św. Teresa z Avila |
Rozdziały 10-12 |
– KSIĘGA FUNDACJI – |
|
ROZDZIAŁ 10
Opowiada o fundacji domu w Valladolid pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najśw. Panny z Góry Karmel.
l. Na cztery czy pięć miesięcy przed fundacją tego klasztoru Św. Józefa w Malagonie przyszedł do mnie pewien młody pan wysokiego rodu (1) i oznajmił mi, że gdybym chciała założyć klasztor w Valladolid, on z wielką chęcią ofiaruje mi na ten cel swój dom tamże, z dużym i pięknym ogrodem, położonym wśród rozległej winnicy. Był to dar wspaniały, a on domagał się, bym go zaraz wzięła w posiadanie. Przyjęłam, choć nie bardzo mi się chciało zakładać klasztor w takim miejscu, o ćwierć mili od miasta. Myślałam jednak, że raz będąc w posiadaniu tego domu, można będzie wymienić go na inny w mieście. W każdym razie, ze względu na tak ochotną wolę jego, nie chciałam go pozbawiać zasługi tego dobrego uczynku i stawać na przeszkodzie pobożnej jego intencji.
2. Mniej więcej w dwa miesiące potem zapadł nagle na ciężką chorobę, której postępy tak były gwałtowne i szybkie, że straciwszy mowę, nie mógł się dobrze wyspowiadać, choć wciąż znakami skruchę swoją oznajmiał i Pana za winy swoje przepraszał. Umarł bardzo prędko, daleko od miejsca, gdzie wówczas zostawałam. Ale Pan objawił mi, że zbawienie jego w wielkim było niebezpieczeństwie; że jednak znalazł miłosierdzie u Niego, przez wzgląd na usługę, jaką oddał Matce Jego, ofiarując on dom swój na założenie w nim klasztoru Jej poświęconego zakonu, ale że nie wyjdzie z czyśćca, aż za pierwszą Mszą, jaka się w tym klasztorze odprawi. Od chwili tego objawienia tak mi wciąż stały przed oczyma męki tej duszy, że chociaż właściwie chciałam naprzód założyć klasztor w Toledo, odłożyłam ten zamiar na później i z największym, ile tylko mogłam, pośpiechem zajęłam się fundacją w Valladolid.
3. Nie mogłam jednak przywieść jej do skutku tak prędko, jak tego pragnęłam. Musiałam zatrzymać się dość długo w klasztorze Św. Józefa w Awili, który był pod moim zarządem, potem u Św. Józefa w Medina del Campo, bo dom ten miałam po drodze. Tu jednego dnia, na modlitwie. Pan rzekł do mnie, bym się spieszyła, bo dusza ta bardzo cierpi. Więc choć mi brakowało jeszcze wielu rzeczy potrzebnych, zabrałam się do dzieła i w dzień św. Wawrzyńca (2) stanęłam w Valladolid. Gdy ujrzałam dom, wielki na widok jego uczułam zawód. Przekonałam się, że niepodobna, bez nałożenia wielkich kosztów, myśleć o umieszczeniu w nim zakonnic; przy tym, choć bardzo przyjemny, dla rozkosznego dokoła ogrodu, widocznie musiał być niezdrowy, bo stał nad samą rzeką.
4. Zmęczona drogą, musiałam jeszcze pójść na Mszę św. do klasztoru naszego Zakonu, położonego przy bramie miasta. Było tak daleko do niego, że odległość ta zdwoiła jeszcze moje strapienie; nie okazałam tego jednak przed siostrami, aby im nie odebrać odwagi. Sama też, choć zgnębiona, nie traciłam (s.516) ufności, że Pan, jako mi kazał tu pośpieszyć, tak też biedzie naszej zaradzi. Po cichu, nic nikomu nie mówiąc, wezwałam rzemieślników i kazałam porobić przegrody na celki dla sióstr i inne konieczne urządzenia. Był z nami ksiądz Julian z Awili, ten sam, o którym była mowa wyżej, i jeden (3) z onych dwóch braci, którzy, jak tamże powiedziałam, chcieli przyjąć Regułę Karmelitów Bosych. Ten ostatni, dla lepszego poznania jej, przypatrywał się naszym porządkom i praktykom, ks. Julian zaś robił starania o wydanie upoważnienia biskupiego na naszą fundację, co do którego Biskup miejscowy, jeszcze przed przyjazdem moim, dobrą dawał nadzieję. Nie poszło to jednak tak prędko, wypadła niedziela, a my jeszcze nie miałyśmy w ręku obiecanego upoważnienia, bez którego i Najświętsza Ofiara u nas się sprawować nie mogła. Wydano nam jednak indult tymczasowy na odprawienie jej w miejscu, które przeznaczyłyśmy na kościół; tam też mogłyśmy w tę niedzielę wysłuchać Mszy świętej.
5. Ani mi na myśl nie przyszło, by wtedy już miało się spełnić to, co mi Pan. był o onej duszy zapowiedział; mówił, że się to stanie “za pierwszą Mszą”, ale ja sądziłam, że przez pierwszą ma się rozumieć ta, na której będzie wprowadzony do nas Najświętszy Sakrament. W chwili gdy kapłan z puszką świętą w ręku zbliżał się do miejsca, gdzie miał nam dać Komunię św., w samejże chwili, gdy przystępowałam dla jej przyjęcia, ukazał mi się on zmarły, z jasnym, rozpromienionym od radości obliczem, i składając ręce dziękował mi za to, co dla niego uczyniłam, aby został wyzwolony z czyśćca; po czym zaraz dusza ta wstąpiła do nieba. Gdy pierwszy raz usłyszałam z ust Pana zapewnienie, że dusza jego jest na drodze do zbawienia, niewielką, przyznaję, miałam co do niej otuchę, raczej żal wielki i niepokój o nią mię dręczył; zdawało mi się, że śmierć jego nie była taka, jakiej mu życzyć należało po życiu, jakie prowadził, bo choć nie zbywało mu na dobrych uczynkach, było to jednak życie uwikłane w sprawy światowe. Prawda, że z drugiej strony pocieszało mię i obawy moje (s.517) uśmierzało to, co w ostatnich czasach mówił towarzyszkom moim, że ciągle myśli o śmierci. Zaiste, wielkie to szczęście i rzecz wielce przyjemna Panu, komu dano jest oddać jaką posługę Jego Matce, bo wtedy wielkie jest Jego miłosierdzie. Chwała Mu i dziękczynienie na wieki, iż taką chwałą i życiem wiecznym odpłaca nam za niepoczesne uczynki nasze, same z siebie małą wartość mające, a które On przez łaskę swoją czyni wielkimi.
6. W dzień Wniebowzięcia Najświętszej Panny Maryi, 15 sierpnia 1568 r., objęłyśmy nowy klasztor w posiadanie.
Niedługo jednak w nim zostałyśmy, bośmy się prawie wszystkie ciężko rozchorowały. Widząc smutne położenie nasze, jedna pani, zamieszkała w tym mieście, przyszła nam w pomoc. Była to Dońa Maria de Mendoza, małżonka komandora Cobosa, matka margrabiego de Camarasa, osoba bardzo pobożna i wielce dobroczynna (jak o tym jawnie świadczą hojne jej jałmużny). Jest ona siostrą Biskupa awilańskiego i z tego powodu już dawniej ją znałam i wiele łask od niej doznawałam. Bardzo nam była pomocna przy zakładaniu pierwszego klasztoru i we wszystkim, co się tyczy pomyślności naszego Zakonu, żywy udział brała. Otóż będąc tak dobra i miłosierna i widząc, że w tym miejscu niepodobna nam mieszkać bez wielkiej trudności, tak z powodu ciągłych chorób, jak i z powodu zbytniej odległości od miasta i utrudnionej przez to jałmużny, ofiarowała się przyjąć od nas ten dom, a kupić nam za to drugi. Tak i uczyniła; i nie tylko darowała nam dom o wiele więcej wart od tego, który jej ustąpiłyśmy, ale i zaopatrzyła nas i dotąd zaopatruje we wszystko, czego nam tylko potrzeba, i zapewne dopóki żyje, zaopatrywać będzie (4). (s.518)
7. W dzień św. Błażeja (5) przeniosłyśmy się do nowego domu. Lud z wielkim nabożeństwem procesjonalnie towarzyszył nam przez miasto i dotąd wielką czcią i miłością otacza ten nasz dom, bo Pan wielu łaskami okazuje nad nim miłosierdzie swoje i pociągnął do niego dusze wybrane, których świętość kiedyś Pan ukaże, by Jemu były chwała i cześć, iż takimi drogami raczy dawać dziełom swoim pomnożenie i takie łaski wylewać na swoje stworzenia. O jednej zwłaszcza, która w tym czasie tu wstąpiła, i choć młodziutka wiekiem, pokazała innym przykładem swoim, co to jest świat, zdeptawszy go nogami, zdało mi się rzeczą pożyteczną obszerniej tu wspomnieć. Będzie to dla nauki i zawstydzenia tych, którzy tak się w nim kochają, a na zachętę panienkom, którym Pan raczył dać dobre natchnienia, aby nie wahały się czynem odpowiedzieć miłościwemu Jego wezwaniu.
8. Mieszka w tym mieście jedna pani dońa Maria dc Acuńa, siostra hrabiego de Buendia. Po śmierci męża, który był gubernatorem Kastylii, w bardzo młodym wieku jeszcze pozostawszy wdową z trojgiem dzieci, jednym synem i dwiema córkami, tak świątobliwemu oddała się życiu i tak cnotliwie dzieci swoje wychowała, iż zasłużyła sobie na ten zaszczyt, że Pan je raczył przyjąć za swoje. Powiedziałam, że pozostały jej dwie córki; omyliłam się, miała ich trzy. Jedna, skoro doszła do lat, została zakonnicą (6); druga nie chciała wyjść za mąż, ale pozostała przy matce, wiodąc z nią życie w wysokim stopniu budujące; trzecia, najmłodsza, była ta, której wstąpienie do Karmelu tu opowiadam. Syn od wczesnej młodości począł poznawać marność tego świata i tak silne Bóg mu dawał powołanie do zakonu, że nic go od postanowienia odwieść nie mogło. Matka też, pewno uradowana z powołania jego, skutecznie mu, przy łasce Bożej, dopomagała do wytrwania, choć tego przed ludźmi nie okazywała, ze względu na opór rodziny. Ale gdy Pan chce którą duszę mieć dla siebie, żaden opór, żadna usilność stworzeń nie zdoła stanąć na przeszkodzie (s.519) spełnieniu się Jego woli. Tak stało się i w tym zdarzeniu: przez trzy lata wszelkich używano przedstawień i nalegań, usiłując zachwiać młodzieńca w postanowieniu jego, a koniec był ten, że wstąpił jednak do Towarzystwa Jezusowego. Spowiednik tej pani (7) opowiadał mi potem, jako wyznawała mu, iż nigdy w życiu serce jej nie opływało takim weselem, jak w dniu profesji jej syna.
9. O Panie! Jakąż to łaskę nieocenioną czynisz tym, którym dajesz takich rodziców, taką prawdziwą miłością dzieci swoje miłujących i nad wszelkie państwa, majoraty i bogactwa życzących im dóbr nieskończenie większych w onej szczęśliwości, której nigdy nie będzie końca! Jakże więc słusznie boleć należy i litować się nad nieszczęsną ślepotą tego świata, którą rażeni rodzice na tym cześć swoją zasadzają, by trwale przechowywały się w ich rodzie te nędzne jak gnój dobra ziemskie, a nie pomną na to, że prędzej czy później muszą z nimi się rozstać, że wszystko, co znikome, choćby najdłużej się przechowało, skończyć się musi, a zatem mało się je ważyć powinno. I tak, w tym zaślepieniu swoim, kosztem własnych dzieci chcą utrzymać marny splendor domu swego i z niesłychaną zuchwałością śmieją Bogu wydzierać te dusze, które On wybrał dla siebie. Dusze zaś te pozbawiają tak wielkiego dobra, które, chociażby nawet nie zapewniało im tej szczęśliwości wiecznej, którą im Bóg, wzywając je do życia zakonnego, przeznacza, już tym samym jest dobrem nieocenionym, że wyzwala nas spod jarzma wymagań światowych. O Boże, otwórz im oczy i niech poznają, co to jest prawdziwa miłość rodzicielska, którą dzieci swoje kochać powinni! Niech im już nie wyrządzają takiej krzywdy, aby one nie były kiedyś ich oskarżycielami przed Bogiem, na sądzie ostatecznym, na którym i oni czy chcą, czy nie chcą, dowiedzą się, jaka jest rzeczywista wartość każdej rzeczy.
10. Tak więc dzięki miłosierdziu Bożemu, don Antonio de Padilla (tak się zwał ów młodzieniec, syn dońi Marii de (s.520) Acuńa) porzucił świat, mając lat mniej więcej siedemnaście. Skutkiem wstąpienia jego, dobra wszystkie przechodzą na starszą córkę, dońę Luisę de Padiiia, to jest nie tylko dobra rodzicielskie, ale i obszerne włości stryja, hrabiego de Buendia, po którego śmierci bezdzietnej hrabstwo jego i godność gubernatora Kastylii prawem dziedzictwa przypadły don Antoniemu. Nie będę tu opowiadała, bo nie należy to do rzeczy, wszystkich udręczeń, jakie wycierpiał od rodziny, nim w końcu przywiódł do skutku postanowienie swoje. Łatwo się tego domyśli kto wie, jak wielką wagę możni tego świata przywiązują do tego, by dom i ród ich nie pozostał po nich bez następcy.
11. O Synu Ojca Przedwiecznego, Jezu Chryste, Panie nasz, prawdziwy Królu wszystkiego stworzenia! Cóż Ty pozostawiłeś tu, odchodząc z tego świata, abyśmy, spadkobiercy Twoi, po Tobie odziedziczyli? Cóż Ty posiadałeś na tej ziemi, Panie mój, prócz cierpień, boleści i zelżywości, nie mając nawet w srogim konaniu śmiertelnym innego łoża, jeno twarde drzewo krzyża? I nam więc, Boże mój, którzy pragniemy być prawdziwymi synami Twymi i nie zrzekać się dziedzictwa Twego, nie godzi się uciekać od cierpienia. Herbem Twoim pięć ran Twoich; to, córki, powinno być i naszym godłem, jeśli mamy odziedziczyć Jego królestwo. Nie używaniem wczasów, rozkoszy, honorów i bogactw ma się nabywać to, co On kupił takim wylaniem krwi swojej! O panowie szlachetni, na miłość Boga, otwórzcie oczy i zobaczcie, jak prawdziwi rycerze Jezusa Chrystusa i książęta Jego Kościoła, taki święty Piotr i święty Paweł, nie tą drogą chodzili, którą wy idziecie. Czy może sądzicie, że dla was ma być osobna, nowego rodzaju droga do nieba? Mylicie się. Prawdziwą drogę oto Pan wam ukazuje na przykładzie takich maluczkich, jak ten młodzieniaszek, jak ta panienka, o których tu mówimy.
12. Widywałam nieraz tego don Antoniego i z nim rozmawiałam. Rad by był posiadał dużo większe jeszcze dobra, aby je wszystkie porzucić dla Chrystusa. Zaiste, błogosławiony młodzieniec, błogosławiona dzieweczka, którzy na taką sobie u (s.521) Boga łaskę zasłużyli, iż w wieku, w którym świat wszechwładnie zwykł panować nad synami ludzkimi, oni umieli zdeptać go nogami. Błogosławiony niech będzie Ten, który im tak wielkiego dobra użyczył.
13. Gdy tedy skutkiem jego wstąpienia wszystkie posiadłości rodu prawem przeszły na starszą jego siostrę, ta wobec spadającego na nią blasku wielkości ziemskich, taką samą jak brat wspaniałość serca okazała. Od dzieciństwa bowiem żarliwie oddana modlitwie — z której jako ze źródła spływa na duszę światło od Boga ku poznaniu prawdy — wzgardziła chwałą doczesną i bogactwy, idąc za przykładem brata. O Boże wielki! Iluż to ludzi ochotnie zgodziłoby się wycierpieć wszelkie przykrości, udręczenia, procesy i choćby życie nawet i cześć swoją na szwank narazić dla pozyskania takiego dziedzictwa! Ta, przeciwnie, niemało wycierpiała, aby uzyskać pozwolenie zrzeczenia się tego. Taki to jest duch i obyczaj świata; nierozum jego rzuca się w oczy, tylko że ślepi jesteśmy i nie widzimy tego. Chętnie i z wielkim weselem ducha, dla uwolnienia się wreszcie od tej sukcesji, uczyniła zrzeczenie się na imię najmłodszej swojej siostry, ostatniej, jaka jeszcze pozostawała na świecie, mającej zaledwie dziesięć czy jedenaście lat życia. Niebawem, dla przechowania marnej nazwy rodowej, rodzina postanowiła dzieweczkę jeszcze nieletnią wydać za jej stryja, rodzonego brata jej ojca, i za uzyskaniem potrzebnych dyspens papieskich odbyły się zaręczyny.
14. Ale Pan nie dopuścił tego, by córka takiej matki i siostra takiego rodzeństwa uległa fałszywym pojęciom świata, których tamci szczęśliwie się ustrzegli. Stało się to w sposób następujący. Zrazu panienka kochała się w zbytkach światowych, w strojach wspaniałych, odpowiednich do wysokiego jej stanu, zdolnych zatem olśnić umysł tak młody. Ale nim jeszcze skończył się drugi miesiąc zaręczyn. Pan zaczął oświecać ją wewnętrznie, choć jeszcze nie rozumiała tych boskich Jego natchnień. Spędziwszy wesoło dzień cały w towarzystwie narzeczonego, którego nad wiek swój gorąco kochała, wieczorem nie mogła się obronić ciężkiemu smutkowi na myśl, że (s.522) dzień się skończył i że następne podobnież się skończą. O cudowna wielmożności Boga! Samo zadowolenie, jakiego doznawała z uciech znikomych, przywiodło ją do tego, że te uciechy jej zbrzydły! Smutek jej tak coraz bardziej się wzmagał, że nie było już w jej mocy ukrywać go przed narzeczonym. Na troskliwe pytania jego nie wiedziała jednak, co odpowiedzieć, bo sama nie rozumiała, co jej jest.
15. Wypadła mu w tym czasie potrzeba odjechania na dłuższy czas w podróż daleką, czym ona, tak mocno przywiązawszy się do niego, bardzo się martwiła. Ale wówczas właśnie Pan odkrył przed nią przyczynę jej strapienia. Zrozumiała, że dlatego sobie spokoju znaleźć nie może, że dusza jej już się skłania ku rzeczom, które nigdy nie przeminą. Poczęła zastanawiać się nad tym, jako brat jej i siostra obrali sobie cząstkę bezpieczniejszą, a ją pozostawili wśród niebezpieczeństw świata. Dręczyła ją ta myśl, zwłaszcza że z drugiej strony uważała siebie za nieodwołalnie związaną (nie wiedząc jeszcze o tym, o czym później dopiero się dowiedziała, że zaręczyny nie są przeszkodą do wstąpienia do zakonu). Nade wszystko zaś przywiązanie do narzeczonego wciąż ją powstrzymywało od ostatecznego postanowienia, a wszystko to razem w bolesnym ją trzymało zawieszeniu i rozterce wewnętrznej.
16. Lecz Pan, chcąc ją mieć dla siebie, powoli zacierał w jej sercu to ziemskie przywiązanie i coraz żywsze w niej rozniecał pragnienie opuszczenia wszystkiego. Wówczas jeszcze do tego pragnienia pobudzał ją tylko wzgląd na zbawienie wieczne i chęć obrania środków najpewniej do tego celu wiodących. Mówiła sobie, że przez wysokie stanowisko swoje więcej niż wielu innych wplątana w rzeczy tego świata, zapomni o potrzebie zasłużenia sobie na skarby wieczne. Taką to mądrością, w tak młodym wieku, napełniał Pan tę duszę, ucząc ją szukać tego, co trwa bez końca! Szczęśliwa dusza, tak wcześnie uzdrowiona z tej ślepoty, w której tylu starców leży aż do śmierci! Czując już w sobie wolę i serce wolne od więzów, które je krępowały, postanowiła wreszcie bez podziału oddać je Bogu i z tym postanowieniem swoim, z którym dotąd (s.521) się kryła, naprzód zwierzyła się siostrze. Ta, sądząc zrazu, że jest to tylko dziecinne zachcenie, poczęła jej odradzać, przedstawiając jej, że i na świecie, i w stanie małżeńskim może być zbawioną. ,,Czemuż więc ty wszystko to porzuciłaś?” — odpowiedziała jej dzieweczka. Tak upłynęło jeszcze kilka dni, a pragnienie jej oddania się Bogu, z każdym dniem się potęgowało. Mimo to jednak nie śmiała zamiaru swego objawić matce. A może właśnie matka świętymi modlitwami swymi taką w sercu córki wojnę wewnętrzną wznieciła i takie jej zwycięstwo wyprosiła?
ROZDZIAŁ 11
Dalszy ciąg rozpoczętego opowiadania o tym, jaki zakon obrała sobie dońa Casilda de Padilla, wykonując swój zamiar wstąpienia do klasztoru.
l. W tymże czasie wypadła w naszym klasztorze Niepokalanego Poczęcia uroczystość obłóczyn jednej konwerski (1), której powołanie może później opowiem. Choć to bowiem córka ubogiego wieśniaka i urodzeniem bez porównania niższa od tamtej córki możnego domu, wszakże wielkimi łaskami Bóg tak ją wywyższył, iż dla chwały boskiej wielmożności Jego warta jest wspomnienia. Dońa Casilda (takie było imię onej duszy wybranej od Boga, o której w poprzedzającym rozdziale mówić zaczęłam), będąc obecna na tych obłóczynach w towarzystwie babki swojej, matki jej narzeczonego, nadzwyczajnie upodobała sobie nasz klasztor: mała liczba i ubóstwo sióstr wydawały jej się bardzo pożądane do tym gorliwszej służby Bożej. Nie miała jednak jeszcze niezachwianego postanowienia zerwania z narzeczonym, co — jak mówiłam — było dla niej najtrudniejszą do zwalczenia zawadą. (s.524)
2. Zastanawiając się jednak nad sobą, nie bez przerażenia spostrzegła, że wpływ życia światowego niejedną już w niej sprawił zmianę na gorsze. Przypominała sobie, jak to dawniej, przed zaręczeniem się, stale przestrzegała postanowionych w ciągu dnia czasów modlitwy, w czym dobra i święta matka była jej przykładem i wzorem, i do tego pobożnego zwyczaju ją i rodzeństwo jej wdrażała, a od siódmego roku życia prowadząc je w pewnych czasach do kaplicy domowej, uczyła je rozmyślać o Męce Pańskiej i często je do spowiedzi posyłała. Jakoż doczekała się szczęśliwego skutku tych pobożnych nauk swoich, i w zupełności spełniło się święte jej pragnienie, aby dzieci jej bez podziału oddane były Bogu. Jak sama bowiem mi mówiła, na każdy dzień ofiarowała je Panu, błagając Go, by je wyjął z tego świata, którego czczość i marność od dawna dobrze zrozumiała i w pogardzie go miała. Nieraz przychodzi mi na myśl, co to będzie, gdy te jej dzieci już będą w niebie używały rozkoszy wiecznych: jakie wówczas będą dzięki czyniły tej matce, której po Bogu to szczęście swoje zawdzięczają. Jakim dusza jej będzie opływała nowym i osobnym nadmiarem szczęśliwości, na widok chwały tych zbawionych przez nią dzieci! Lecz przeciwnie, jaki okropny los czeka tych rodziców, którzy nie chcą chować synów swoich jako synów Bożych (boć więcej oni do Boga należą niż do nich), gdy razem z nimi ujrzą się pogrążeni w piekle. Jakie tam jedni na drugich przekleństwa miotać będą, jaka będzie nękała ich rozpacz.
3. Ale wróćmy do tego, o czym mówiłam. Spostrzegła niebawem, że nie tylko w rozmyślaniu się opuszcza, ale już i do odmawiania Różańca pewną czuje odrazę. Mocno ją to przeraziło. Czuła, że jeśli dalej pójdzie tą drogą, coraz gorzej będzie z jej duszą. Z drugiej zaś strony jasne miała przeświadczenie, że jeśli wstąpi do tego domu naszego, pewnym przez to uczyni zbawienie swoje. To ją przywiodło do ostatecznego postanowienia. Pewnego dnia z rana, gdy w towarzystwie matki i siostry była u nas, złożyło się tak, że wypadło je wpuścić za kratę; weszły więc wszystkie trzy, ale ani matka, ani siostra nie domyślały się, co z tego wyniknie. Kasylda, ledwo przestąpiła (s.525) próg, oświadczyła, że tu już zostanie i nie było sposobu skłonić ją do wyjścia. Tak rzewnie płakała, tak gorącymi słowy błagała, by ją zostawiono, że i siostry wszystkie zdumione były taką jej usilnością. Matka, choć w duchu uradowana, bojąc się jednak rodziny, nie byłaby rada takiemu jej od razu pozostaniu, by snadź nie oskarżali jej, że ona córkę namówiła. Przełożona (2) również podzielała jej zdanie, znajdując przy tym, że dzieweczka jeszcze za młoda, że potrzeba dłuższej próby. Ona wszakże obstawała przy swoim postanowienu, i w takim stanie rzeczy pozostały aż do wieczora. Posłano tymczasem po jej spowiednika i po o. magistra Dominika, który, jak na początku wspomniałam, był moim spowiednikiem. Ja wówczas nie byłam na miejscu. Ojciec ten poznał od razu, że jest to sprawa Ducha Pańskiego, i jak najmocniej poparł młodą aspirantkę, za co miał twardą walkę do przebycia z rodziną. (Oto wzór, według którego powinien by postępować każdy, kto mieni siebie sługą Bożym. Gdy widzi duszę powołaną od Boga, powinien stanąć w jej obronie, nie krępując się względami roztropności ludzkiej). Ojciec Dominik obiecał jej swoją pomoc, aby mogła nazajutrz wrócić do klasztoru.
4. Tym sposobem, ulegając usilnym, jakie jej czyniono przedstawieniom, a głównie z uwagi na to, by matki jej za nią nie obwiniali, na ten raz zgodziła się pójść z nią jeszcze do domu. Tymczasem święte jej pragnienia co dzień większej siły nabierały. Matka widząc to, uznała potrzebę uprzedzenia krewnych, ale pod sekretem, aby narzeczony nie dowiedział się przed czasem. Krewni uznali to za dzieciństwo, w każdym razie, mówili, panna powinna poczekać, aż dojdzie do lat, nie mając obecnie jeszcze lat dwunastu. Na to ona im odpowiedziała: “Kiedy uznaliście, że mam lata dostateczne na to, byście mię wydali za mąż i rzucili w świat, jakimże sposobem teraz znajdujecie mię za młodą, bym mogła oddać się Bogu?” Wiele innych jeszcze racji przywodziła, tak mądrych i trafnych, że trudno było nie uznać, iż nie sama z siebie wszystko to mówi, ale ktoś wyższy przez nią mówi. (s.526)
5. Rzecz nie mogła tak długo pozostać w tajemnicy, by w końcu wiadomość nie doszła narzeczonego. Wtedy już ona, w obawie nowych i większych trudności z jego strony, uznała za rzecz konieczną nie czekać jego powrotu i postanowienie swoje bezzwłocznie wykonać. W święto Poczęcia Najświętszej Panny Maryi, będąc u babki swojej, która miała zarazem stać się jej teściową, ale o zamiarze jej nie była uprzedzona, poczęła bardzo ją prosić o pozwolenie przejechania się trochę za miasto z ochmistrzynią swoją, na co ta, chcąc jej zrobić przyjemność, chętnie się zgodziła i powóz swój na tę przejażdżkę jej dała. Tymczasem Kasylda, dawszy pieniędzy jednemu ze służących, poleciła mu kupić wiązkę łuczywa i czekać z nią przy furcie klasztornej. Sama zaś rzekomą przejażdżką tak pokierowała, iż w końcu znalazła się przed bramą naszego domu. Tu kazała stanąć i poleciła służbie pójść poprosić siostrę kołową o szklankę wody, nie mówiąc dla kogo. Po czym, tuż za posłańcem swoim, pośpiesznie wyskoczyła, nie zważając na przedstawienia wychowawczyni, żeby poczekała, że jej wodę przyniosą do powozu. Łuczywa już były złożone pod furtą. Kazała zadzwonić, aby kto przyszedł zabrać je, a stanąwszy tuż przy furcie, skoro się drzwi uchyliły, wpadła w mgnieniu oka do środka i rzuciła się do stóp figury Matki Boskiej, obejmując ją rękoma i ze łzami błagając przeoryszę, by jej nie wypędzała. Tymczasem służba pozostawiona na ulicy podniosła wielkie krzyki i dobijała się do furty, aż ona wyszedłszy do nich do kraty, oznajmiła im, że pod żadnym warunkiem stąd już nie wyjdzie, polecając im zarazem, aby donieśli o tym jej matce. Wychowawczyni także i inne niewiasty, które ją odwiozły, głośno płakały i narzekały, ale ona nic na to nie zważała. Babka, skoro się o tym zajściu dowiedziała, pospieszyła na miejsce.
6. Ani ona jednak, ani stryj, ani narzeczony, w długich, jakie za powrotem miał z nią przy kracie rozmowach, niczego nie dokazali. Przedstawienia i nalegania ich sprawiały jej udręczenia, ale tym mocniej ją w jej postanowieniu utwierdzały. Narzeczony, po długich żalach i narzekaniach, przedstawiał (s.527) jej, że z większym pożytkiem mogłaby służyć Bogu, zostając na świecie i hojne czyniąc jałmużny. Odpowiedziała mu na to, że dawanie jałmużny pozostawia jemu. Inne zaś dowodzenia jego zbijała krótko oświadczeniem, że za pierwszy obowiązek sobie poczytuje starać się o zbawienie swej duszy; że znając słabość i ułomność swoją, jasno to widzi, że nie zdołałaby się zbawić wśród pokus świata; że wreszcie on nie ma powodu skarżyć się na nią, iż go opuściła, bo opuściła go dla Boga, czego on nie może poczytywać sobie za obrazę i krzywdę. W końcu, widząc, że niczym go przekonać ani uspokoić nie zdoła, wstała i zostawiła go przy kracie samego.
7. Żadnego po tym rozstaniu żalu nie czuła; owszem, po tej ostatniej rozmowie do reszty dawną swą ku niemu skłonność straciła. Tak to, gdy Pan oświeci duszę światłością prawdy swojej, wszelkie pokusy i przeszkody, jakie jej kładzie szatan, tym mocniej tylko ją utwierdzają; bo Pan sam wówczas boską mocą swoją za nią walczy. Tak walczył i w tej młodej duszy i w niej zwyciężał; bo widoczną było rzeczą, że On przez nią mówi, nie ona sama z siebie.
8. Rodzina jednak i narzeczony, przekonawszy się, że nie zdołają skłonić jej do wyjścia dobrowolnie, postanowili użyć siły. Wystarali się o dekret królewski, upoważniający ich do zabrania jej z klasztoru i nakazujący przełożonym wypuścić ją na wolność. Ona, przez cały czas pozostawania w klasztorze, to jest od dnia Poczęcia aż do dnia Młodzianków (3), w który ją zabrali, choć nie wkładała habitu, z wielkim jednak uradowaniem spełniała wszelkie obowiązki zakonne, tak jakby go nosiła. Gdy wreszcie z siłą zbrojną przyszli ją zabrać, choć zmuszona była ulec przemocy, ale z rzewnymi łzami wymawiała krewnym, że na próżno ją dręczą, bo niczego na niej tym gwałtem nie dokażą. Umieścili ją w domu jednego pana, gdzie co dzień musiała słuchać usilnych namów i upomnień od zakonników i różnych innych doradców. Jedni całą rzecz poczytywali za dzieciństwo, drudzy chcieli, by spokojnie (s.528) używała dóbr swoich. Długo byłoby opowiadać po szczególe wszystkie dysputy, jakie miała do wytrzymania i w jaki sposób z każdej wyszła zwycięsko. Wszyscy zdumiewali się nad mądrością jej odpowiedzi.
9. Widząc wreszcie, że tą drogą nie dojdą do celu, oddali ją do czasu matce, na dalszą próbę. Była to w rzeczy samej próba nielekka. Matka, snadź już zmęczona ustawicznym z jej powodu niepokojem i zgiełkiem, w niczym jej nie popierała, raczej okazywała się jej przeciwna. Było to może w celu gruntowniejszego jej doświadczenia. Tak przynajmniej ona mi to potem tłumaczyła, a jest to osoba tak świątobliwa, że nie można nie dawać wiary temu, co powie. Ale dzieweczka tego nie rozumiała; przy tym i spowiednik, do którego chodziła, w najwyższym stopniu przeciwny był jej powołaniu. Z wyjątkiem więc jednej z panien jej matki, u której znajdowała współczucie i niejaką pociechę, nikogo nie miała na swoją obronę, prócz Boga. Tak w ciężkich strapieniach i udręczeniach żyła aż do skończenia lat dwunastu.
10. Wówczas krewni widząc, że żadną miarą nie zdołają odwieść jej od myśli wstąpienia do Zakonu, nosili się z zamiarem oddania jej przynajmniej do klasztoru, w którym zostawała już starsza jej siostra, a w którym reguła (4) nie była tak surowa jak w Karmelu.
Kasylda, skoro ją doszła wiadomość o tym zamiarze, umyśliła natychmiast jakim bądź sposobem przywieść do skutku swoje postanowienie. Pewnego więc dnia, gdy była z matką i wychowawczynią swoją w kościele, a matka wysłuchawszy Mszy świętej, przystąpiła do konfesjonału dla odbycia spowiedzi, ona uprosiła wychowawczynię, aby poszła do zakrystii i u którego z ojców Mszę świętą dla niej zamówiła. Skoro zaś ta odeszła, nie zwlekając ani chwili, zrzuciwszy trzewiki, aby jej w biegu nie zawadzały i, podkasawszy wlokącą się suknię, pobiegła pędem ku naszemu klasztorowi, do którego stamtąd było niedaleko. Wychowawczyni nie zastawszy (s.529) jej za powrotem w zakrystii, puściła się w pogoń za nią i ujrzawszy ją z daleka, zawołała na człowieka idącego na przedzie, by przyspieszył kroku i ją zatrzymał. Ten jednak, jak później się tłumaczył, doznał tejże chwili jakiegoś obezwładnienia w członkach i tak, nie mogąc postąpić naprzód, poniewolnie ją puścił. Tym sposobem dzieweczka zdążyła pierwsza przybiec do klasztoru i zamknąwszy za sobą drzwi od wejścia, poczęła wołać, by ją wpuszczono za furtę. Gdy w chwilę potem nadbiegła wychowawczyni, ona już była za kratą. Dano jej zaraz habit i tak wreszcie dokonała się święta sprawa, którą Pan był w niej łaską swoją rozpoczął. Niebawem też boska miłość Jego poczęła jej za wierność, jaką Mu okazała, odpłacać hojnością duchowych darów swoich, a ona z niewypowiedzianą radością służyła Mu w pokorze niezrównanej i zupełnym wyzuciu się z wszystkiego.
11. Niech będzie błogosławiony na wieki, iż takie w ubogim habicie sierścianym upodobanie daje tej, która przedtem w kosztownych i zbytkownych szatach się kochała! Jednak i ta gruba powłoka zakonna nie zdołała zakryć urody jej i wdzięków przyrodzonych, w które Pan hojnie ją uposażył. Ale hojniej jeszcze wylał na nią wdzięki duchowe i takimi ją wysokimi zaletami serca i umysłu obdarzył, iż rozmową i samąż postawą swoją wszystkich do siebie pociąga i do chwalenia boskiej łaskawości Jego pobudza. Dałby Bóg, by wiele znalazło się dusz, tak wiernie jak ona odpowiadających swemu powołaniu.
ROZDZIAŁ 12
Opowiada o życiu i śmierci Beatryczy od Wcielenia, którą Pan do tegoż domu powołał, a której życie było tak cnotliwe i śmierć tak piękna, iż słusznie należy zamieścić to wspomnienie.
l. Na kilka lat przed dońą Casildą wstąpiła do tego klasztoru naszego daleka jej krewna, dońa Beatriz Ońez. Tak (s.530) wielkie Pan w jej duszy sprawiał postępy w cnotach, iż była przedmiotem podziwienia dla wszystkich. Wszystkie siostry, z przeoryszą na czele, twierdzą jednozgodnie, że nigdy, póki żyła, nie spostrzegły w jej postępowaniu niczego, co by mogło zwać się niedoskonałością. Nigdy, w jakiej bądź przeciwności, nie widziały na jej twarzy poruszenia wewnętrznego czy zasępienia się. Zawsze na obliczu jej jaśniała skromna, pogodna wesołość, jawnie świadcząca o wewnętrznym weselu jej duszy. Kochała się w milczeniu; ale nie było w nim nic ciężkiego dla drugich, przeciwnie, taki mu umiała nadawać wdzięk, że i milcząc wszystkich do siebie pociągała. Nikt od niej nigdy nie usłyszał słowa, w czymkolwiek bądź zasługującego na naganę; nigdy się z nikim nie sprzeczała, nigdy nie uniewinniała siebie, jakkolwiek przeorysza nieraz doświadczała ją, upominając ją za winy, których nie popełniła, jak to się praktykuje w naszych klasztorach, dla umartwienia miłości własnej. Nigdy się o nic ani tym bardziej na żadną siostrę nie skarżyła. Jakikolwiek jej naznaczono obowiązek, nigdy przy nim nikomu, słowem czy wyrazem twarzy, najmniejszej przykrości nie wyrządziła. Słowem, we wszystkim tak się zachowywała, iż niepodobna było dostrzec w niej żadnej niedoskonałości. Na kapitułach nawet, gdzie siostry zelatorki z obowiązku swego wyszukują i zaznaczają jako winę najlżejsze uchybienia, na nią się nigdy żadna wina nie znalazła. Wszystko w niej i wewnątrz, i zewnętrznie w doskonałej było harmonii. Źródłem zaś tej harmonii była ciągła jej pamięć na wieczność i na cel, do którego jesteśmy stworzeni. Chwała Boga była ustawicznie na jej ustach, a w sercu najgorętsza wdzięczność za Jego dobrodziejstwa. Słowem, całe jej życie było jedną nieustającą modlitwą.
2. W rzeczach posłuszeństwa nigdy się nie dopuściła najmniejszego uchybienia, ale każdy dany jej rozkaz najochotniej, z weselem ducha spełniała. Miłość bliźniego była dla niej dziwnie gorąca; świadczyła się, że gotowa jest za każdą duszę dać się porąbać na sztuki, aby tylko nie zginęła, i cieszyła się posiadaniem “brata swego — tak Go nazywała — Jezusa Chrystusa”. (s.531) Cierpienia swoje, a były one bardzo wielkie — jak opowiem niżej — mianowicie różne choroby straszliwe i nad wyraz bolesne, z taką ochotną wolą znosiła i z taką radością, jak gdyby to były najsłodsze uciechy i rozkosze. Pewno też Pan rozkoszami swymi duszę jej napełniał, inaczej niepodobna, by z takim weselem takie męki cierpieć mogła.
3. Początek tych niemocy jej był następujący. Kilku złoczyńców, skazanych na śmierć za ciężkie zbrodnie swoje, miało być w samymże mieście Valladolid straconych na stosie. Ona, wiedząc snadź z objawienia Bożego, że nieszczęśliwi ci idą na śmierć nie tak przygotowani jak potrzeba, niezmiernie była strapiona grożącą im zgubą wieczną. Za czym z boleścią najgłębszą zwróciła się do Pana, gorąco i usilnie prosząc Go o zbawienie tych dusz i w zamian za to, na co one zasłużyły, czy też dla zasłużenia samej na łaskę, o którą dla nich prosiła — bo w jakich mianowicie słowach prośbę swoją wyraziła i ten ślub swój uczyniła, dokładnie nie pamiętam — ofiarując się przyjąć na całe życie z ręki Jego wszelkie, jakie by zdołała wytrzymać, cierpienia i boleści. Tejże nocy przyszedł na nią pierwszy paroksyzm febry i od tej chwili aż do śmierci cierpienia jej trwały bez przerwy. Skazańcy oni ponieśli śmierć w dobrym usposobieniu; snadź Bóg wysłuchał jej modlitwę, ale i ofiarę jej widocznie przyjął.
4. Bo też za pierwszymi objawami febry utworzył jej się wrzód we wnętrznościach, połączony z tak dojmującym bólem, iż na zniesienie go z cierpliwością nie było zanadto łask i pociech, którymi Pan duszę jej napełniał. Ponieważ wrzód był wewnątrz ukryty, lekarstwa, jakie jej dawano, dosięgnąć i uleczyć go nie mogły, dopóki z łaski Pana sam nie pękł i materia nie wypłynęła, co w części przynajmniej umniejszylo jej męki. Lecz nieugaszonemu jej pragnieniu cierpienia mało było wszystkich tych tak srogich boleści. Raz, w dzień Podwyższenia Krzyża, w czasie kazania o Męce Pańskiej, ta żądza cierpienia z taką w niej potęgą wezbrała, że niezdolna już jej powstrzymać, skryła się do celi swojej i twarzą padła na łoże, potokiem łez się zalewając. Gdy siostry przestraszone (s.532) przybiegły pytając, co jej jest, odpowiedziała im: “Ach, siostry, proście za mną Pana, by mi dał więcej krzyży i boleści, wówczas dopiero będę szczęśliwa”.
5. Wszystkie swe sprawy wewnętrzne najwierniej odkrywała przeoryszy i wielką w tym znajdowała pociechę. Przez cały czas tak ciężkiej i długiej aż do śmierci niemocy swojej, nigdy nikomu nie była przykrą. Siostrze infirmerce tak była posłuszna, że bez jej pozwolenia nie przełknęłaby ani kropli wody. Pragnąć cierpienia, gdy ono jest daleko, jest to u dusz oddających się bogomyślności rzecz bardzo zwyczajna, ale cierpieć istotnie, a radować się z tego, jest to udziałem niewielu. Otóż siostra nasza cierpiała boleści tak nad wyraz gwałtowne, że sama ich gwałtowność musiała rychły koniec położyć jej życiu. Do tego jeszcze utworzył się nowy wrzód w gardle, tak iż niczego przełknąć nie mogła; a przecie siostrom przy łożu jej obecnym i przełożonej (gdy chciały ją pocieszać i ducha jej dodawać), spokojnie odpowiadała, że cierpienia te i bóle żadnej nie sprawiają jej przykrości, że nie zamieniłaby się z żadną z sióstr, najlepszym zdrowiem się cieszącą. Mając wciąż przed oczyma duszy tego Pana, dla miłości którego cierpiała, najrozmaitszych używała wybiegów, aby ukryć przed wszystkimi srogość męczarni swoich. Zaledwo w najgwałtowniejszych paroksyzmach bólu lekkim jakim jękiem się zdradziła.
6. Szczerze była przekonana o sobie, iż nie ma na całym świecie większej nad nią grzesznicy. Stąd w całym zachowaniu się swoim niezrównaną okazywała pokorę. Wychwalać zaś i podnosić cnoty drugich największą dla niej było pociechą. W umartwieniu była nieubłaganą dla siebie; wszelkiej przyjemności i ulgi sobie odmawiała, a tak zręcznie umiała to ukrywać, że kto by nie bardzo pilnie na nią uważał, niczego by nie spostrzegł. Mogło prawie się zdawać, że duchem już nie żyje na tej ziemi i z żadnym już stworzeniem nie ma obcowania, tak była obojętna na wszelkie rzeczy doczesne. Wszelkie przygody i odmiany tego życia przyjmowała z jednakowym zawsze spokojem i z jednakową zawsze pogodą na twarzy. Z tego powodu jedna z sióstr powiedziała jej kiedyś, że można by ją (s.533) prawie zaliczyć do rzędu tych ludzi ambitnych i tak o zachowanie godności swojej dbałych, iż woleliby raczej umrzeć z głodu, niż przyznać się komu do tego, że nędzę cierpią. Zdawało się bowiem wszystkim, że niepodobna jednak, by pewnych rzeczy nie czuła, choć zgoła tego po sobie nie okazywała.
7. Wszelkie prace i obowiązki swoje z tak czystą i wysoką spełniała intencją, iż każda jej czynność pełną miała i całkowitą zasługę. Siostrom też nieraz mawiała: “Najmniejsza rzecz nieocenionej nabiera wartości, gdy czynimy ją dla miłości Boga. Tak powinnyśmy, siostry, przeniknąć się tą prawdą, iżbyśmy nigdy ani oka nie zmrużyły, jeno w tej myśli, aby i to było na chwałę i upodobanie Jego”. Nigdy się nie wtrącała do żadnej rzeczy, która by nie była jej zlecona; stąd też ślepa była na błędy cudze, a widziała tylko swoje. Wszelka zaś pochwała jej tak ją bolała, że i sama sądząc o drugich według siebie, nigdy nikogo nie chwaliła w jego obecności, aby mu nie robić przykrości. Ciągle siebie umartwiając, odmawiała sobie nawet takich najniewinniejszych przyjemności, jak przechadzki po ogrodzie, albo cieszenia się widokiem lub wonią pięknego kwiatu czy jakim bądź wdziękiem stworzonym. Byłoby to, mówiła, niegrzecznością względem Pana, gdybym szukała sobie ulgi w cierpieniach, które On sam mi daje. Nigdy też o nic nie prosiła; cokolwiek jej dano, wszystko to było dla niej dobre. “Wszelka pociecha, mówiła, inna niż w Bogu, dla mnie byłaby krzyżem”. Jedno jeszcze nadmienię: gdy w ścisłym, jakie z urzędu przeprowadziłam co do życia i cnót jej dochodzeniu, wzywałam wszystkie siostry do domu, każdą osobno, aby dały swoje o niej świadectwo, nie było między nimi ani jednej, która by nie zgadzała się na to jednomyślne wszystkich zeznanie, że w całym postępowaniu jej, tak jak na nie co dzień patrzyły, nigdy nie dostrzegły niczego, co by nie było oznaką duszy wysoko cnotliwej i prawdziwie doskonałej.
8. Gdy wreszcie przyszedł czas, w którym Pan postanowił zabrać ją z tego świata, cierpienia jej jeszcze się wzmogły. Ona zaś wszystkie te nad wyraz srogie boleści swoje z takim znosiła (s.534) rozradowaniem ducha, że kto mógł, i jak najczęściej mógł, przybiegał do jej łoża, chwaląc Boga i budując się widokiem takiego nadziemskiego w cierpieniu wesela. Między innymi gorąco pragnął być obecny przy jej śmierci kapelan i spowiednik tego klasztoru, godny i gorliwy sługa Boży, który znając jej duszę, uważał ją za świętą. Z łaski Boga spełniło się jego życzenie. Widząc chorą, już po przyjęciu świętych Olejów, coraz mocniej cierpiącą i coraz bardziej słabnącą, wezwano go do niej, aby w razie gdyby koniec miał nastąpić w nocy, jeszcze raz ją rozgrzeszył i był przy jej konaniu. Na krótko przed dziewiątą, gdy siostry wszystkie wraz z kapelanem były przy niej zebrane, na kwadrans może przed skonaniem, boleści wszystkie ustały, a ona z wyrazem nadziemskiego spokoju wzniosła oczy ku niebu, twarz jej, jakby jasnością niebieską opromieniona, zajaśniała od wewnętrznego wesela i oczy trzymając utkwione w jakieś niewidome dla drugich, a dla niej snadź bardzo radosne widzenie, po dwakroć się uśmiechnęła. Kapłan i siostry obecne niewypowiedzianej na ten widok doznali pociechy duchowej i wewnętrznego rozradowania, którego inaczej określić nie umieli, jeno że zdawało im się, że już są w niebie. Z takim weselem na twarzy, z oczyma wzniesionymi do nieba, skończyła życie, piękna i po śmierci jak anioł. Po takim życiu, wolno nam, według tego, czego nas uczy wiara, mieć nadzieję i ufać, że Bóg ją przyjął na odpocznienie w nagrodę za nienasyconą jej żądzę cierpienia dla Jego miłości.
9. Kapelan utrzymywał i wielu osobom to powtarzał, że w chwili spuszczania ciała do grobu uczuł dobywającą się z niego woń przenikliwą a dziwnie słodką. Siostra zakrystianka z swojej strony zapewniała, że świece zapalone na jej pogrzebie, nic się nie upaliły. Wszystko jest możebne u Boga i wielkie jest Jego miłosierdzie. Jeden z ojców Towarzystwa Jezusowego, który przez wiele lat był jej spowiednikiem i kierownikiem, gdy kiedyś przy sposobności mówiłam z nim o tych dziwnych objawach, oświadczył mi, że nic w nich nie widzi nieprawdopodobnego (s.535) i zgoła im się nie dziwi, wiedząc, w jaki nadzwyczajny sposób Pan się tej duszy wybranej udzielał.
10. Daj Boże, córki moje, byśmy umiały okazać się godnymi tak dobrego towarzystwa, w jakim Pan nas raczył umieścić, dając nam w tych domach naszych żyć pospołu z takimi duszami świętymi, jak ta, o której tu mówiłam i wiele innych, o których może jeszcze co opowiem, aby każda z nas, jeśliby się opuściła nieco w pierwszej swej gorliwości, brała sobie stąd pobudkę do usilnego naśladowania tak wysokich przykładów i abyśmy w ten sposób wszystkie wysławiały Pana, który tak wspaniale raczy objawiać wielmożność swoją w takich, jak my, słabych niewiastach.
Przypisy do rozdziału 10
(1) Był to don Bernardino dc Mendoza, brat biskupa awilańskicgo. Posiadłość pod Valladolid, którą na ręce św. Teresy ofiarował Najśw. Pannie z Góry Karmel, zwała się Rio de Olmos. (s.515)
(2) 10 sierpnia 1568 r
(3) Św. Jan od Krzyża.
(4) Do czasu ukończenia potrzebnych w nowym domu urządzeń dońa Maria dc Mendoza, siostra wspomnianego wyżej don Bernardina, zaprosiła siostry do pałacu swego i z najczulszą gościła je u siebie miłością. Klauzury naturalnie w tym chwilowym pomieszczeniu nie było, z czego korzystając św. Teresa, w czasie pobytu swego u doni Marii, zajęła się młodym ojcem Janem od Krzyża, tłumacząc mu sama regule i ducha nowej reformy. Tym sposobem wielki odnowiciel Karmelu odbył nowicjat pod kierunkiem wielkiej jego odnowicielki, i przez nią przejął się zasadami pierwotnego zakonu. któremu wraz z nią dawną jego świetność przywrócił.
(5) 3 lutego 1569 r.
(6) W klasztorze dominikanek w Valladolid.
(7) O. Ripalda, rektor domu profesorów Tow. Jezusowego w Valladolid.
Przypisy do rozdziału 11
(1) Była to s. Stefania od Apostołów, której ohióczyny odbyły się 2 lipca 1572 r., jedna ze sławniejszych pierwszych karmelitanek bosych.
(2) Przeoryszą była wówczas Maria Baptysta, bratanica Świętej.
(3) Od 8 do 28 grudnia 1573.
(4) Klasztor dominikanek.