, byście wiedziały, jak wiele zawdzięczamy tym dwom sługom Bożym, byście za to, że bez żadnego interesu własnego tyle się natrudzili około zapewnienia wam tego szczęścia, którym teraz mieszkając w tych klasztorach się cieszycie, wzajemnie polecały ich Panu, aby i oni mieli pożytek z waszych modlitw. I zapewne, gdybyście wiedziały, ile pracy (s.599) i zachodów w upały i słoty, ile bezsennych nocy, ile strudzenia w drodze wycierpieli, z całego serca modliłybyście się za nimi.

8. Wikariusz odszedł wreszcie, ale we drzwiach kaplicy postawił nam strażnika, po co, tego nie wiem. Inni nieco się tym nastraszyli; co do mnie, zwykłam się bać tylko przed dokonaniem fundacji, skoro ją obejmę w posiadanie, trudności wszelkie i przeciwieństwa potem powstające mało już mię straszą. Jedna z sióstr (3), towarzyszek moich, miała w Segowii krewnych, liczących się do pierwszych znakomitości miasta; uprosiłam ich, by rozmówili się z Wikariuszem i wyjaśnili mu, że mam pozwolenie od Biskupa. Wiedział on o tym dobrze, jak później sam się przyznał; chodziło mu tylko o to, że rzecz zrobiła się bez niego; ale gdybym się była do niego udała, sądzę, że byłoby jeszcze gorzej. Wreszcie orędownicy nasi tyle przynajmniej na nim wymogli, że zgodził się na pozostawienie nam klasztoru, ale zakazu trzymania w nim Najświętszego Sakramentu cofnąć nie chciał i na to już nie było rady (4). Tak przebyłyśmy kilka miesięcy, aż w końcu kupiłyśmy dom, a z nim sporo procesów z ojcami franciszkanami o inny domek, nabyty przez nas w pobliżu; teraz, ledwo kupiwszy ten dom, musiałyśmy się prawować z ojcami Matki Boskiej Łaskawej od wykupu niewolników, i z Kapitułą, której na nim przysługiwało jakieś prawo czynszu.

9. O Jezu! Jakaż to ciężka robota, takie rozprawianie się z tyloma różnymi pretensjami. Kiedy sprawa już zdawała się skończona, wnet na jej miejsce druga wyrastała. Jakkolwiek się dla miłej zgody żądaniom ich ustępowało, zawsze było mało tego, bo zaraz nowe zjawiało się żądanie. Teraz, gdy o tym piszę, wydaje się to niczym, ale wówczas wytrzymać wszystko było utrapieniem nie lada.

10. Nie brakło nam jednak orędowników. Siostrzeniec (s.600) więc Biskupa, kanonik i prepozyt katedralny (5), i licencjat Herrera, mąż bardzo pobożny, bronił i wspierał nas, ile mógł. Wreszcie, kosztem wielkiej sumy pieniędzy, udało się nam on pierwszy proces zakończyć. Pozostawał nam jeszcze drugi z ojcami Matki Boskiej Łaskawej, i z tego powodu przeniesienie się nasze do nowego domu musiało się odbyć w najgłębszej tajemnicy, na dzień lub dwa przed św. Michałem. Ale gdy ono już się dokonało, przeciwnicy nasi, widząc nas już usadowione na miejscu, uznali, że lepiej będzie zaniechać procesu i ułożyli się z nami za pewnym wynagrodzeniem. Największą przykrością, jaka z tych kłopotów dla mnie wynikała, było to, że za siedem czy osiem dni kończył się trzyletni czas mego przełożeństwa w klasztorze Wcielenia i koniecznie musiałam tam pojechać przed upływem tego terminu.

11. Z łaski Pana wszystko się jednak pomyślnie ułożyło przed wyjazdem moim i żaden nam nie pozostał zatarg nie załatwiony, dzięki czemu w dwa czy trzy dni potem mogłam spokojnie odjechać do klasztoru Wcielenia. Niech będzie błogosławione na wieki Imię Jego za tyle łask, jakimi mię bezprzestannie obsypuje i niechaj Go wielbi wszystko stworzenie Jego. Amen.


Przypisy do rozdziału 19

(1) Zacny ten człowiek ożeniony z Aną de la Fuente miał sześć córek, z których pięć zostało karmelitankami bosymi.

(2) Był to klasztor tercjarek franciszkanek, zniesiony dopiero w r. 1857, jako grożący ruiną. W Alba de Tormes istnieje jeszcze dom tego zgromadzenia i dotąd w nim przechowuje się cela, w której chwilowo gościła sw. Teresa w czasie, gdy zakładała swój klasztor w tym mieście. Tercjarki te noszą habit fioletowy, na pamiątkę królewskiej purpury swej patronki, św. Elżbiety królowej.

(3) Święty Pius V, papież, przeprowadzając na prośbę Filipa II reformę zakonów w Hiszpanii, wizytatorem apostolskim w tym celu mianował (20 VIII 1569) między innymi Pedra Fernandeza, dominikanina, polecając mu reformę klasztorów karmelitańskich w obu Kastyliach. Mąż ten Boży, rozumem i nauką zarówno jak świątobliwością zakonną znakomity, pragnąc w klasztorze Wcielenia wznowić ducha dawnej Reguły, za najskuteczniejszy ku temu sposób uznał oddanie tego klasztoru na trzy lata pod kierunek św. Teresy. Nie zawiódł się w oczekiwaniu swoim. Święta objąwszy rządy w październiku r. 1571, przy pomocy św. Jana od Krzyża, którego wyprosiła sobie na spowiednika sióstr, w krótkim czasie doprowadziła klasztor do stanu kwitnącego.

(4) Tenże sam o. Fernandez.

(5) Pod zasłoną oskarżenia się o niedoskonałość, Święta w pokorze swojej zręcznie ukrywa tu cud przez nią zdziałany; w rzeczy samej tak było, że ledwo zaniosła do Pana swoją skargę, gdy tejże chwili niebo się wypogodziło. M. Anna od Jezusa tak opisuje, jako świadek naoczny, cudowne to zdarzenie, w swych zeznaniach do procesu kanonizacyjnego: “Była już ósma wieczór, powiada, miałyśmy jeszcze trzy ołtarze do ubrania, a deszcz wciąż zalewał kaplicę. Nie wiedząc już co począć, poszłam z drugimi dwiema siostrami do Świętej, i w obecności o. Juliana z Awili i licencjata Nieto, kapelana klasztoru naszego w Albie, którzy z nią rozmawiali, powiedziałam jej tonem bardzo stanowczym: — Wiesz, Wielebna Matko, która godzina, i ile nam jeszcze pozostaje do zrobienia na jutro; zechciej więc prosić Boga, aby deszcz ustał. — Sama proś — odpowiedziała mi, trochę nierada tak jasnemu wypowiedzeniu ufności mojej w skuteczność jej modlitwy, sama proś, kiedy ci tak pilno i kiedy myślisz, że Bóg mię tak od razu wysłucha. Zamilkłam i wyszłam; ale ledwo przestąpiłam próg i stanęłam na przyległym dziedzińcu, ujrzałam nad sobą niebo tak czyste i gwiaździste, że nikt by temu nie dał wiary, by przed chwilą jeszcze była tak gwałtowna i uporczywa ulewa. Ośmielona tą niespodzianą zmianą, poważyłam się wrócić do Świętej i w tymże tonie stanowczej ufności powiedziałam jej: — Już nie pada; ale byłabyś też mogła, Wielebna Matko, wcześniej poprosić Boga o pogodę. — Na to nic już nic odpowiedziała, tylko się słodko i łagodnie uśmiechnęła” (Manrique: Żywot Wiel. Matki Anny od Jezusa, ks. II, r. 8).

(6) I tutaj znowu św. Teresa, wspominając o serdecznej przychylności hrabiny Monterey, pomija milczeniem cudowne zdarzenia, które do niej powód dały; ale co pokora Świętej chciała ukryć przed nami, to nam przekazali jej życiopisarze. Dokonawszy fundacji w Albie, Święta powróciła do Salamanki, chcąc osobiście doglądnąć niedawno założonego tam klasztoru swego. Stanęła w pałacu hrabiego Monterey, który pragnąc ją mieć u siebie, u prowincjała tę łaskę sobie wyprosił. Pobyt ten św. Teresy w domu hrabiego zaznaczył się dwojakim cudownym uzdrowieniem. Pierwszego dostąpiła żona wychowawcy dzieci hrabiostwa, śmiertelnie chora na szkarlatynę i już przez lekarzy opuszczona. Święta, na prośbę hrabiostwa, odwiedziła ją i jakby sposobem przywitania włożyła jej ręce na głowę: w tejże chwili chora zerwała się jakby ze snu przebudzona, pytając kto ją dotknął i wołając, że jest uzdrowiona. Drugą uzdrowioną była córeczka samychże hrabiostwa. Rodzice, widząc ją już prawie konająca i grożącą im stratą przerażeni, uciekli się do św. Teresy z błagalną prośbą, aby im wyjednała u Boga ocalenie dziecka. Święta czyniąc zadość ich żądaniu, udała się na modlitwę i dziecko wyzdrowiało natychmiast.

(7) W rzeczy samej, po śmierci św. Teresy, siostry nie mogąc nakłonić do zgody tego pana, zmuszone były ustąpić z jego domu i przeniosły się w inną dzielnicę miasta, gdzie klasztor ich dotąd istnieje.


Przypisy do rozdziału 20

(1) Podskarbim tym był Francisco Velazquez.

(2) Tę samą radę dał o. Bańez św. Teresie przy fundacji domu w Malagonie (zob. r.9)

(3) Jon r. 1-2.

(4) 25 stycznia.

(5) Klasztorowi temu w Alba de Tormes szczególny, nad wszystkie inne, dostał się w udziale zaszczyt i przywilej: w nim św. Teresa ducha swego Bogu oddala, w nim przechowują się śmiertelne jej szczątki. Ostatnie przeniesienie tych drogich relikwii odbyło się w r. 1760, dnia 15 października, to jest w sam dzień, w którym Kościół obchodzi doroczną pamięć Świętej. Ciało panieńskie było giętkie, jak gdyby jeszcze żyła, i słodką woń z siebie wydające.


Przypisy do rozdziału 21

(1) Życie r. 19, 6; były to “lata 1571 - 1574. — Święta wróciła do Salamanki 31 lipca 1573.

(2) Ojcem tym był nic kto inny, tylko sam św. Jan od Krzyża.

(3) Izabela od Jezusa, siostra Andresa Jimena.

(4) Po załatwieniu tych trudności z wikariuszem biskupim, św. Teresa wyprawiła o. Juliana i Antonio Gaytana do Pastrany, dla przeprowadzenia wszystkich sióstr tamecznych do Segowii. Przyczyną tego przesiedlenia był, jak to widzieliśmy w rozdz. 17, ucisk nieznośny, jaki siostry tam cierpiały od księżnej Eboli.

(5) Don Juan de Orozco y Covarrubias de Leiva